PRZEMIANA
"Powoli wdrapujesz się schodami w górę wieży z czarnego kamienia wznoszącej się w centrum dawno wymarłego miasta .Wilgotne ściany zdają się pochłaniać pełgające promienie światła płynącego od twojej pochodni tak jakby wrodzona złośliwość kazała im je pożreć, zgnieść, zgasić ,stłamsić wszystko co czyste ...kilka poślizgnięć na schodach gładko wypolerowanych przez niezliczone rzesze stóp przemierzających te trasę w przeszłości. Wreszcie osiągasz szczyt schodów i stajesz przed drzwiami okutymi mocno a jednocześnie z niesamowitym artyzmem czarnym metalem. Sceny na drzwiach przedstawiające nikłe postacie o ludzkich kształtach uwiezione w kręgach ognia pojawiają się przed twoimi oczami gdy zbliżasz pochodnie do chropowatej powierzchni drzwi. Słyszysz miarowe uderzenia bębna dochodzące przez szpary,mocno chwytasz koło wbite w drzwi i ciągniesz z siła na jaka pozwalają ci niewytrenowane mięśnie,powoli metal ustępuje ze skrzypieniem a z wnętrza komnaty wypełza zapach kadzideł. Wchodzisz do ciemnej dusznej komnaty. Na środku jej stoi stół, wykonany z jakiegoś kamienia koloru czarnej lawy poprzetykanej czerwonymi żyłkami o masywnej pojedynczej szerokiej nodze. Komnata jest pełna regałów napełnionych książkami oprawnymi w ciemną skórę,dookoła stołu narysowany jest na ziemi podwójny
okrąg świecący czerwonym blaskiem pełen jakichś nieznanych ci symboli.
Pięć czar z czarnego metalu stoi na wierzchołkach pentagramu wrysowanego w okrąg wypuszczając fioletowe kłęby dymu. Jedynym oświetleniem tej komnaty jest pulsująca czerwienia gwiazda obramowana srebrem umieszczona na suficie. Jej nikły blask kapie krwisto na leżącego na ołtarzu mężczyznę,jeżeli można go nazwać mężczyzną...
Z jego ramion wyrastają kolce ciągnące się ostrym szeregiem aż do nadgarstków,skóra jest bardzo ciemna. Mięśnie w świetle gwiazdy zdaje się być skamieniała lawą pomiędzy płytami której wciąż czyha gotowa do wypłynięcia wrząca magma. Twarz która przypomina wyglądem gargulca z babskich bajek poznaczona jest głębokimi bliznami,kosmyki czarnych włosów, ciągnących się bujną czupryną pomiędzy krętymi rogami wyrastającymi nad uszami,opadają na jego oczy gdy rzuca się przypięty do ołtarza. Potężne klamry z czarnego metalu lśnią błękitem runów na jego rękach i nogach. Napięty brzuch zroszony jest potem,mięśnie ramion wydają się odchodzić od kości gdy wyrywa się w niemej furii. Czarne,błoniaste skrzydła które przyciska własnym ciężarem do stołu, drgają konwulsyjnie.
Mimo przerażenia jego kształtem i widokiem rytuału trwającego przed tobą gdzieś w twoim sercu odzywa się potrzeba pomocy tej nieszczęśliwej istocie uwiezionej w kajdanach,gdy to poczucie zaczyna zmieniać się w odruch nagle słyszysz głos:
- Nie zbliżaj się dziewczyno!Sam wybrał dla siebie ten los, kimże jesteś by
to zmieniać!?
Teraz dopiero zauważasz że w pokoju znajduje się jeszcze jedna osoba-ubrany w czarny długi płaszcz z kapturem narzuconym na twarz ,osobnik do tej pory ukryty w cieniu i oparach dymu, zbliża się do ciebie posuwistym krokiem. Dopiero gdy zbliżył się o kilka kroków zdajesz sobie sprawę z natury inności która wyczułaś w tym człowieku już w pierwszym momencie: jego płaszcz poniżej kostek zdaje się być rozmyty jakby był bezpośrednio połączony z jego cieniem a on sam tak naprawdę nie idzie do ciebie, tylko sunie nad kamieniami podłogi jakby nie obowiązywało go prawo tarcia.
-Kim jesteś!?Jak się tu dostałaś!?-rzuca do ciebie-A zresztą nieważne.-ucina twoje nieskładne tłumaczenia-Teraz ważny jest obrzęd! I moja zapłata.-uśmiecha się w cieniu kaptura ukazując przez chwilę rząd nienaturalnie ostrych zębów-Jeśli będziesz cicho i nie będziesz
przeszkadzać możesz zostać. A na twoim miejscu nie opuszczałbym tego pokoju w tej chwili jeśli cenisz własne życie.-uśmiecha się znowu."
"Czarno ubrany osobnik odwrócił się twarzą do ołtarza na którym miota się uwięziony demon. Sięga ręką w fałdy swojej szaty i wyjmuje zaciśnięta pięść pełną jakiegoś prochu wysypującego mu się spomiędzy szponiastych palców. Znów swoim nienaturalnym krokiem zbliża się do ołtarza i pozostając poza karmazynowym kołem inkantuje jakieś modlitwy w dziwnym języku którego nigdy wcześniej nie słyszałaś a mimo to wydaje ci się niesamowicie stary.
Równie stary co ta tajemnicza wieża. Wydaje ci się jakby istniał przed wynalezieniem mowy a tylko jakiś pradawnym żartem został przyobleczony w słowa .Poruszając się posuwiście dookoła pentagramu ,Czarny nie przerywając zaklinania sypie do czarnych mis dziwny pachnący korzeniami proch. Po chwili ,zaskakująco równo mimo odstępów w czasie pomiędzy wsypaniem proszku ,wszystkie misy wybuchają kolumnami ognia! Niesamowity żar rozprzestrzenia się po komnacie ,zakrywasz ramieniem twarz ...daremnie. Płomienie uderzają potworną mocą rozognionego powietrza we wszystkie strony chłoszcząc bezlitośnie wszystko w zasięgu oddziaływania. Dym bijący od nich zdaje się mieć własną świadomość-nie ucieka jedynym oknem znajdującym się w komnacie lecz gromadzi się pod krzyżowo-żebrową powałą komnaty tworząc przerażającą chmurę. Chmura nie rozprasza się ,lecz nawet zdaje się zagęszczać i kierując jakąś pokraczną inteligencją tworzyć coś na kształt lustra z ramami i powierzchnią z dymu. Oczami łzawiącymi od gorąca i oparów bezskutecznie usiłujesz
przeniknąć ścianę ognia aby dojrzeć co dzieje się na ołtarzu. Jedyne co widzisz to czarny płaszcz "mistrza ceremonii" odwróconego do ciebie plecami. Stoi naprzeciw największej z pięciu kolumn ognia mając dwie z nich na wyciągnięcie rąk i zdaje sobie nic nie robić z potwornego żaru ;co więcej jego postać zdaja się powiększać,a jego postura prostować. Tak jakby sycił się i potężniał wypowiadając kolejne bluźniercze strofy tego obrzędu.
Słyszysz ryk. To udręczona osoba demona na ołtarzu krzyczy. Wiesz to choć go nie widzisz przez kolumny ognia.
Krzyczy jakby rozrywano jego ciało i duszę gorącymi obcęgami. Czarny wznosi ręce i trzaskliwym głosem wypowiada nieartykułowalne słowa. W tym momencie kolumny ognia wyginają się i przypadają do jego stóp niczym usłużne psy do stóp pana liżąc jego cień ,który miota się i wije niczym kłębowisko węży,w niczym juz nie przypominając postaci swojego właściciela. W rękach czarnego pojawiają się czerwone kryształy miotające skry gdy odbijają ogień z czar. Widzisz jak zamaszystym gestem rozrzuca je w powietrze nad ołtarz. A one zamiast spaść nań lecą nad ciało i ustawiają się w gwiazdę o siedmiu wierzchołkach.
Każdy na swoim miejsce tak dokładnie jakby było to wymierzone,każdy lewituje szybko się obracając dookoła własnej osi,w trzewiach każdego ten sam złowrogi blask ognistego serca."-
Straszliwy obrzęd zbliża się do kulminacyjnego momentu,świat wydaje się osiągać apogeum szaleństwa. Twoje uszy świdruje boleśnie krzyk dręczonej istoty a rozpalone płyty podłogi parzą twoje nieobute stopy. Ściany skąpane w poświacie gwiazdy zdają się kapać krwią,pulsujące kryształy wirują coraz szybciej i szybciej,potępieńczy rechot czarnego mistrza nadaje akompaniament przerażającej scenie. Kryształy zbliżają się do siebie a
przyciągane jakąś przeraźliwie silną mocą biegną do punktu dokładnie nad środkiem stołu!
Wtem oślepiający błysk! ..cisza.. wszystko zastygło! Ty również zastygłaś wraz ze światem i mimo ,że nawet tego sobie nie uświadamiasz czujesz ,że przestałaś oddychać; szeroko otwartymi z przerażenia oczami oglądasz nierzeczywistą scenę: widzisz wygięte groteskowo ciało na ołtarzu,łuki przygiętych do ziemi kolumn płomieni,chmurę kryształów powstałych po zderzeniu unoszącą się nad ciałem,rozrzucone w ekstatycznym geście ręce Czarnego... Wtem zdajesz sobie sprawę że coś jest nie tak w tym obrazie i pomimo iż nie możesz się poruszyć całą swoją uwagę kierujesz w górną część swojego pola widzenia. Albowiem lustro ukształtowane z dymu przestało być matowo czarne; teraz przeraźliwie ostro odbija obraz a raczej ukazuje, postać nagiego mężczyzny. Mężczyzna ma długie czarne włosy które swobodnie opadają na jego twarz,ręce ma opuszczone luźno wzdłuż tułowia a powieki przymknięte-wygląda jakby spał łagodnie unosząc się na wodach okeanu ciemności. Nagle tę spokojna scenę burzy nagły grzmot odbijający się echem w komnacie!(czyżbyś usłyszała w nim jakiś gniewny okrzyk?),w tym samym momencie wszystko rusza z niesamowita prędkością! Okruchy unoszące się nad ciałem jak wstrzelone wbijają się w skórę demona!Migotliwa eteryczna postać kształtem przypominająca gargulca pozbawionego dolnej części ciała zostaje wyrwana przez jakąś straszliwą siłę z jego ciała i pociągnięta w kierunku lustra, mężczyzna z jego powierzchni zostaje również wyrwany i jako oślepiająco jasny błysk znika uderzając w ciało demonity. Mdlejesz.
Otwierasz oczy gwałtownie trzepocząc powiekami,czy to wszystko było tylko jakimś makabrycznym snem? Ale nie,wciąż znajdujesz się w zadymionej,cuchnącej komnacie,wciąż bolą cię przypieczone stopy i przedramię,wciąż masz przed sobą przedziwnego osobnika w czarnym płaszczu ,jedyną różnica jest to że lustro dymu takie jakim je widziałaś rozwiało się pozostawiając obrzydliwie okopcone sklepienie a nienaturalna istota na ołtarzu już nie rzuca się w łańcuchach.
Szczerze mówiąc-wygląda jak martwa.
„Z odrętwienia wyrywa cię przykry kąśliwy głos Czarnego. -Wstawaj głupia musisz mi pomóc!-mówi w twoim kierunku. Ze wstrętem próbujesz złożyć słowa odmowy gdy w twoim kierunku nagle szybuje błyszczący przedmiot. Zasłoniwszy się odruchowo słyszysz jak z brzękiem upada na posadzkę przed tobą ,kilka razy obija się i ostatecznie lekko trąca cię w nogę. Nóż o krzemiennym ostrzu lśni w twojej dłoni gdy niezdecydowanym ruchem podnosisz go do oczu. Jest niezwykle topornej roboty i wydaje się wręcz antyczny. -Nie masz się nad czym zastanawiać, chodź tu i rób co ci każe!-władczy głos kapłana zakazanej sztuki wydaje się mieć w sobie cos czemu nie możesz się oprzeć,coś pierwotnego,hipnotycznego... Jakby oddzielona umysłem od ciała obserwujesz jak ono wstaje,zbliża się do ołtarza i martwego ciała na nim. -Uderz mocno i szybko-rozkazuje kapłan. Wbrew sobie unosisz uzbrojoną w nóż dłoń po czym wbijasz go aż po rękojeść w klatkę piersiową demona! Ze odrazą granicząca z mdłościami obserwujesz jak twoja ręka rżnie zaschnięte tkanki rozrywając kości i chrząstkę mostka demona. Z siła o jaką samej siebie nie podejrzewałaś kroisz jego pierś i z odrażającym zaciekawieniem zauważasz ,że wszystkie tkanki których dotyka twój nóż są jakby od wieków zmumifikowane i trzeszczą gdy rozcinasz ich wiązania. W tym momencie poczułaś odzyskanie kontroli nad swoim ciałem. Potężny odruch wymiotny targnął twoim ciałem i z pewnością odniósłby całkowity skutek gdyby nie to że od wielu dni nic nie miałaś w ustach.
-Szybko wyciągnij go!-słyszysz ponownie rozkaz Czarnego ale tym razem nie ma on dla ciebie sensu. Kogo wyciągnąć?Skąd?
-Szybko dziewczyno nasz czas się kończy!-ponagla cię Czarny.
Tknięta przeczuciem pochylasz się nad zewłokiem demona rozciągniętym na ołtarzu,spoglądasz do wnętrza i ... omal nie mdlejesz! We wnętrzu jest ktoś! Człowiek o tworzy spowitej białym błoniastym całunem spoczywa wewnątrz ciała jak dziecko w kołysce. Widzisz jego zdumiewająco znajome rysy twarzy i powodowana nagłym impulsem rozrywasz błonę na jego twarzy. Mężczyzna nagle szeroko otwiera usta i podrywa się do siadu zaczerpując powietrza,szybkimi ruchami rąk rozrywa spowijający go kokon i zanim nadążasz go zatrzymać traci równowagę i spada z ołtarza wprost pod twoje stopy. Przez chwilę leży na posadzce kaszląc i wypluwając strzępki całunu,czarno ubrany kapłan schyla się i wyciąga ku niemu rękę,chwyta go pod ramię i pomaga mu wstać. Kiedy to czyni widzisz ,że mężczyzna odskakuje o krok od niego jakby oparzony jego dotykiem.
-Witaj Sam-odzywa się kapłan.
Mężczyzna tak przez niego nazwany przez chwilę jakby zbiera siły i przeciera oczy po czym odpowiada ze wstrętem
-Witaj Nirriti.
-Jak podróż?-pyta z drwiną w głosie Nirriti.
-Gorsza od twojego dotyku,Czarny Panie-odgryza mu się Sam.-Nie będę nawet marzył że ryzykowałeś dla mnie z czystej przyjaźni sknero-ciągnie dalej urywanym głosem
-Co ci obiecałem?-rzuca do Czarnego.
Zakapturzona postać podnosi wzrok i spogląda prosto w twarz mężczyzny i twoją.. O bogowie!Twarz tego nienaturalnego osobnika, oprócz żażących się jak żółte węgle oczu jest maską trupa!Ostre jak sztylety zęby,oczy z których zdarto powieki, całe policzki które przerażają oparzelinami ze schodzącą płatami białą skórą, poprzecinane bliznami zeszytymi
rozpadającymi się skórzanymi rzemieniami.
Twarz wykrzywia się w parodię uśmiechu-Talizman-syknął łakomie.
Czy ci się wydawało czy na brzmienie tego słowa Sam drgnął?
-Ja dotrzymuje obietnic-mówi po chwili i zwraca się w kierunku ołtarza. widzisz że zaciska powieki i koncentruje się. Trzask!na powierzchni stołu pojawiło się pęknięcie,pobiegło prostopadle do krawędzi ołtarza i zniknęło,trach!kolejne tyle że równolegle,kolejne dwa trzaski i koniec. Z blatu na twoich oczach podnosi się obsydianowa ,prostokątna,wycięta płyta
i upada na podłogę obok tłukąc się jak szkło. Gdy zerkasz zza pleców Sama widzisz skrytkę którą odsłoniła wycięta płyta,i złoty przedmiot który się w niej znajduje.
-Łap!-mówi rzucając go Czarnemu Sam-przelotnie zauważasz że przedmiot ten to szeroki pas ze złota przetykanego jakimś szarym metalem ozdobiony dziwnymi kółeczkami i drutami z czerwonego metalu.
Spostrzegasz że rzut był słaby i zauważasz na czole Sama perliste kropelki potu,widocznie cała ta operacja bardzo go wyczerpała.
Czarny skrył twarz z powrotem w fałdach szaty i zauważasz że jego kontur zaczyna się jakby rozmywać
-Na twoim miejscu zmieniłbym miejsce pobytu,słyszałem Rudrę ,niedługo tu będą-jego postać juz prawie całkowicie zmieniła się w kłąb ciemności.
-Żegnaj "Kalkinie"-dalszą część wypowiedzi przesłonił jego szyderczy śmiech ,na całe szczęście nie potrwał długo,gdyż w mgnienie oka później kłąb ciemności rozwiał się pozostawiając zapach zgnilizny.
W tej chwili wszystko do ciebie powraca,masz tyle pytań do tego dziwnego przybysza,chciałbyś zapytać go o to kim jest ,co się tu wydarzyło ,kim był ten potworny kapłan,co znaczyło jego "pozdrowienie" ale on.. Po prostu odwraca się i idzie powoli do obsydianowej skrzyni w rogu komnaty,schyla się i wyjmuje z niej jakąś szatę. Założywszy dziwnego kroju płaszcz z wyłogami kieruje się do wyjścia nie zwracając żadnej uwagi na twoją osobę.
Sfrustrowana i zdenerwowana tym faktem krzyczysz na niego żeby się odwrócił.
Posłusznie odwraca się i spogląda na ciebie. A raczej w ciebie,bo jego spojrzenie nie skupia się na twojej twarzy ani też,jak czujesz,na żadnej części twojego ciała,niesamowity nieznajomy wydaje się spoglądać w twoje wnętrze ,a ty niezdolna do oparcia się temu spojrzeniu czujesz się całkowicie obnażona wzrokiem jego bursztynowych oczu.
-Chodź za mną-mówi cicho po chwili,odwraca się i wychodzi okutymi drzwiami.
Targana wątpliwościami spoglądasz na ołtarz. Podchodzisz od skrzyni wyjmujesz z niej podobny płaszcz,wychodzisz za nieznajomym-wszystko jest lepsze od pozostania tutaj...
Kilka minut po północy bystrym oczom kruka siedzącego z nastroszonymi piórami na gałęzi świerku,ukazały się dwie ludzkie istoty wychodzące podczas śnieżycy z wieży z czarnego kamienia. Po pobieżnym zlustrowaniu odwrócił wzrok i odleciał -czas znaleźć coś na żer.."
" Budzisz się... w izbie?Tak,znajdujesz się w jakiejś chacie z drewna,twój mokry płaszcz ocieka wodą na taborecie za tobą,a przed tobą buzują przyjemnym ciepłem jęzory ognia w palenisku.
Nie pamiętasz jak się tu znalazłaś .Mgliste wrażenie bycia niesiona a wcześniej jakieś dziwne doznania,jak migawki z tej szalonej nocy: ciemność,przenikliwy mróz,wyczerpanie,nieustanny marsz,przerażające odgłosy wichru i głuszy,dzikie wycia,grzmoty wśród śnieżycy,zapadanie się w śniegu,brak jakiegokolwiek zainteresowania ze strony twojego milczącego towarzysza który jakby był żelazem albo maszyną,nie pozwalając ci się zatrzymać,przez całą noc toruje sobie drogę przez zaspy,zawsze w marszu ,zawsze takim samym morderczym tempem,przyjemny koc śniegu,puchowa pierzynka na której znajdujesz odpoczynek..
Ale teraz jesteś w ciepłym pomieszczeniu a twoje ciało nareszcie się rozluźniło po bolesnym mrozie. Oglądasz swoje nogi i ręce-są owinięte jakimiś wonnymi bandażami-po zapachu rozpoznajesz zioła. Gdy zastanawiasz się kto cię nimi owinął nagle drzwi do izby się otwierają a lodowaty wicher burzy spokój tego miejsca nawiewając do środka tumany śniegu.
Do wnętrza wchodzi Sam cały obsypany śniegiem,ale co dziwne nie ma żadnych zaczerwienień od mrozu podczas gdy twoją twarz dalej pieką przemrożenia,zaraz za nim zatrzaskując drzwi do izby wchodzi jakaś niska zgarbiona postać ,przypominająca postawą gnoma.
-O!Już się obudziłaś?-powiedział pokurcz do ciebie.-Pozwól że się przedstawię nadobna panno-mówi kłaniając się,komicznie naśladując dworskie maniery-Jestem Dragomir Kesslin,ale możesz mi mówić "Drago".Zaśmiałaś się w duszy rozpoznając sens tego imienia,ten karzeł o czerstwej jak rodzynek twarzy,ma imię znaczące "smocza sława".-Miałaś wielkie szczęście że cię znalazłem w lesie kiedy wyszedłem po drwa,jeszcze chwila i zamiast takiej przecudnej dzieweczki mielibyśmy mrożoną strawę dla wilków-ostatnie słowa skierowane były do twojego towarzysza jednak ten nie zareagował zajęty przyglądaniem się płomieniom trzaskającym w kominku.-Mimo wszystko sam nie wiem jak was znalazłem-ciągnie nie zrażony tym Drago-coś mnie starego tak w tamta stronę ciągnęło,jak basiora do wilczycy w rui,hehe!-zaśmiał się szpetnie,zaklął,po czym ruszył w kierunku kąta chaty i stojącego tam garnka,wziąwszy go podszedł do ognia,zawiesił garnek na hakach,nalał do niego wody z wiadra i wrzucił kilka przedmiotów leżących na stole a wyglądających jak jakieś bulwy-Przypuszczam że jesteście głodni?Czy nie ujmie wam majestatu-znów zarechotał lekko-jeżeli zjecie ze mną kolację?
Samuel wydaje się kompletnie nie zainteresowany gnomem ale tobie kiszki marsza grają i czujesz że zjesz wszystko co tylko będzie się do tego nadawało,poza tym z kociołka zaczyna unosić się całkiem aromatyczny zapach który szybko powoduje u ciebie ślinotok.
Po chwili Dragomir zdjął garnek z ognia,dmuchnął i przetarł rękawem kaftana zakurzone miski po czym nalał do nich zupy z kociołka.-Kolację podano!-zakrzyknął głosem majordomusa oznajmiającego wystawny posiłek gościom na kolacji u księcia-He może to i nie frykasy,ale zupa z taro choć nie jest najsmaczniejsza jest bardzo pożywna a tego ci teraz
potrzeba,hłe!hłe!-zakaszlał.
Powoli nie za bardzo ufając własnym kończynom wstałaś z posłania i przeszedł wszy kilka kroków opadłaś na taboret przy masywnym stole.
-Twój przyjaciel nie będzie jadł?-spytał Drago.
Sama się nad tym zaczęłaś zastanawiać,w końcu niewiele wiesz więcej o tym człowieku ponad to że przybył z dziwnego miejsca i ma na imię Samuel,nawet do końca nie jesteś pewna czy jest człowiekiem biorąc pod uwagę jego paranormalna wytrzymałość i przedziwne moce.. Jednak po chwili Samuel odwraca się do was i bez słowa siada do kolacji. Je powoli i uważnie,wyraźnie smakując każdy kęs.
-Ejże czyżbyś się bał trucizny?-obrusza się Drago-Nie jestem może bogaty ale uczciwy,i niech Dahak mi świadkiem że nie pociąga mnie grabienie podróżnych!Jestem prostym rzemieślnikiem i nie potrzebne mi wasze przyodzienie. Uspokojony łagodnym skinieniem głowy Sama ciągnie dalej:
-Żyję w tej głuszy juz od 15 lat,wyrabiając moje arcydzieła, mam stałych kupców i co jakiś czas przejeżdżają tędy karawany z Arkas więc nie narzekam na braki w spiżarni. Na twoje pytanie pomiędzy jedną a druga łyżka zupy odpowiada-Z chęcią pokaże ci mojej wyroby zaraz po kolacji lub jutro rano bo dziś będzie trudno dostać się do mojego warsztatu, podziemny tunel do mojej pracowni się zawalił ,to pewnie te przeklęte krety- splunął na podłogę-wiele dałbym żeby Draupnir nigdy ich nie tworzył. Więc przejść będziemy mogli tylko góra a na to poczekać lepiej do końca zadymki-uśmiechnął się wyraźnie ukontentowany twoim zainteresowaniem dla swoich wyrobów.
Skończyłaś jeść, pozostali również odłożyli łyżki. Gnom wstał żwawo od stołu i przeszedł do drzwi z drugiej strony izby ,kluczem wyjętym z kieszeni otworzył je i rzekł do was
-Idę spać,bawcie się dobrze hłe hłe-zakaszlał-koce są w komodzie koło kominka.
Dobranoc!-zamknął za sobą drzwi.
Spoglądasz na Samuela,widzisz że zdążył już zabrać ze skrzyni koce i jeden rozłożyć na posadzce przed kominkiem drugi rzuca w twoją stronę-złapałaś i rozłożyłaś sobie na kolanach, jest to gruby koc z folowanej wełny w zielono czerwoną kratę. Przyjemne ciepło otuliło cię pod szyję. Twoje życzenie dobrej nocy do Samuela nie spotkało się z odpowiedzią
jednak chyba się tym nie przejęłaś,bo twoje oczy zamknęły się lekko, ciepło, bezpiecznie, spokój..
Wiatr wył w koronach drzew i zawiewał jej mrożące igiełki lodu w oczy, poły kaptura łopotały na wietrze gdy przedzierała się przez zwały śniegu na trakcie. Szła już od dawna,od momentu gdy usłyszała zew Rudry,wiedziała co to oznacza,wiedziała co się stało,pomimo mrozu musiała się spieszyć,musiała odnaleźć Zaklinacza przed Nimi."
SNY
Piękne!to takie piękne-mówią twoje oczy, piękne! Miriady iskier. Piękne!Fontanny kolorów, obłoki zapachów i smaków wszystkie te doznania uderzają oszałamiają odurzają twój umysł, zdajesz sobie sprawę że niemożliwe jest żeby to wszystko było realne ale nie dbasz o to.
W zachwycie obserwujesz kolejny luk gorzko-słodkiej żółci który wytryska zapachem palonej słomy obok ciebie,dalej stalowa chmura iskier walczy desperacko o utrzymanie swojego kształtu lecz przegrywa i staje się kasztelem pachnącym wata cukrowa. Pękające piwne drzewo rozpuszcza pienistym napojem wojsko w dziwnych ołowianych mundurach, tona wydając dźwięki mytych szyb. Kroczysz wąską ścieżką biegnącą po niekończącej się potrójnej spirali złożonej z małych kolorowych cegiełek,i spoglądając pod nogi widzisz ich twarze gdy małe zwierzęta i ryby odbijają się w lśniących ścianach cegiełek. Potwór chowa się do szafy gdy nieostrożnie przydeptujesz mu ogon i odchodzisz beztroska,to takie piękne! Maszerujące tu i ówdzie mrówki niosą na barkach pomarańcze<twarz z dymu>i ...idą-nagle trudno ci złożyć myśli-..i idą wprost do wnętrza brzucha mantikory która <twarz z dymu> która... która otwiera małe drzwiczki i pozwala im przejść na druga stronę. Świat zdaje się wspaniały pod twoimi stopami a oczy masz otwarte szeroko bo doznania są wszędzie:
krzak rosnący na kępie słów smakuje jak woda z cukrem,ptak siedzący na
gałęzi ze skręconej skorupy żółwia pachnie cynamonem a spieczone
błoto zwija się w czekoladowe wiórki, pachnące dymem..<twarz>...dymem ...dymem.
Aaaa!-mokra od potu z przeraźliwie kołaczącym się sercem usiadłaś na łóżku! Ciężko dyszysz próbując się uspokoić,nawet nie chcesz sobie przypomnieć co cię tak przeraziło. Wszystko.. tak nagle zasnuł.-uff-..dobrze ..to tylko sen-słyszysz odsuwanie skobla i rozglądasz się wokół-Samuel zniknął. Drzwi od pokoju Dragomira otworzyły się niemiłosiernie skrzypiąc a gnom
wymaszerował przez nie koślawym krokiem.
-Jak się spało księżniczko śniegu? -spytał Drago. Nieśmiało odpowiedziałaś.
Drago przeciągnął się prostując krótkie ręce -To świetnie,uczta na zamku za pół godziny rozgląda się-a gdzie twój przyjaciel?Jak wróci powiedz mu żeby pospieszył się bo nie zdąży na śniadanie i ominą go frykasy,hłe hłe- zakaszlał śmiejąc się jednocześnie, po czym założył futro wiszące na kołku i wyszedł z domu. Dostrzegłszy ze twoja sukienka jest wymięta i jest w stanie wymagającym co najmniej prania, zrzuciłaś koc z kolan i niespiesznie wstałaś. Zdjąwszy bandaże z rak z zachwytem spostrzegasz ze nie masz na rekach ani śladu odmrożeń, a wszystkie ranki wygoiły się przez noc. Przeszedłszy kilka kroków o własnych siłach doszłaś do otwartych drzwi pokoju Kesslina i ostrożnie wkroczyłaś do środka.
Pokój gnoma to tak naprawdę tylko część tej drewnianej chaty przegrodzona ściana z desek i opatrzona drzwiami,znajduje się w niej kilka nieszczególnie wyszukanych sprzętów -łóżko z poduszka,kilka polek z książkami, stół z solidnego dębowego drewna zasłany różnymi rodzajami dłut i noży, kilka szafek i jedna dużą komoda oraz szafa w kacie pokoju.
Poza tym w podłodze znajduje się klapa która kiedy ja podnosisz za sznurkowy uchwyt ukazuje ci ciemny tunel i pierwsze szczeble drabiny do niego prowadzącej. Kurz spod niej zakręcił ci w nosie i kichnęłaś głośno upuszczając ja z trzaskiem,ledwie zdążywszy cofnąć nogę przed przygnieceniem. Szperanie tutaj to niezbyt dobry pomysł,poza tym odczułaś nagle
jak natura o sobie przypomina a widząc ze w domu nie ma żadnej łazienki wycofałaś się do głównej izby. Zarzuciwszy jeden z wełnianych kożuchów wiszących na kołku wyszłaś w mroźny poranek.
Brrr. Mróz przebiegł cale twoje ciało do stop, właśnie dotarło do ciebie ze trwa zima i śnieg leży na ziemi a ty wyszłaś bez butów. Przesadziłaś szybkimi susami kilka metrów do chaty i włożyłaś pierwsze pasujące na twoje stopy wełniane chapcie leżące przy szafce.
Czymkolwiek się Kesslin zajmuje musi albo hodować owce albo tez wymieniać swoje wyroby za ich wełnę lub przedmioty z niej zrobione,jest ich bowiem wiele w jego gospodarstwie. Skoro jednak nie słyszałaś ani razu beczenia owiec bardziej prawdopodobna jest druga wersja.
Takie myśli przemknęły przez twoja głowę gdy kucałaś za krzakiem w poszukiwaniu prywatności. Gdy wstałaś do twoich uszu dobiegło szuranie. Dochodzi ono gdzieś spomiędzy tych drzew.
Przezwyciężywszy strach wrodzona ciekawością powolutku zbliżasz się do tamtego miejsca skwapliwie omijając mogące cię zdradzić suche gałązki leżące na śniegu. Obchodzisz właśnie jeden z dwóch ostatnich grubych wiązów rosnących obok siebie ,gdy przez zarosła zauważasz prześwit polanki.
Wygląda jakby rosnące wokół wiązy zmówiły się ze sobą w celu stworzenia domu z dachem z żywych gałęzi koncentrycznie wyrastających nad polana i spotykających się w jej środku.
W lecie gałęzie musza tworzyć wręcz nieprzepuszczalny dach z zielonych liści nad tym miejscem, ale dziś w początku mroźnego miesiąca Trill drzewa nie maja na sobie niczego co
przykryłoby polankę i świecą wręcz nagością okrytych lodem konarów. Nagi jest również mężczyzna na niej stojący, którego od razu rozpoznajesz po bujnych puklach spływających mu na plecy jako Kalkina. Zawstydzona szybko odwracasz wzrok i chowasz za drzewo oblewając się pąsowym rumieńcem. Samuel nie zauważając twojej obecności dalej naciera się śniegiem. Źródło hałasu odkryte,twoja ciekawość zaspokojona,ale czemu wciąż kryjesz
się za drzewem starając się oddychać jak najciszej?Mały obłoczek pary unosi się z twoich ust gdy z drżeniem rak powoli przesuwasz ciężar ciała na lewa nogę aby się odwrócić w jego kierunku. Oparta drżącymi dłońmi o korę wychylasz głowę zza wiązu i jednym okiem patrzysz na niego. Jest odwrócony tyłem do ciebie,jego ciało, włosy-opadające na kark-,plecy
ze ściśniętymi razem łopatkami ,gdy uniesionymi w gore rekami trze śniegiem o twarz. Blada napięta skora ledwie zaczerwieniona śniegiem , który teraz całymi płatami opada z niego.
Zrzucone ubranie leży kilka kroków od niego na śniegu. Widzisz ze zaraz się odwróci i na pewno cię zauważy ale wbrew zdrowemu rozsądkowi obserwujesz go dalej z zapartym tchem,niezdolna do wykonania najmniejszego ruchu, bezlitośnie łapczywie napawasz się
jego widokiem.
Juz za moment,juz wyciera ręce,juz otrząsa się ze śniegu, zaraz się odwróci by sięgnąć po ubranie!
Krzyk!Z prawej strony od lasu doszło przerażone wołanie, drgnęłaś i
spojrzałaś w tamta stronę,on również ,natychmiast schowałaś się za drzewo
oswobodzona tym odwróceniem uwagi. Czy zauważył cię?-ciężko oddychasz-nie,
nie zauważył, słyszysz ze zarzucił na siebie płaszcz i popędził
miedzy drzewami w stronę skąd dochodziło wołanie.
Czekasz chwile i również tam biegniesz.
-napisane przez Balrog_Zeruel
-oraz Samuel Kalkin-recently:)
_________________
 They call me Sami the Sick. And I'm spitting fire with might.
|