[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 95: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 95: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/functions.php on line 4246: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /includes/functions.php:3685)
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/functions.php on line 4248: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /includes/functions.php:3685)
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/functions.php on line 4249: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /includes/functions.php:3685)
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/functions.php on line 4250: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /includes/functions.php:3685)
Multiworld • View topic - Powierzchnia Nomada.

Multiworld

Nothing is impossible in the Multiworld
It is currently Thu Apr 03, 2025 2:24 am

All times are UTC + 1 hour




Post new topic Reply to topic  [ 9 posts ] 
Author Message
 Post subject: Powierzchnia Nomada.
PostPosted: Tue Oct 31, 2006 5:30 pm 
Offline
User avatar

Joined: Fri Mar 19, 2004 9:10 pm
Posts: 1103
Location: Pola Umysłu
Tak jak Shirue mogła mieć swe podziemia tak Nomad posiada swą powierzchnię. Większość wydarzeń tutaj opisanych wydarzy się na północnej półkuli planety.

Kaprys nudził się. Niezbyt to dobry początek do ekscytujących wydarzeń, ale było tak naprawdę.

Cóż z tego, że mrok powierzchni byłej Khaj’llit, co rusz rozświetlała przepiękna w swej niszczycielskości fioletowa błyskawica?

Cóż z tego, że powietrze wręcz iskrzyło od możliwości?

Cóż z tego, że planeta, na której się znajdował jak rakieta balistyczna przemierzała wieloświata?

Kaprys nie był ani malarzem ani wróżbitą ani astronomem. Rozległe pola zagrabione aż po horyzont przez Scyllę podniecały go w równym stopniu, co ślepego świerszczyki.

Po raz setny przechodził przez jakiś nic nie znaczący pagórek i natrafiał na nic nie znaczący płaskowyż. Powierzchnia Nomada była martwa i gdyby nie krystaliczna materia bez przerwy usiłująca zaasymilowac mu buty Kaprys zunałby że trafił na zupełne zadupie. Skrzywił się. Tyle potencjalnych ofiar.. Przyjaciół straciło szansę by go poznać. Mogli się tak dobrze zapoznać… A wszystko przez to, że ci blacharze urządzili tu sobie plantację.

Jakby tego nie było mało, postanowili sie zywcem pogrzebac wewnątrz tej kamiennej kulki.
Kamiennej...Hm szkoda, że braciszek wciąż kibluje, mógłby coś poradzić.- Pomyślał Kaprys- Z drugiej strony zawsze był nieuleczalnym durniem.

Plan był prosty- wejść, zmasakrować, zabrać kudłate coś co porwali. No przynajmniej tyle zapamiętał z wykładu Olveggi na kosmodromie. Był zbyt zajęty obmyślaniem sposobów pozbycia tego głupca. Ale jeden szczegół przeoczono- plan zakładał zbrojną odpowiedź Zgromadzenia. Nikt nie przypuszczał że dosłownie i w przenośni zapadną się pod ziemię. Kaprys nie spakował łopatki i grabek.

Ze złością kopnął grudę ziemi rozbijając ją w pył.

Nie po to tłukł się setki milionów kilometrów w metalowej puszce, leciał jak kula armatnia, pływał w owsianej breji, napędzał aniołom panicznego stracha i dawał się porazić piorunem by teraz chodzić w tę i wewtę wydeptując prześmiewcze slogany w krystalicznej materii. Miało to swój urok, ale nie taki, jakiego poszukiwał. Daimon był estetą specyficznego rodzaju i cieszyły go wyłącznie wysublimowane rozrywki.

Przed chwilą na przykład wymyślił 623 sposób wysublimowanej ekstrakcji płynu kręgowego z ciał wrogów. Ten łączył się z użyciem chochli, patelni i kilograma ołowiu. Poprzedni… Kaprys zachichotał. Ten poprzedni był majstersztykiem.

-Idzie zasnąć z nudów. Szkoda, że nie sypiamy skarbie.

Daimon zgiął szyję mocno w lewo aż rozległo się chrupnięcie, następnie powtórzył czynność wyginając szyję w prawo.

Trzymając topór w lewej dłoni zrobił zamach wbijając go pod kątem aż po mostek wyimaginowanego przeciwnika. Cofnął broń, odsunął się o kilka kroków, zakręcił Rangurem w lewej ręce i bez trudu przerzucił go w locie do prawej. Podrzucił go w powietrze i gdy ten spadał włożył palce prawej ręki w otwory w żeleźcu. Oparł trzonek na ziemi. Porażona przy dotknięciu krystaliczna materia usunęła się kilka centymetrów.

-Łopata z tego marna, ale do tańca się nada. –Uśmiechnął się i podrapał po twarzy jednym ze metalicznych kolców tkwiącym w jego dłoni. Strzepnął jakiś niewidoczny pyłek ze zbroi Wrednych Antywpływów.

-Wciąż czekamy skarbie! –krzyknął do niewiadomo kogo- Mamusia ci nie mówiła, że jak goście będą czekali zbyt długo przed drzwiami to podpalą ci chałupę?

_________________
Image
They call me Sami the Sick. And I'm spitting fire with might.


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Thu Nov 16, 2006 7:17 pm 
Offline
User avatar

Joined: Fri Mar 19, 2004 9:10 pm
Posts: 1103
Location: Pola Umysłu

_________________
Image
They call me Sami the Sick. And I'm spitting fire with might.


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Sun Dec 03, 2006 1:45 pm 
Offline
User avatar

Joined: Mon Oct 24, 2005 4:36 pm
Posts: 215
Location: From MY worst nightmares.
Kolejny tuzin błyskawic rozświetlił czarne, burzowe niebo planety. Czerwono-niebieskie wstęgi z rykiem przedzierały się przez resztkę tego co zostało z dawnej atmosfery Khaj’Litt i uderzały w powierzchnię Scylli, nie czyniąc jej najmniejszej szkody. Porywisty wiatr unosił w powietrzu pył i ziarnka piasku, które zwykle kończyły swą dziewiczą podróż po rozbiciu się na jednej z wież. Takich jak ta, na której teraz ulokował się pewien pół-demon.
Poły jego czarnej, żywej peleryny owijały się dookoła czubka wieży, leniwie ocierając się o krystaliczną istotę. A ARek, z dłonią przyciśniętą do miejsca gdzie większość istot humanoidalnych posiadała skroń, rozmawiał. Umysł, oddalony od Nomada i tak zwanego świata zewnętrznego właśnie zakończył transfer.

- Mili ludzie są w tym Zgromadzeniu – zauważył jego pierwszy oficer, Sahaqiel.
- I o niebanalnym guście – dodał niebieski- Wszyscy się stawili?
- Prawie. Brakuje Tabrisa, Zereuela i Bardiela. A Sachiel jest oczywiście z tobą…
- To dobrze. Każ chłopakom przysiąść na jakiś czas, będę musiał z nimi pogadać, wszystkimi naraz.
- Niedługo wracasz?- w głosie Zhenterianina można było usłyszeć zdziwienie.
- Przy odrobinie szczęścia…


Jeden z duchów przeszłości zbliżył się na niebezpieczną odległość do ARka. Kotopodobny nie miał pojęcia, że mijał właśnie istotę która zwykle zjadała takich jak on na śniadanie. Dosłownie i w przenośni.
Gdy połyskujący, srebrny duch zaczął się rozpływać, jego los był przesądzony. Miał zamiar zniknąć, pojawić się gdzie indziej i dalej cierpieć śmierć własnego rodzaju na swój wieczny (i niezwykle irytujący) sposób. A może wędrował gdzie indziej? Może w jakiś fantastyczny sposób wyrwał się z tego piekła przemierzania pola swego dawnego życia? Oglądania resztek tego, co kiedyś było jego pieknym domem? Może tak? No cóż, ARek nieświadomy czy nie, wciąż pozostawił na zewnątrz tyle siebie, aby zauważyć mijającą go dusze. Z jego cienistego odzienia wystrzeliło pojedyncze, wężowe ramię, owijając się dookoła srebrnej sylwetki i przyciągającej do niebieskiego. Duch kotopodobnego zasilił swą wiedzą świadomość ARka, a sam dołączył do tuzina innych, które podleciały zbyt blisko i na drzewo nie uciekały.

- Co masz na myśli?
- Ktoś jest jeszcze na planecie, ktoś kogo… gospodarze widzą nader niechętnie.
- Uroczo. Masz zamiar posprzątać to, na co oni nawet nie chcą patrzeć? To nie jest twoje zadanie.
- W istocie.
- Mogą być problemy.
- A kiedy ich nie ma? – spytał retorycznie.


Wstał i przeciągnął się. Cokolwiek mówił Sahaqielowi, ta okolica naprawdę mu się podobała. Spaczony gust zapewnie, ale co z tego? Planeta była śliczna. Jedynym mankamentem była mdląca pustka, jaką odczuwał. Brak magicznego rezonansu, gdy starał się pobudzić energię do działania… niezwykle irytujące. Denerwująco. Niebotycznie wkurwiające! Ale można to przeżyć.
Podkurczył nogi i skoczył w dół wieży. Gdy stopa dotknęła podłoża, ruszył.

- Dali ci już… pełnoprawną kartę członkowską zatem? Z darmową szatnią i basenem?
- Niezupełnie, jednak mam pewność że to krystaliczne paskudztwo mnie nie zeżre…
- Może powinieneś spróbować tego, być ten jeden raz na tym niewłaściwym końcu widelca. To mogłoby być bardzo odświeżające doświadczenie.

ARek wyjął swoje ostrze z pochwy przy pasie, która grzecznie przemieściła mu się na plecy.
- Bardzo zabawne czteroręki, bardzo.
- Na wszelki wypadek wysłałem ci swą barierę umysłową, dodatkowo, jeśli pozwolisz, będę obecny podczas twego… posiłku.
- Zawsze chętnie widzę cię w mojej głowie Sahaqielku, wiesz o tym.
- odparł słodkim tonem pół demon. Zhenterrianin uśmiechnął się w umyśle ARka… rzecz jasna jeśli istota bez ust może się uśmiechać.
ARek zaś zrobił parę ostatnich kroków i stanął na ramieniu Kaprysowi
- Szukałeś mnie?
Zanpaktuo uderzył w odsłonięty kark Daimona.

_________________
Have no fear, shadow ass is here!


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Mon Dec 04, 2006 2:34 am 
Offline
User avatar

Joined: Fri Mar 19, 2004 9:10 pm
Posts: 1103
Location: Pola Umysłu
-No nareszcie. Już myślałem, że zardzewieję z nudów!

ARek nie wierzył własnym oczom. Starannie wymierzony cios z zaskoczenia nie miał prawa chybić celu. I nie chybił. Ostrze Zanpaktuo tkwiło głęboko w ręce daimona. Przebita na wylot dłoń Kaprysa zacisnęła się na mieczu kalecząc się jeszcze bardziej. Gęsta krew spływała po ramieniu zaatakowanego i zaczynała kapać z jego łokcia na ziemię.

-Daję ci siedem za styl skarbie, ale jeden za ukrycie. Czułem swąd twojej nienawiści z kilometra. -dodał Kaprys.

Daimon obniżył bark licząc na to, że przeciwnik straci równowagę, prawą ręką wziął potężny zamach i uderzył toporem mierząc w biodro Mazoku.

Topór przeciął tylko powietrze a z jego lewej dłoni, z której nagle zniknęło ostrze pociekła struga krwi. Helian kucał kilka metrów dalej szykując się do skoku. Momentalnie zniknął i pojawił się kilka stóp przed Kaprysem tnąc po skosie do góry. Tylko błyskawiczny refleks pozwolił daimonowi sparować atak pazurami lewej ręki. Ostrze miecza shinigami wydało potworny zgrzyt ślizgając się po nierównych fragmentach metalu i skrzesało fontannę iskier.

-Duch walki? Jakie to rzadkie. Będziemy bardzo szczęśliwi mogąc się zabawić przed posiłkiem.
- kontynuował Kaprys jakby właśnie ucinał pogawędkę ze znajomym przy herbacie.

Zamachnął się pustą ręką od góry naumyślnie spowalniając ruch by przeciwnik miał sporo czasu na unik i błysnął żółtymi oczami. Krew ściekająca z rany rozciągnęła się w długie pasma i ochlapała hełm Helionisa. Jednak cios Rangurem, którym Kaprys chciał zakończyć walkę nie doszedł do celu. Zamiast zgruchotać czaszkę chwilowo oślepionego przeciwnika żeleźce topora zatrzymało się pół metra od głowy Arka. Zanpaktuo jak adamantytowa sztaba bez problemu sparował cios.

-Nie potrzebuję oczu żeby widzieć głupcze.- Odparł drwiąco człowiek ukryty za czarną maską uderzając przeciwnika otwartą dłonią w splot słoneczny.

Kaprys został odrzucony w tył. Zbierając za butami przeróżne skały i gruz wyhamował kilkanaście metrów dalej.

-Interesujące…- stwierdził po chwili uważnie lustrując swojego przeciwnika. – Masz jakieś imię kukiełko Zgromadzenia czy będę musiał sam wymyślić coś odpowiedniego do wyrycia na grobie kundla takiego jak ty?

Ubrany na czarno mężczyzna w pelerynie strzepnął krew z miecza, po czym spokojnie wyjął z kieszeni kawałek szmatki i przetarł część twarzową swojego hełmu.

-Są dwie opcje. –Odezwał się po chwili chowając szmatkę- Podam ci je przed lub po walce. W pierwszym wypadku będziesz miał świadomość z czyjej ręki giniesz, w drugim jeżeli je kojarzysz pożyjesz chwilę dłużej bez panicznego strachu przed tym, co naprawdę mogę ci zrobić.

-Jesteśmy Kaprys skarbie…- rzekł Daimon kątem oka widząc jak krew cieknie w przeciwnym kierunku wracając do rany i zamykając rozdarcie.-I zmieniliśmy zdanie. Nie dostaniesz nagrobka.

-Arek Helionis. Nie oczekuj go też ode mnie.

Daimon uśmiechnął się błyskając kłami.
-Obyś nie sprawił nam zawodu. Mamy mało czasu.

Zakręcił Rangura w dłoni i zaszarżował.

_________________
Image
They call me Sami the Sick. And I'm spitting fire with might.


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Mon Dec 04, 2006 6:57 am 
Offline
User avatar

Joined: Mon Oct 24, 2005 4:36 pm
Posts: 215
Location: From MY worst nightmares.
Daimon uniósł topór i ciął. Topór przeszył jedynie powietrze, gdy ARek błyskawicznie zrobił krok w tył, po czym ruszył z mocnym wypadem, z wyraźnym zamiarem pozbawienia Kaprysa tchawicy. Ostrze niamal dotarło do celu.
Trysnęły iskry, gdy zanpakuto po raz kolejny spotkał się z pazurami lewej ręki. Miecz zachaczył o dłoń, płytko nacinając ją.
Kaprys kontratakował, zawijając toporem dookoła głowy, rozsypując dookoła pył martwej planety.

Rangur napotkał Helianoroth z hukiem. Szybsze ostrze ARka odbiło topór po czym... znikło. Jednak Daimon był na to gotów.
Gdy shinigami tylko się pojawił, dwa kroki dalej za swym oponentem, lekko zaskoczony zreflektował, iż Rangur właśnie wbił mu się pionowo w ramię, tuż obok głowy.
Patrzcie państwo, co to za zwyczaje! Oczy pół-demona przybrały czarno-czerwony odcień.

Z rany wytrysnęła ciemna, oleista substancja nosząca symptomy bycia zarówno gazem jak i płynem, zraszając twarz Daimona i najbliższą okolicę. Tamten warknął z uciechy, co odzwiercidelił złoty błysk jego oczu.

Wyszarpnął topór, tnąc na odlew pazurami, tylko po to aby z furią stwierdzić, iż jego cel ponownie zniknął.
- Nie ułatwiasz nam zadania co, skarbie? - wycharczał miło rozwścieczony Daimon. Cofnął się o dwa kroki, przyjmując postawę bojową...

... a dla ARka miłą odmianą było ujrzeć zdumienie na twarzy Kaprysa, gdy ten zorientował się, iż ktoś stoi na trzonku jego topora.
- W istocie...

Uniesiona noga opadła, kopniak zgruchotał szczękę Daimona, na ułamek sekundy zanim były Król Szczurów zdążył zrobić cokolwiek. Siła odrzutu posłała go w lot, który zakończył się u podstaw niskiego wzniesienia. Dookoła walał się gruz, efekt nieszczęśliwego lądowania Kaprysa.
- ... skarbie. - dokończył niebieski.
Rana na ramieniu zmniejszyła się znacząco. Parę sekund później zniknęła całkowicie, jakby szalony, opętany Daimon wcale nie wbił wielkiego, wrażego topora, który przebił się aż do piersi.
ARek nie czekał, aż jego przeciwnik się zregeneruje i ponownie zniknął.

_________________
Have no fear, shadow ass is here!


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Tue Dec 05, 2006 5:50 pm 
Offline
User avatar

Joined: Fri Mar 19, 2004 9:10 pm
Posts: 1103
Location: Pola Umysłu
Pojawił się…

-Gdzieżeś zniknął skarbie?- Zasyczał Kaprys rozglądając się wokoło z opętańczym uśmiechem.

-Mógłbym rzec, bliżej niż myślisz, ale to passe większe niż ty.- Dobiegło z góry.

Wraz z tymi słowami zaszły symultanicznie dwie rzeczy. Po pierwsze daimon wciągnął brzuch bardziej niż doświadczony akrobata. Po drugie czubek ostrza spadającego po łuku z góry zadrasnął zbroję Wrednych Antywpływów i odłupał z niej łuskę.

Arek wykonał salto w przód, przetoczył się i kopnął z wyskoku prawą nogą celując w szyję Kaprysa.

Daimon odzyskujący właśnie równowagę zablokował lewą dłonią i chwycił kostkę Helionis. Ale to była dopiero połowa ataku Mazoku. Wykorzystując chwyt jako punkt podparcia wykręcił w powietrzu śrubę i znalazł się w górze za plecami Kaprysa. Jego lewa stopa nie czekała długo by wypróbować wytrzymałość potylicy daimona.

Głowa Kaprysa odskoczyła do przodu a on sam stracił równowagę.
W momencie, w którym Arek dotknął ziemi, sprężył się i skoczył by zakończyć walkę jednym sztychem w odsłonięte plecy przeciwnika.

-Nie za dużo sobie pozwalasz skarbie?- warknął Kaprys.

Daimon wygiął plecy do tyłu tak, że jego odwrócona głowa znajdowała się wprost na linii ataku. Natychmiast złapał ostrze pomiędzy pazurami obu dłoni.

-Och doprawdy?- Odparł Arek mocował się próbując wyszarpnąć miecz z uścisku.

-Czy nikt cię złotko nie nauczył, że nie chodzi się po ludziach? A jeżeli już…-Tym razem Daimon spróbował przekręcić ostrze by Helionis musiał trzymać broń w nienaturalnie zgiętych nadgarstkach. Mazoku wytrzymał, choć napięcie nie należało do najprzyjemniejszych.

-A, jeżeli już, to wyciera się buty do cholery!

Kaprys opierając się na ostrzu odbił się od ziemi i zamachnął złączonymi nogami do tyłu.

-Topór. Zapomniałem o toporze- pomyślał Arek chwile przed tym jak ściśnięty pomiędzy nogami Kaprysa Rangur wbił mu się w plecy. Wszedł głęboko pomiędzy łopatki z obrzydliwym chrzęstem. Kaprys wypuścił Zanpaktuo spomiędzy pazurów i wylądował za przeciwnikiem.

-Nie mamy nic do ataków w plecy, sami często je stosujemy.

Kaprys oparł schylił się i otrzepał but. Następnie oparł stopę na plecach Arka i wyszarpnął topór wywołując fontannę krwi.

-Widzisz? Można to robić ciut taktowniej…

Daimon odturlał się kilkanaście metrów w tył i ze zdziwieniem obserwował błyskawiczną regenerację rany, którą zadał.

-Regenerator? Spotkałem już kiedyś podobnego tobie. Porąbałem go toporem na centymetrowe paski.

Skręcił w dłoniach rękojeść Rangura. Topór momentalnie podzielił się na dwa opory jednoręczne. Jeden wyglądający jak pordzewiały i jeden matowo czarny ze srebrną runą.

-A teraz zatańczmy dobrze? Ja poprowadzę, skarbie…

Rzucił się do przodu zamierzając się naraz prawą i lewą ręką by przeciąć Helionisa toporami z obu kierunków.

_________________
Image
They call me Sami the Sick. And I'm spitting fire with might.


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Wed Dec 06, 2006 3:28 pm 
Offline
User avatar

Joined: Mon Oct 24, 2005 4:36 pm
Posts: 215
Location: From MY worst nightmares.

_________________
Have no fear, shadow ass is here!


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Sun Dec 10, 2006 4:48 am 
Offline
User avatar

Joined: Fri Mar 19, 2004 9:10 pm
Posts: 1103
Location: Pola Umysłu
Na ten widok Kaprys jakby oszalał z wściekłości. Tatuaże na jego twarzy zwinęły się w jeden punkt by po chwili rozprysnąć się po całej twarzy jak pioruny.

-Ty!

Daimon wyskoczył w powietrze i lewą nogą kopnął Helionisa w głowę. Ten uchylił się. Raz przed kopniakiem. Drugi raz przed Gurem, którym przeciwnik ciął okazyjnie z półobrotu.
Daimon przypadł do ziemi i wziął potężny zamach obiema rękami. Helionis zauważył otwarcie. Chwyciwszy miecz w dwóch miejscach zblokował idące od dołu topory.

-Ty! -Wycharczał Daimon, którego twarz wykrzywiała już nie drwina, lecz wściekłość.

Złapany w zwarcie Kaprys maniakalnie wpatrywał się w płonące złotym blaskiem oczy Helionisa.

-Ty już nigdy…-Daimon zaczął napierać całym ciałem na Arka zmuszając go do cofnięcia się dla podtrzymania bloku- …nie będziesz nas więził!

Kaprys złączył ręce i Rangur złożył się w jedność. Obrócił go do dołu ostrzem i postąpił kolejny krok.

-Ty już nigdy…- z kącików ust Kaprysa płynęła ślina z krwią- Nas nie znajdziesz!

Niespodziewanie Daimon wypuścił topór z rąk. Czegoś takiego Arek zupełnie się nie spodziewał. Waga skupiona na bloku pociągnęła go do przodu. Nie poleciał daleko. Skrwawione ręce Kaprysa chwyciły go za klapy. Sekundę później czoło daimona przywaliło w maskę Mazoku.

-My! –Ryknął Daimon i uderzył ponownie głową. Cios „z byka” oszołomił Helionisa na cenną sekundę.

-Będziemy!- Wrzasnął Daimon i ponowił atak przyciągając Arka do siebie. Czoło Kaprysa było całe we krwi.

-Wolni!

Ostatnie uderzenie wywołało w Mazoku niewielką halucynację o zaprzyjaźnionym operatorze dźwigu, który postanowił wybić mu wszystkie niewłaściwe pomysły z głowy. Trzydziestotonowym hamulcem. Zrzuconym z wysokości wieżowca.

Po chwili leżał na ziemi. Była cudownie miękka a szum w głowie miał odgłos fal łagodnie chlapiących o brzeg. Arek nie pamiętał żeby na Nomadzie były jakieś morza. Za chwilę na pewno coś się wyjaśni, pomyślał, trzeba tylko spokojnie do tego podejść. Dać się nieść prądowi.


Kaprys ciągnął ciało Heliona przez dobre dziesięć stóp. Głowa zwieszona do przodu kołysała mu się na boki. Z rozerwanej skóry na karku Daimona wąskimi strumieniami ciekła posoka. W jeden atak włożył tak wiele siły, że praktycznie zniszczył sobie wszystkie mięśnie karku. Lewa ręka zaczynała odzyskiwać czucie. Szok zerwania pazurów zrośniętych z kośćmi zaczynał mijać i ból się nasilał. Czoło miał całe we krwi, prawdopodobnie doznał wstrząsu mózgu. Wydawało mu się, że kości czaszki zachodzą na siebie jak płyty tektoniczne. Ale nie myślał teraz o tym. W tej chwili nie mógłby dbać o to mniej.

Jego umysł był skupiony wokół tylko jednego celu.

Zanpaktuo przeciwnika wciąż tkwił w jego zaciśniętej dłoni. Ostrze ciągnięte po ziemi żłobiło bruzdę w krystalicznej materii Scylli. Zmasakrowana i wklęśnięta do środka górna połowa twarzy Arka błyskawicznie się regenerowała.

-Zrozumiałeś prawda? Dotarło to do ciebie? A może powinniśmy powtórzyć? Nie na pewno nie... - Mamrotał do siebie Daimon wlokąc ciało w kierunku topora leżącego na skale. –My już nigdy do ciebie nie wrócimy. Zniszczymy wszystko, czego pragniesz, wszystko, co kochasz, wiemy, co to jest. My wiemy to najlepiej. Kto ma to wiedzieć lepiej od nas? Nikt. Nikt skarbie. Nikt! Rozumiesz?

Daimon schylił się po topór jednocześnie z całej siły wbijając piętę lewej stopy w środek klatki piersiowej Helionisa.

Widok pięknego zachodu słońca na plaży zaparł Arkowi dech. Szkoda, że pomarańczowo-różowa łuna wokół słońca miała dziwny kształt i migotała ostrzegawczo. Słońce też było jakieś nie takie. Miało uśmiech jak błysk sztyletu i błyszczące złowieszczo oczy koloru żółtego wina…

Zamrugał nowo wykształconymi powiekami. Niepotrzebnie. Postrzeganie pozazmysłowe zaczynało wracać.

Leżał na ziemi, przygwożdżony do powierzchni Nomada pancernym butem swojego przeciwnika.

Kaprys ze zwieszonym łbem prawą dłonią wznosił topór żeby pozbawić go życia. Życia? To jakieś żarty. To niemożliwe. Niemożliwe, prawda?

Oczy Króla Szczurów lśniły upiorną żółcią a wokół jego głowy Arek widział niesamowitą aurę. Nieludzką i rozbuchaną jakby pochodziła z samego dna piekieł.

Kaprys balansując tułowiem odchylił głowę do tyłu tak, że opierała się mu na karku. Zamierzył się toporem mierząc w czaszkę Mazoku.
Helionis targnął całym ciałem usiłując zrzucić piętę ze swojej piersi. Gdyby to nie wystarczyło – z całych sił ciął mieczem w łydkę Daimona.
Zanpaktuo przebił nagolenicę i z impetem wraził się w ciało. Siła uderzenia, bo bólu chyba nawet nie poczuł, strąciła piętę Kaprysa. Arek przetoczył się. Skrwawiony Rangur zarył w krystaliczną materię.

-Nieśmiertelna!*

Wtem Helionis poczuł jak coś przeszywa jego plecy i zdał sobie sprawę z tego, że to pozostałe pazury. Ułamek sekundy później lewe ramię Kaprysa uzbrojone w kotwicę oplotło się wokół jego boku. Dwa zęby kotwicy wymiarowej zagłębiły się w piersi. Ręka, w której trzymał miecz została unieruchomiona przy ciele.
Usłyszał chrapliwy oddech Kaprysa.

-Jesteś niczym Kalkin. Udowodnimy ci to. –Wyszeptał Daimon prosto do ucha Arka.

-Nie jestem żadnym Kelwinem psycholu!- Syknął zaskoczony Helionis napinając wszystkie mięśnie by uwolnić się z uścisku. Zęby kotwicy i Dzikie pazury zagłębiły się w ciele jeszcze bardziej.

-To już zdecydowane skarbie. Pragniemy śmierci wszystkiego, co ma dla ciebie znaczenie. Pragniemy jak potępione dusze cierpienia. Jak sucha trawa pożogi. Jak gwałciciel oporu.

-Mam gdzieś twoje żądze! –Odparł Arek biorąc zamach prawym ramieniem. Jego łokieć uderzył głucho w potylicę Kaprysa, ale Daimon nie spadł. Arek nie przestawał. Uderzał raz za razem usiłując za wszelką cenę strząsnąć z siebie tego upiora.

W milczeniu Daimon wydał rozkaz.

Arek poczuł jak jego plecy się rozgrzewają. Spojrzał w dół na dłoń Daimona uczepioną trzonka kotwicy. Na całej powierzchni ramienia pojawiły się czerwone punkty. Rosły w zastraszającym tempie i rozgrzewały się do białości.

-A zaczniemy od n i e j. – szepnął Kaprys.

Okobomby wybuchły. Setki kulek zaszytych w jego ciele na statku ISSR Celcius, każda zdolna wysadzić w powietrze pół dzielnicy. Relikty z Pierwszej Atomowej Dżihad. Ani przewoźnik, ani kapitan statku, ani Kaprys nie wiedzieli skąd wziął je Olvegga. Musiał jednak mieć dobre źródło, bo wszystkie, co do jednego zadziałały.

Wschodnia półkula lecącego przez przestrzeń Nomada na chwilę wypełniła się światłem i ogniem.
Niecodziennemu zjawisku towarzyszył grzmot zdolny powalić wszystkie drzewa w promieniu setek mil.

Odkąd jednak Khaj’llit stało się Nomadem nie było na niej drzew. Może to i lepiej? Jasność zgasła i wszystko przeszło do porządku dziennego. Cień na powrót otulił glob i wszyscy mogli dalej udawać, że nic się nie stało...



________________________
*- Słowo potrzebne do zwolnienia Kotwicy Wymiarowej.

_________________
Image
They call me Sami the Sick. And I'm spitting fire with might.


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Sun Dec 10, 2006 10:24 am 
Offline
User avatar

Joined: Mon Oct 24, 2005 4:36 pm
Posts: 215
Location: From MY worst nightmares.
Walka stała się wspomnieniem, kolejną z setek tysięcy chaotycznych, szalonych rzeczy które nastąpiły na tej planecie. Zalany mrokiem glob był w istocie, pamiętliwą bestią. Tkwiąc w żelaznym ucisku Scylli, można by rzec że dosłownie. Nowe wspomnienie zasiliło tysiące innych, w których krew, szaleńastwo i śmierć było normą. To był sposób na życie kosmosu. A nawet jeśli nie, to kto to wiedział? Gdzie można było to ujrzeć?

Eksplozja okobomb nie przebiła się przez powierzchnię pancerza okalającego ten świat, co najwyżej wgniatając parę pagórków. Sczerniała powierzchnia Scylli wkrótce zregenerowała się. Wyjąca wichura omiatała byłe pole bitwy, jak każdą inna powierzchnię na planecie. Piorunu przebijały się przez atmosferę, łącząc mroczne niebo z martwą ziemią. Jak wszedzie.
Tętno Nomady.

Gdy ARek poczuł chłód powietrza, uniósł głowę i nieprzytomnie powiódł spojrzeniem po horyzoncie. Spojrzeniem Kaprysa.
"Blizny" na masce zniknęły, zastąpione pojedynczymi czarnymi wiązkami. Układały się we wzór zadziwiająco podobny do tatuażu.

"... nie sły..."

Wiązki ciemnosci oplatały go. Przypominające ziarnka piasku cząsteczki łączyły się, wzmacniając go, odradzając. Czyniły to jednak znacznie wolniej niż zwykle.

"... czy..."

- Słyszę cię, Sahaqiel - syknął głos bardzo podobny do tego, jakim obdarzony był Daimon. W jednej chwili ogarnęła go chęć chwycenia za topór i wyjaśnienia temu cholernemu Zhentarrowi który nie był nawet Zhentarrem paru kwestii przy pomocy środka którego na pewno zrozumie!

Wykształcił powieki i przymknął oczy, chłód wiatru osłabił się.

Kaprys wysadził się, nie żył. Mało powiedziane! Sądząc po rozmiarach eksplozji, ARek mógł śmiało poszukiwać jego atomów u samego diabła w dupie.

Zacisnął pięści, wściekły na czym świat stoi. Zdawał sobie sprawę że fala emocji, która przez niego przebiegała, dziwaczne głosy, echa nowych wspomnień, żądza, szaleństwo, furia... to wszystko wspomnienia osobowości jego oponenta. Nie mógł sie jednak powstrzymać przed zanurzeniem w wariackim świecie Kaprysa, podobnie jak tamten nie mógł zrobić tego samego. Zaśmiał się głośno, stwarzając konkurencję dla wyjącego wiatru.

Na końcach nowowykształconych palców pojawiły się pazury, które wbiły się w dłonie, wywołując iskrę bólu.

ARek zorientował się o zamiarach Kaprysa gdy tkwił w jego czułym uścisku, na moment przed tym jak ten zapragnął poczuć się jak Boski Wiatr. Helian poraz kolejny skoczył, lecz nie całym sobą. Z jego karku wystrzeliła wić, żądło które zagłębiło się w gardle daimona, po czym dotarło do mózgu. Tam rozszczepiła się na tysiące, które w efekcie rozszarpały i pochłonęły jego osobowość, wspomnienia, ego i duszę.
A wszystko w ciągu niecałego ułamka sekundy.

Kaprys był jego.

Dlaczego zatem nie czuł się zwycięsko? Właśnie, dlaczego? DO jasnej cholery dlaczego?! Pokonał go, zniszcyzł, on stał, on nie! To wystarczyło, skarbie!!!
- Może dlatego, bo nie wygrałeś? - spytał się Sahaqiel w jego głowie. Głośno. Wyraźnie.
- Stoję na nogach... prawie - stwierdził ARek, starając się aby w jego głosie było słychac beztroską nutę.
- Jednak to on zadał ostatni cios. I kto poza nim został rozbity na części pierwsze? - doszedł kpiący głos Zhentarra- No, ja jestem w całkiem świeżym stanie.
Głos nakazujący zniszczenie woli Sahaqiela wycofał się wgłąb czaszki ARka. Po dłuższej chwili zamilknął na wieki.

Shinigami stanął chwiejnie. Jego ciało było parę momentów temu spalone, rozszarpane na sztuki. Odrodzenie i regeneracja... musiały jeszcze trochę potrwac. W duchu dziękował za wiszący nad światem SH, blokujący dostep światła. Gdyby znajdowali się na jakiejś oświetlonej słońcem planecie... no, wolał nie wiedzieć co by się stało.
Chociaż wiedział...

Musiał przyznać potworowi, że był jednym z najtrudniejszych do opanowania. Musimy mu to przyznać, skarbie.

Otworzył oczu. Tym razem swoje, bladoniebieskie, bez tęczówek. Poczuł się silniejszy. Za chaos w swoim organiźmie i umyśle obwinił spaczoną psychikę Kaprysa połączoną z nagłym zaburzeniem życia... rozwaleniem na cząstki, znaczy się.

- Daj sobie zadać pytanie...
- Czuj sie wolny aniołku, umilisz mi czas
- wyszeptał Helian, na przemian napinając i rozluźniając wszystkie cząstki ciała.
- Dlaczego nie zwolniłeś większej mocy? Mogłeś to spotkanie zakończyć jednym uderzeniem. Ten cały daimon nie miałby czasu zeby cokolwiek powiedziec, nawet gdybyś nie użył magii - w głosie Sahaqiela pojawiła sie irytacja - więc dlaczego? Jedno uderzenie!
- Nie mam ochoty żeby wszyscy na tej planecie wiedzieli od razu co potrafię - odparował.
- Dobrze wiesz ze nie chodzi tylko o to. Więc co?

Helionis wstał. Zauważył, iż był nieco wyższy po odrodzeniu, co szybko skorygował. Wężowe cienie wciął bezszelestnie okrążały go, w przeciwieństwie do natarczywego, siekącego wiatru. Nie odczuwał już jego chłodu, odczuwał zaś to, co chciał. Tętno planety, wciąż żywej. Szept dawno umarłych, oraz pomruk Scylli, niesłyszany dla tych, którzy nie dotykali lini życia. Płaszcz, odrodzony jak on sam, falował.

Lord Łaknienia wyprostował się i mrugnął. Oczy daimona wpatrzyły się w horyzont.
- Taki kaprys.


Top
 Profile  
 
Display posts from previous:  Sort by  
Post new topic Reply to topic  [ 9 posts ] 

All times are UTC + 1 hour


Who is online

Users browsing this forum: No registered users and 3 guests


You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot post attachments in this forum

Search for:
Jump to:  
cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group