Czas mijał, zapadał zmierzch. Przybysz coraz bardziej zapuszczał się w kazamaty świątyni.j. Mroczne wnętrze świątyni zdawało się nie mieć końca, w jakiś zadziwiający sposób architektom czy też magom udało się zwielokrotnić objętość wnętrza budynku. Po obu stronach korytarza, którym właśnie szedł znajdowały się połamane posągi, żadna z postaci na nich przedstawionych nie miała górnej połowy ciała, ale z tego co zostało można było się domyślać, że są w większości ludźmi.
Przybysz spojrzał na ołtarz wznoszący się w jednej z naw świątyni, był on okazały, ale niczym nie zdobiony. Żadnych glifów, płaskorzeźb na cokole ani napisów poza jednym wyrzeźbionym prostą czcionką. Na ołtarzu zaś znajdował się posąg mężczyzny, odzianego w długa szatę. Posąg był wysoki na około 15 stóp co sprawiało dość monumentalne wrażenie. Wyobrażona postać była tak skrzętnie zakutana w płaszcz , że nie można było się dopatrzyć nawet butów a jedynie ich zarysy pod nią. Na jej twarzy znajdowała się biała maska w zamierzeniu odwzorowująca chyba porcelanę, rąbek jednej z pół płaszcza trzymał lewą ręką. Na jej wewnętrznej stronie artysta w niezwykły sposób wyobraził gwiazdy, planety i inne ciała niebieskie, a stopień ich zróżnicowania świadczył o niepowierzchownej znajomości astronomii. Wypukłe symbole były prawdziwie zachwycające, mimo że posąg był jednolity i szary oprócz maski na twarzy i białej rękawiczki trzymającej połę szaty.
Przybysz po krótkim zlustrowaniu wyminął go i skierował się do sali, w której promienie księżyca wpadające poprzez świetlik w dachu migotały na powierzchni płytkiego stawu. W przeciwienstwie do poprzedniego ten nie został zasypany, najwidoczniej znajdował się zbyt daleko od wejścia.
Kiedy zauważył, że nie ma innej drogi na drugą stronę wszedł do niego. Woda sięgała mu tylko do kolan. Była zimna pomimo upału, jaki panował w dzien. Dziwne, że nie wyparowała. Byćmoże było tam podziemne źródło lub była dostarczana w inny sposób. Gdy tylko wyszedł z basenu nogi oblepił mu szary pył walający się tutaj całymi stosami.
Brnął przez jego coraz większe zwały aż dotarł do drzwi.
No nie były to całkiem drzwi biorąc pod uwagę klasyczne znaczenie tego słowa. Bardziej pasowałyby: gigantyczna żelazna, skorodowana płyta wygięta w dolnej części jakby została staranowana przez rozpędzoną lokomotywę.
Bo taki właśnie widok przedstawiał się oczom Zaklinacza. Druga płyta była prawdopodobnie przykryta pyłem i leżała gdzieś w tej monumentalnej sali, bo Samuel szczerze wątpiłby czy komukolwiek udałoby się wynieść kwadratowy blok żelaza szeroki na czterdzieści pięć stóp przez tak małe przejście. Wniesiono je prawdopodobnie przez dach podczas budowy świątyni. Świecąca kula nad jego ramieniem zgasła.
Zaklinacz złożył ręce w sigil i zakreślił nimi małe koło w powietrzu. Świecące smugi popłynęły w ciemność kolejnej komnaty i rozjaśniły ja na tyle by mógł rozróżnić ogólne zarysy pomieszczenia.
W sali na podłodze znajdowała się gigantyczna gwiazda siedmioramienna a na jej środku coś, co w nikłym świetle przypominało wysoką klepsydrę z wieloma obręczami dookoła. Złożył kolejny sigil i uwolnił. Nad jego ramieniem pojawiła się grupa świecących punktów.
Kiedy podszedł bliżej do środka sali okazało się, że to, co brał za boki klepsydry było w rzeczywistości nachylonymi do środka wielkimi kołami zębatymi. Na podłodze były też jakieś runy, przyklęknął aby je obejrzeć, gdy poczuł powiew zimnego powietrza z prawej strony tuż za nim. Uniknął czterech ramion, które zamachnęły się na niego, kolejne cztery zmiażdżył kijem. Czarna posoka trysnęła wystarczająco daleko by go ochlapać. Świetliki, które tańczyły przed chwilą chaotycznie zebrały się w grupę i ruszyły na wroga by rozjaśnić ciemność wokół niego, ale w tym samym momencie w oczach Samuela pociemniało. Padając na posadzkę zobaczył jeszcze coś o wężowych źrenicach. Potem świat zawinął się wokół niego i wszystko przestało mieć znaczenie.
*************************************************************
Skądś...z bardzo daleka dobiegł go głos. Ten głos brzmiał jak jego własny. Miał w sobie coś strasznego ale i dobrze znanego:
-...pojedyncze klatki filmu, ujęcia nie układające się w jakikolwiek logiczny porządek: ściany dookoła, moje ręce osmalone , płuca pełne siarki buty prawie zwęglające się od potwornego żaru kiedy opuszczam się coraz niżej nad jezioro pełne lawy, Coś wyje nade mną.
Kiedy indziej patrzy na mnie moja twarz z rozbitej szyby palącego się domu, ale to nie moja twarz, tamten ma czarne oczy, pełne szaleństwo śmieje się upiornie patrząc na mnie, gdy chcę zobaczyć w odbiciu w oknie coś jeszcze jego obraz faluje i nie widzę już twarzy martwych istot które jak mi się wydaje leżą na bruku.
W innym miejscu mój syn trzyma się kurczowo poręczy rydwanu, tańczą konie w powietrzu pomiędzy urwiskami, włócznia trzymana w ręku przeszkadza mi powozić, krzyki ścigających narastają.
Ciemność oblewa świat gdy kruk wydziobuje moje oko z martwego ciała na polu jednej z miliona bezsensownych bitew, skóra gnije, a ta kobieta przechadza się pomiędzy trupami, nie wie że pomiędzy uderzeniami skrzydeł szamoczącego się z gałką oczną ptaka widzę ją. Jest mi znajoma. Ma piękne włosy, z czułością patrzy na trupy, ogląda ich rany jak znawca, karabin na jej ramieniu raz wygląda jak nóż skąpany w truciźnie, raz jak drewniana pałka, znowuż jak miecz albo topór, w końcu przypomina mi kosę. Zaraz potem twardy dziób kruka zatapia się w drugim martwym oku, nie widzę już nic...
************************************************************
Tamten głos go przyciągnął. Gdzieś na Polach Umysłu Szare Bramy z Kości i Rogu otworzyły się. Wiatr powiał pomiędzy bezokimi główkami lalek nabitymi na ogrodzenie. Załopotał ich sztucznymi włosami. Zawył pomiędzy skrzydłami pegaza i demona siedzącymi na nadprożu domu. Czarnowłosy wędrowiec aka Samuel Kalkin wrócił do domu.
_________________
 They call me Sami the Sick. And I'm spitting fire with might.
|