[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 456: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 95: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 95: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 95: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 95: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 95: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 95: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 95: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/bbcode.php on line 95: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/functions.php on line 4246: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /includes/functions.php:3685)
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/functions.php on line 4248: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /includes/functions.php:3685)
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/functions.php on line 4249: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /includes/functions.php:3685)
[phpBB Debug] PHP Notice: in file /includes/functions.php on line 4250: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /includes/functions.php:3685)
Multiworld • View topic - Mgielnia

Multiworld

Nothing is impossible in the Multiworld
It is currently Thu Apr 03, 2025 1:55 am

All times are UTC + 1 hour




Post new topic Reply to topic  [ 31 posts ]  Go to page 1, 2, 3  Next
Author Message
 Post subject: Mgielnia
PostPosted: Tue Jan 24, 2006 4:22 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sat Apr 17, 2004 4:46 pm
Posts: 925
Location: Z krain, których nie ma na mapie.
XXX

Wszechświat kryje w sobie miliardy niepoznanych krain, terenów do odkrycia i miejsc do zbadania.
Jednym z nich jest miejsce, o którym właśnie wspomniałeś. Nie wiem skąd znasz tę nazwę. Trudno by mikra sława spowijająca to w zasadzie nie tak rozległe tereny, mogła się tak rozprzestrzenić. Jednakże, skoro już szczątkowe informacje zostały wyłapane przez twe ucho, a niemal kobieca ciekawość ciągnie cię w stronę niezbadanego lądu, wypada byś wiedział coś więcej.



XXX

Do krainy, którą chcesz poznać nie jest łatwo się dostać. Niech nie dziwi cię, że wejście do tego planu stanowi zwykła zardzewiała brama. Na dodatek, jedno z jej skrzydeł nie rusza się. Jest zepsute i ma swój wiek.
Na tym sprawnym znajduje się, dość nisko, bo na wysokości pasa, kołatka w kształcie głowy lwa. Zdaje się, że jest ze złota, jednak w oparach, które wypełniają tę nieokreśloną przestrzeń trudno jest o pewne zidentyfikowanie koloru. Zresztą, nawet przy dobrej widoczności byłyby problemy z określeniem barwy kołatki. Kurz, który stworzył sympatyczną czapeczkę dla wizerunku lwa wdarł się w najmniejsze szczeliny i wgłębienia bogato zdobionej obudowy. Pysk lwa był rozwarty szeroko i starał się połyskiwać groźnie zębami, co nie było możliwe przy panującej tu pogodzie.
W istocie, pysk czekał, aby właściciel mógł skorzystać z klucza i swobodnie wejść do swojej krainy.
W sytuacji, gdy wszystkie dostępne klucze znajdują się w Mgielni pysk lwa jest zamknięty.
Widziałam kiedyś . Wygląda jak mała klepsydra ze złotym piaskiem i ciemnobrązową obudową, z wyrzeźbionym na podstawie zawiłym symbolem. Sam ‘klucz’ otwiera też portal prowadzący do wrót astralnych, które są jedyną drogą do bramy frontowej Mgielni.

Niech cię nie zwiedzie fakt, że przed tobą pojawi się sama brama. To, że nie ma murów, nie znaczy, że ominiesz wejście. Nie wchodź w głąb mgły, bo jak tylko stracisz z oczu bramę, już nigdy do niej nie wrócisz i do śmierci będziesz się błąkać po bezkresach planów astralnych. Jeśli jesteś samotnie podróżującym nieumarłym, masz pecha, albowiem teleportacja jest niemożliwa.
O wieku bramy stanowi również fakt, że przy pchnięciu skrzydła, wydaje z siebie nieznośny dla ucha zgrzyt.
To, co teraz powiem będzie bardzo cenną radą.
Nie waż się dotykać kamiennego posągu stojącego po lewej stronie od wejścia. Co chwila otula go mgła by mógł otworzyć żarzące się ślepia i rozeznać po otoczeniu. Jeśli nic nie wzbudza jego podejrzeń kamienne powieki opadną, a mgła ulegnie rozproszeniu.
Twardo siedzący zwierz stwarza tylko pozory rzeźby. W rzeczywistości jest to strażnik wrót. Wprowadził go ostatni właściciel, chyba tylko dla ozdoby, lub z braku stajni dla swego pupila, ponieważ wcześniej wrota same były w stanie poradzić sobie z ewentualnym natrętem.
Jednak wracając do strażnika, może podejść do ciebie nawet, jeśli na niego nie spojrzałeś. Może wbić w ciebie swoje gorące spojrzenie, zbliżyć się na bliską odległość, ale nie skrzywdzi cię, o ile nie będziesz stwarzał zagrożenia.
Nie przeraź się go.
Na pewno kiedyś widziałeś lwa, jeśli jednak nie to masz ku temu doskonałą okazję. Strażnik jest lwem, tylko trochę… innym. Jego naturalne barwy dostrzeżesz tylko przy normalnym oświetleniu. W przedsionku Mgielni, kolor jego sierści przywoła ci na myśl metaliczny połysk.
W rzeczywistości jednak, jego grzywa jest biała, pędzelek ogona płonie ciemnym ogniem, a z barek wyrastają mu skrzydła, przypominające połączone śliską błoną ramienia od parasola. Potężne łapy są miękkie, lecz mimo niewinnego wyglądu niebezpieczne, gdyż chowają w sobie ostre szpony, w każdej chwili gotowe do ataku.
To tak jak z ich właścicielem.



XXX

Jeśli już wejdziesz do Mgielni, wystarczająco żywy by brnąć dalej zapewniam, że nie trafisz na żadne demony czyhające na twoje życie. Może nawet ci się spodoba, ponieważ zobaczysz park nocą.
To zapewne jedna z tych listopadowych nocy, kiedy to mgła jest gęsta i ledwo, co widać. Nawet przygaszone, owym atmosferycznym mlekiem, światło latarni ustawionych wzdłuż drogi słabo oświetla to miejsce.
Uderzy cię ostre, mroźne powietrze zapierając dech, a przy każdym wymawianym słowie twoje usta wydadzą z siebie kłębiastą chmurkę.
Temperatura w Mgielni jest bardzo niska. Z pewnością to odczujesz, gdy ręce zaczną ci sinieć, a twarz drętwieć. Dlatego nie przystawaj zbyt długo na odpoczynek. Nie opieraj się o oszronione lampy. Ciało łatwo przymarza.
Uważaj też na dróżki, które są pokryte warstwą lodu, gdzieniegdzie poszarpanego tak, by spod ukruszonych kawałków mogła wyglądać zmarznięta ziemia.
Niech nie zwodzi cię szarozielona trawa przykryta pyłem.
Ścieżki są zwyczajnie wydeptane i niespecjalnie zadbane. Drzewa już nie przypominają tych, na które wspinałeś się za swych dziecięcych lat. Nie są żywe i zielone, dumne i wysokie. Są ciemne, obdarte z liści, którymi mogły się kiedyś chwalić. Miast nich, zaopatrzone są gałęziami długie i szponiaste gałęzie, które wydają się atakować z każdej strony. Czarne dziury w pniach przypominają otwory gębowe, boleśnie krzyczące. Jeśli będziesz za długo się w nie wpatrywać stwierdzisz, że zwykłe rośliny chcą cię zabić, że wyciągają ku twojej głowie swe ramiona zakończone ostrzami stworzonymi do przecinania głów, licznymi gałęziami przypominającymi anemiczne ręce, których niezbyt kształtne, acz silne palce zginają się powoli miażdżąc wszystko, co znajdzie się w ich zasięgu. Więc nie czekaj. Idź dalej.

Uważaj tylko gdzie stawiasz nogi, albowiem możesz nie zauważyć gdzie dróżka skręca i wpaść do oczka wodnego. Jeśli będziesz miał szczęście, wpadniesz w mętną wodę, którą władają ręce samotnej syreny.
Może ona mieć zły humor, jak bywa najczęściej, i zaatakować cię. Masz połowę szans na ratunek. Jest drapieżna i zwinna w wodzie, jeśli jednak będziesz w stanie wyciągnąć ją na brzeg, możesz ją ubić. Pamiętaj tylko, że wtedy narazisz się na gniew krainy. Może jednak być też tak, że humor dopisze wodnej piękności, która przez lata straciła swój powab, i nie zauważy twojego przybycia. Wtedy, czym prędzej udaj się w przeciwną stronę.

Jeśli jednak, będziesz miał pecha wpadniesz do przejrzystej wody jeziornej. Nie masz wiele szans na przeżycie, gdyż mieszkają tam kelpie. Morskie konie nie mają litości dla nikogo, tak jak nikt nie miał litości dla nich.
Poza tymi wodnymi stworzeniami nie spotkasz żywej istoty. O ile nie wyczujesz, to zauważysz obecność zmarłych. Zagubione dusze, o najróżniejszych kształtach i formach opętańczo szukają wyjścia z Mgielni, która jest ich wiecznym więzieniem, albowiem nie jest możliwe wyjście inne jak przez bramę. Krainę blokują bariery o niewyobrażalnej sile magicznej, która ustępuje tylko przy użyciu klucza.

Cała Mgielnia jest przepełniona magią. Nie musisz tego wiedzieć. Jak tylko przestąpisz jej progi sam poczujesz. Natężenie magii jest bardzo wysokie. Ale nie jest to siła, którą ty możesz władać.
Tak się składa, że Mgielnia ma charakter nieprzyjazny gościom i podróżnikom. Będąc w tej ciemnej krainie, nikt poza jej właścicielem nie jest w stanie używać jakiejkolwiek magii. Nawet prozaiczny lightning ci nie wyjdzie. Co więcej, ku rozpaczy i wściekłości wielu z przypadkowych przybyszy, również naturalne zdolności charakterystyczne dla danych ras są zablokowane.
Cóż ci z bycia wilkołakiem, skoro w Mgielni twe zdolności regeneracyjne nie działają? Na nic ci czary, uroki i klątwy. Na nic magiczne wywary i zdolność metamorfozy. Twój wzrok znów jest nieszczególny, nie usłyszysz cichego łkania z drugiej strony krainy, nie skontaktujesz się z nikim telepatycznie.
Nie przyda ci się nic, co magiczne. Tutaj wszyscy są równi, są zwykli. Są jak zwykli ludzie.

Możesz władać mieczem o ile potrafisz. Strzała z łuku dosięgnie wroga, jeśli na pewno potrafisz się tym obsługiwać. Ostrza sztyletów też mogą przeciąć nici życia istot. Ale nic ponadto. Wygodne miejsce na walkę dla tego, kto włada Mgielnią, nieprawdaż?

Mimo, że ma ograniczony zakres, możesz w krainie dusz błądzić przez wieki.
Park jest poprzecinany tysiącami drobnych dróżek i wydeptanych ścieżek, które mają to do siebie, że bardzo lubią zmieniać swoje położenie. Dlatego też nie ma sensu sypanie okruchów, znakowanie drogi strzałkami czy kamieniami, bo za minutę, ta droga może stać dwieście metrów dalej, lub zniknąć zupełnie.
Nieszczęśliwe duchy, sprowadzane tu z różnych części świata, również starają się utrudnić drogę przybyszowi, kradnąc czy zmieniając oznaczenia.
Często same atakują, ale ze względu na ich nikłą moc magiczną nie są w stanie zrobić ci krzywdy.
Gorzej, jeśli odkryją, czego się boisz, co jest twoim słabym punktem. Wówczas są w stanie to wykorzystać i spełnią twój najgorszy koszmar senny.
Staraj się być opanowany, zawzięte dusze wykorzystają każdy twój błąd. Potrafią nawet wykorzystać twoje własne grzechy z przeszłości.
Strzeż się, bo oszalejesz.
Może, więc warto, zanim przestąpisz niewyraźne progi zrobić sobie rachunek sumienia?



XXX

Jeśli będziesz próbował uciekać stamtąd, biec przed siebie szukając granicy do przekroczenia, muru do zburzenia czy bariery do przełamania, po to by wydostać się z tego mrocznego miejsca, w którym spełniają się koszmary zawsze dotrzesz to tego samego miejsca. Zupełnie tak, jakbyś biegał w kółko, po zamkniętym labiryncie z charakterystycznymi punktami. Ale tu jest tylko jeden punkt. Jedna budowla, niezmieniona przez tysiące lat, trwała w swej egzystencji.

Dotykając jej murów czujesz przeraźliwe zimno bijące od kamieni, z których ją wykonano. Zimny dreszcz przejmuje cię od stóp do głów rozchodząc się drogami żył i tętnic, przechodząc w drobniejsze naczynia krwionośne. Przy braku dobrego oświetlenia nie trudno zderzyć się ze ścianą budowli, gdyż barwa murów miesza się nieustannie z jednolitym tłem otoczenia przyjmując kolory szare, rozmazane po czarniejsze niż bezksiężycowa noc. Jednak, jeśli wytężysz wzrok i przyjrzysz się dokładnie jesteś w stanie dostrzec złoto fioletowe strumyki światła leniwie brodzące na jednym z poziomów wieży. Gdy będziesz przyglądać się dłużej dojdziesz do wniosku, że układają się w niezrozumiałe symbole, znaki, rysunki.
Te, co chwila zmieniają się, w przypadkowej kolejności. Każda część tego wzoru była magiczną runą, która stanowi jedną z wielu barier chroniących tą nie do zdobycia twierdzę.


Wieża, o której mówię jest uwieńczona szpiczastym dachem, na którym od początku jej istnienia siedzi kot. To Cień.
Spoczywa w leniwej, pozie, co raz rzucając niezbyt zainteresowanym spojrzeniem na tereny Mgielni.
Zwierzę ma szarą, długą sierść przyprószoną srebrem na ostatnich centymetrach włosów. Bursztynowe oczy ze złotą strzałką przecinającą źrenicę wraz z tęczówką w poprzek, świetnie widzą okolicę, bezproblemowo przecinając gęstą mgłę. Puszysty ogon, wybielony od dołu, co jakiś czas zmiecie z dachu nieistniejący kurz.
Nie zdarzyło mu się jeszcze zejść z dachu. Trwa na swym stanowisku od zawsze sporadycznie pomiaukując. Dlatego nie zdziw się, gdy podczas swych błądzeń usłyszysz przeciągły koci jęk.


Nie powinieneś się również zdziwić, gdy ujrzysz białe, lub ledwo wyraźne kształty niemal wyrzucane z jedynego wejścia do wysokiej wieży. Ciężkie, okute drzwi są zamknięte na klucz. Bez wyraźnego powodu, po zewnętrznej ich stronie krzywo wisi przybita podkowa. Mocno zardzewiała i podstarzała.
Nie jest wskazane by wchodził tu ktokolwiek poza jej właścicielem. Nie ma innego otworu w murach, którym można by się dostać do środka. Poskąpiono nawet małego okienka. Nie spodziewaj się, że go gdzieś dojrzysz wraz z księżniczką czekającą na ratunek. To nie ta bajka, paladynie.

O przenikaniu przez ścianę również możesz zapomnieć, drogi zdobywco.
Wieża jest twierdzą starannie broniącą swych sekretów i tajemnic. Jeśli ci powiem, że to właśnie ona sprowadza dusze do tej krainy obdarowując je biletem w jedną stronę, to już będziesz wiedział o wiele za dużo. Dlaczego w jedną, zapytasz? W drugą transport jest zablokowany i niemożliwy do otworzenia. Zbyt silna magia tego strzeże.
Ale nie pytaj o nic więcej, wiedza zabija.

Nie myśl o rozbiciu ścian, wszystko, czym rzucisz w twierdzę powróci do ciebie ze zdwojoną siłą, a skały są zbyt twarde byś był w stanie je naruszyć.


Miałeś nie pytać. Po co ci wiedza o wnętrzu? I tak nie będzie ci dane tam wejść.
Jednak mogę zdradzić, że znajduje się tam jedna komnata, na samym szczycie, do którego prowadzą kręte, wąskie i śliskie od lodu schody. Będziesz nimi iść tak długo aż wyda ci się, że nie mają końca.
W momencie, kiedy stwierdzisz, że dalej nie dasz rady iść możesz być pewien nie tylko tego, że na pewno dasz radę, ale i faktu, że jesteś w połowie drogi.
Przez następne metry możesz kląć do woli na całe zło świata. Stopnie będą ci się mnożyć w oczach.
Nim miniesz ostatni zakręt spojrzysz na niego z odrazą, potem, gdy odkryje przed tobą przedsionek komnaty pokochasz go za to, że był ostatni, a potem… znienawidzisz jak najgorszego wroga, za to, że cię zwiódł i na chwilę wypełnił zbyteczną nadzieją, albowiem ujrzysz kolejne schody.
Tych jednak, nie będzie już wiele i strudzony będziesz mógł przysiąść na okutym kufrze. Przez całą drogę będą ci towarzyszyć płonące białym blaskiem pochodnie umieszczone w ścianach. Będą się zapalać kolejno podczas twej podróży na szczyt i gasnąć, kiedy ich światło nie będzie już ci potrzebne.
W niewielkiej komnacie płonąć będzie pod sufitem tradycyjna lampa. Powietrze, w przeciwieństwie do tego poza wieżą będzie duszne i ciężkie.
W ścianie, która stanowi okrąg będzie kilka drzwi. Lecz co za nimi jest, to już sprawa wieży i jej właściciela.


Tak, mówię o niej jak o osobie. Twierdza ma własną duszę. Jest ona bardzo słabo wykształcona, w początkowym stadium. Nie miał, kto nad tym popracować, lub po prostu nie chciał, by stała się dla niego zagrożeniem. W każdym razie, jest ona nastawiona na obronę swych zasobów oraz tego, czym się zajmuje. Powiem ci nawet, że ma ona imię.
To Qiuan.

Ciężko odnaleźć jej właścicieli. W zasadzie, teraz jest jeden z tego, co wiem.
Mgielnia ma trzech założycieli, którzy podzielili się nią po równo. Dlatego przy podstawie wieży znaleźć można trzy szaroblade skały wyznaczające granice. Bariery, które po skłóceniu założycieli stały na liniach wyznaczonych przez kamienie, nie są już stosowane.
Moja wiedza jest w tym zakresie dość ogólna. Dwóch z założycieli zmarło. Jak i dlaczego nie ma dziś znaczenia. Ważne, że został jeden, z trzema kluczami do bramy i do twierdzy.
To on udoskonalił Qiuan, gdyż wcześniej faktycznie była tylko wieżą, martwym punktem spotkań. W czasie tych wszystkich stuleci jeden klucz wędrował z rak do rąk, a Mgielnia zmieniała swych właścicieli, którzy w żaden sposób na nią nie wpływali. Natomiast pozostałe, wolne klucze pozostały gdzieś w ukryciu.
Jedyne, co mi wiadomo o ostatnim właścicielu to, to, że został nim przez przypadek.


Ile, pytasz, dusz jest w Mgielni? Mam ci podać określoną liczbę? Nie jest to możliwe, gdyż od wieków nikt nie liczył. Jednak mogę ci powiedzieć, że jest ich mnóstwo. Tysiącami wniknęły w drzewa próbując ukoić swój ból. Te żwawsze błąkają się po parku, w którym słońce nigdy nie świeci. Część z nich obwiesza latarnie, część krąży w bezpiecznej odległości od Qiuan, a inne tylko krążą dróżkami, zawodząc straszliwie.

Dawno temu… była sytuacja, w której Mgielnia była przepełniona duszami. Pojawił się problem. Co się stanie z nią, gdy wessie zbyt wiele dusz?
Otóż, kraina miała wtedy wystarczająco rozważnego właściciela, który bynajmniej nie chciał jej zguby. Nauczył Qiuan kompresować dusze. Nie jest to dla nich zadowalająca perspektywa, ale jakże skuteczna. Teraz Mgielnia gotowa jest pomieścić dowolną ilość dusz.


Obecny właściciel nie potrafi tak zająć się Mgielnią by ją rozwinąć.
Bawi się nią. Ostatnio zaczął traktować ją jako przechowalnia pupilków, albowiem nigdy lew nie miał okazji tu zawitać.






Odnalezienie Mgielni jest… niemożliwe. To nie jest miejsce dla wszystkich. Gdyby było, nie wymagałoby takiej ochrony.
Są tylko dwa sposoby, by dostać się do Mgielni. Albo wejdziesz tam jako gość wraz z właścicielem, albo zostaniesz wessany jako dusza, jednak by trafić tu w ten sposób musisz jakimś przypadkiem dostać się w miejsce, z którego akurat będzie korzystać Qiuan.
Wytropienie wrót jest niemożliwe w żaden sposób.
Pamiętasz, co mówiłam o używaniu magii? Otóż, poza tą właściwością Mgielnia może poszczycić się odpornością na działanie wszelkiej magii również z zewnątrz.

Po prostu zapamiętaj, że Mgielnia to nie miejsce do zwiedzania, czy co głupsza myśl, zdobycia.





XXX

Dlaczego ci o niej opowiedziałam? Bo wiem, że tam nie trafisz.


Gdzieś w mroku błysnęła obręcz od podstawy małej klepsydry, a pomieszczenie wypełniło się mgłą.
Gdy ta rozpłynęła się w powietrzu, karczma, zubożała o jednego gościa.
Na stoliku marnie połyskiwały dwie monety rzucone niedbałym ruchem ręki.


Last edited by Chimeria on Thu Feb 02, 2006 4:37 pm, edited 1 time in total.

Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Tue Jan 24, 2006 7:25 pm 
Offline
User avatar

Joined: Fri Jan 28, 2005 11:18 am
Posts: 231
Location: Między smiertelnymi
Zatrzymali się w lesie dość mrocznym spowitym mgła, oparami pod stopami był mech i trawa lecz mało widoczne z powodu, mgły.
Las przypominał bagna, obumierające i gnijące drzewa i przerażający chłód.
Około siedmioletni dzieciak chodził do koła trójki dorosłych, bawiąc się małym patykiem który trzymał w ręku, co jakiś czas grzebał nim w trawie. Pozostali stali spokojnie, jakby czekając na przebieg sytuacji. W końcu zatrzymał się przed kobieta.
- Teraz możesz opuścić ciało Ann, ona i Jack muszą wracać do swojego świata długo by tu nie przeżyli.
- Ale jak mam to zrobić. - rozłożyła bezradnie ręce.
- Po prostu pozwól jej duszy zająć jej miejsce. Skup się i przywołaj, jesteś w końcu wiedźmą. – Po chwili ciało Ann, jakby się lekko rozmyło, lekka jak obłok i bardzo delikatna dusza wiedźmy opuściła ciało. Po chwili dziewczyna otworzyła oczy, rozejrzała się dookoła i zemdlała. Jack wziął ja na ręce ogarnał marynarką i ściskał mocno.
- Czy wszystko już w porządku?
- Tak Ann jest znów sobą możecie wracać na ziemię. – Dzieciak odwrócił się do miecznika.
- Verin, proszę odprowadzić Jacka na jego miejsce. Ja muszę zająć się naszym gościem.

Dzieciak i dusza wiedźmy ruszyli przed siebie, szli lasem wydeptaną ścieżką.
- Idziemy do dość specyficznego miejsca, niestety trochę nam to czasu zajmie. Chciałbym po drodze co nieco wytłumaczyć narysować. To co zobaczysz jest prawda, my będziemy tam jak cienie, obserwatorzy, nie będziemy mieć wpływu na to co się wydarzy. – chłopiec dotknął duszy palcem wskazującym nastąpiła ciemność.





„Wszech ojciec, stworzył świat , podzielił między swe dzieci, i oddał im wszystko chowając się w ogniu słońca by patrzeć poprzez gwiazdy na dzieło swej myśli.”


Na ziemi obok siebie, wyrosły dwie cywilizacje jedni zwani ludźmi, drudzy zwani eldarami, nie różnili się zbytnio od ludzi, byli tylko troszkę niżsi a rysy ich twarzy były bardziej pociągłe i delikatne. Rasa ta znikła niewiadomo kiedy, niewiele osób mogło wiedziało co się stało i jak do tego doszło. Jest to historia rasy nie zapisanej na kartach historii, rasy która nigdy nie istniała tak samo czystej jak i mrocznej, tej o którą zapomniały diabły a nawet sam stworzyciel. Dwie nacje szybko rozkwitały na niebieskiej planecie, miejsca było tu dla każdego, ziemia swoim czasem była rajem.
Ludzie szybko rozeszli się po świecie zakładając małe osady, wioski później miasteczka i większe miasta. Eldarowie pozostali w centrum swojego stworzenia, w lasach Ersfatu ziemiach położonych na późniejszej Saharze, między przyszła Nigerią a Czadem. Na świat przyszedł S`kala Setech Nazrin, on poprowadził swój lud do potęgi, wybudował w centrum Ersfatu miasto Ers, przez ludzi zwane czarnym złotem. Miasto szybko stawało się coraz potężniejsze coraz bardziej bogate i budzące zazdrość w sercach ludzi. S`kal został królem i pierwszym długowiecznym, różnice między ludami coraz bardziej się uwidaczniały, coraz częściej dochodziło do małych potyczek bite i ostatecznie wojny. Władcy eldarów siali strach w sercach ludzi, wojna się nie rozstrzygła, jakby oba ludy zrezygnowały zapomniały. Po wojnie szybko odbudowali i wzmocnili stolicę, odrodzili się od świata ogromnym tropikalnym lasem, szybko odbudowali swą potęgę a ich kultura i wiedza coraz szybciej się rozwijały. Jedni przeniknęli do ludzi by nauczać, pierwszy faraon był ponoć eldarem tworząc przyszły Egipt i jego religię.


3394 rok od pierwszej koronacji rodu S`kala. Około 14000 tysięcy lat przed Chrystusem.


Urodzajna czarna ziemia, otoczona wokół wielkimi puszczami i lasami deszczowymi w swym wnętrzu kryła bogatą cywilizacje. Miasto Ers piętrzyło się wysoko ponad koronami drzew, złote i białe ściany świątyń i pałaców lśniły w słońcu, było to miasto w kwiecie swojego rozkwitu, jeden z cudów świata. Dookoła głównego pałacu, otoczonego fosą z ropy stąd miasto miało swoją nazwę, znajdowała się świątynia i grobowiec S`kala. Wielkie granitowe schody prowadziły do kolumn z białego marmuru utrzymującego wielki kamienny dach.
Na końcu schodów znajdowało się wejście do świątyni, długi korytarz ozdobiony rzeźbionymi w kamieniu znakami, prowadził do głównej sali modlitw i grobu pierwszego z królów. W środku stało kilka kobiet i mężczyzna w długiej białej todze, na głowie miał pawie pióra powtykane we włosy, a twarz zasłaniała czarna, ręcznie rzeźbiona maska.
Kobiety śpiewały trzymając się za ręce co jakiś czas oddając pokłon w stronę ołtarza.
Mężczyzna wziął w garść kilka drobno zmielonych liści ziół, powąchał i wrzucił w ogień palący się na złotej tacy. Ogień przez chwilę palił się na niebiesko, by po chwili wrócić do swego normalnego koloru, a pomieszczenie powoli zaczął wypełniać cudowny zapach. Mężczyzna klęknął i zaczął się modlić, rozkładając swe ręce na boki.
Kobiety śpiewały coraz głośniej a ich ręce wędrowały coraz wyżej w górę.
Mężczyzna wpadł w trans i znieruchomiał, w jego głowie powstał obraz mężczyzny tygrysa, zniszczonej świątyni i płonącego pałacu. Szybko wróciła mu świadomość, uniósł lewą rękę do góry, śpiew zamilkł. Kobiety pośpiesznie wyszły z pomieszczenia, kapłan padł na kolana i podpierając się na rękach ciężko dyszał.

Mały oddział zbrojnych, przejeżdżał właśnie przez największą bramę miasta, na jej czele jechał młody około trzydziestoletni mężczyzna, na twarzy miał szramę, szczękę potężna i twarde nie znające sprzeciwu spojrzenie. Jego głowę i barki okrywała duża tygrysia skóra z łbem i kłami. Miecz przewieszony przez pas, odbijał promyczki upalnego słońca.
Oddział wjechał do centrum stolicy i skierował się do bram pałacu, główna aleją była używana tylko przez armię i od razu się tam udali. Mijali małe uliczki i białe domy z piaskowca, studnie posagi władców i najwyższych kapłanów. Zieleń rosnących traw po bokach alei współgrała z całym otoczeniem. Przed wielką kamienna bramą, stało dwóch strażników na głowie mieli hełmy zasłaniające cała twarz a na czubku sterczał biały pióropusz, trzymali długie tarcze zasłaniające jedna trzecia ciała i długie dzidy zakończone dwoma ostrzami.
Gdy konie podjechały pod bramę, strażnicy się odsunęli, a oddział wjechał na spory dziedziniec, zatrzymując się pod schodami pałacu. Dowódca zsiadł z konia, i ruszy po schodach do pałacu, szybko znalazł się w środku i podążając długim czerwonym dywanem doszedł do duża i obszerna sali tronowej, jedynym miejscem siedzącym był tron. Sala nie była wypełniona przez nic same gołe ściany i strzeliste okna sprawiała wrażenie zbudowanej przez wiatr doskonale wyrzeźbionej w marmurze i piaskowcu.
Podszedł na odległość około dziesięciu metrów od tronu przyklęknął i pochylił głowę przed władcą, dobrze zbudowanym starcem o wysokim czole i trochę rozleniwionym lecz dumnym spojrzeniu.
- Witaj Viltrin.
- Bądź pozdrowiony panie, a gwiazdy niech wróżą ci wspaniała przyszłość. – mężczyzna wstał, król podparł się na lasce i ruszył w kierunku wojownika.
- Po co te ceregiele, przywitaj ojca jak należy. – Obaj się serdecznie i mocno uściskali.
- Musisz być zmęczony drogą, zaraz rozkaże podać ci coś do jedzenia i wypoczniesz.
- Jeśli można przejdźmy do sali jadalnej, pogoda nie sprzyjała mej podróży a słońce dopiero dziś pokazało swą twarz.
Mężczyźni usiedli przy długim stole szybko podano jadło i wino, wojownik rozpoczął ucztę.
- Dawno takiego dobrego posiłku nie jadłem
- Jakie wieści przynosisz. – ciekawość króla była coraz większa.
- Ludzie od siedmiu lat, nie pokazali się w okolicach naszych ziem, na granicy spokój.
- Tak to było bardzo niepokojące, czyżby odeszli i dali nam spokój.
- Nie od jakiegoś miesiąca pojawiają się małe patrole po kilka osób. Od tygodnia są coraz częstsze. Wydaje mi się że chcą zagarnąć znów ziemie północne, ponieważ tam najłatwiej o wodę, widać ich studnie i oazy już nie wystarczają albo się kończą. – mężczyzna mówił co jakiś czas przegryzając i pijąc.
- To są mało zamieszkałe przez nas tereny, o małym znaczeniu strategicznym.
- Tak ale to jest najszybsza droga na stolicę. Bo od zachodu mieli by puszczę i bagna. A tak tylko spory obszar stepów.
- Nie ośmielą się zaatakować nas są za słabi. Wszystkie ludy nomadów i Egiptu są zbyt słabo wyszkolone , nawet pomimo ich ilości nie stanowią większego zagrożenia.
- To prawda tylko, że widziano tam obcych z północy, wielkich wojowników odzianych w skóry niedźwiedzi. Nie wiemy ile ich tam jest i w jakim celu tu są, przecież odkąd pamiętam bili się między sobą.
- Wysłałeś szpiegów? – Władca podparł się na ręce i zaczął bawić się brodą.
- Tak powinni być tu za kilka dni. Mam nadzieję, że ich wieści będą dobre.
- Nie ma się czego obawiać już nie raz walczyliśmy z ludźmi.
Do pomieszczenia wbiegła około siedmioletnia dziewczynka, od razu rzucając się mężczyźnie na szyję. Ten ja mocno przytulił i podniósł w górę. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Dlaczego cię tak długo nie było, obiecaj że już nie wyjedziesz.
- Przecież wiesz, że nie mogłem wcześniej przyjechać. Gdzie jest twoja matka.
- Siedzi w ogrodzie, jeszcze nie wie że wróciłeś.





Arcykapłan przemierzał niewielkie dość bogate korytarze, zatrzymał się pod sporymi mahoniowymi drzwiami, odsapnął i wszedł do środka, duży pokój z niebieskimi ścianami i dywanami ze skór zwierząt, w centrum stało duże nie zaścielane łoże. Leniwie położył swoją maskę na stoliku obok i usiadł na krawędzi łóżka.
- Czemu jesteś taki cichy dziś. – usłyszał zmysłowy kobiecy głos.
- Ansta, miałem dziś niepokojąca wizje, stolica pałac i świątynia spłonęła.
- Hmmm, niebiosa szykują nam ciężkie czasy. – kobieta stanęła przed nim, chwytając za ręce, jej aksamitnie gładka i ciepłą dłoń, działała uspokajająco na mężczyznę.
- Nie wiem, wydaje mi się że widziałem też, syna Thodora, Viltrina stał pomiędzy płomieniami patrząc na to co się dzieje, a wszystko to w pełni księżyca, księżyca zmarłych.
- Viltrin jest rządny władzy, myślisz że zechciałby usunąć ojca?
- To jest możliwe ma za sobą armie, ale gwardia jest w rękach Thodora i kapłani poparli by króla. – z cienia wyłoniła się druga kobieta, ruszyła zmysłowo w kierunku łóżka. Skąpa odzież zasłaniała niewielkie partie ciała.
- Martham, myślisz, że Viltrin takim kosztem, rzuciłby się na tron.
- Tak, władcy są długowieczni, myślisz że będzie chciał czekać – przyłożyła rękę do twarzy mężczyzny czule muskając policzek. Druga ucałowała rękę mężczyzny.
- A gdyby tak wykorzystać ich obu, syna zabije ojca, a najwyższy kapłan, pozbędzie się syna zdrajcy. Masz prawo w czasie bezkrólewia do rządów.
- A co ze spadkobiercami prawowitymi. Ich też trzeba zabić. To jest dość proste gdy nadejdzie czas, będziesz wiedział co robić, znasz prawo. – Kobieta czule go pocałowała, ściągając nakrycie z ciała odkrywając jędrne piersi.


-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Pogoda strasznie się załamała, lało nawet jak na równik nieprzyzwoicie, kilka koni z jeźdźcami odzianymi w skóry, w hełmach z czaszek wjechało do lasu tropikalnego, musieli omijać drzewa, więc ich szybkość bardzo zmalała, po kilu godzinach przeprawy, dotarli do prowizorycznej wieży strażniczej. Zatrzymali się pod nią i czekali, po chwili z zarośli wyszedł wysoki ciemnoskóry mężczyzna odziany w białą tunikę trzymający mała drewniana tarczę i zakrzywiony miecz. Popatrzał na przyjezdnych, obejrzał się za siebie, po czym podszedł do koni.
- Strasznie długo was nie było, Salach się niecierpliwi. – mężczyzna będący na czele jazdy , lekko się pochylił w siodle.
- Musieliśmy dbać o bycie niewidocznym ale nie wracamy z pustymi rękami. Mamy jednego z tych śmieci.
- Stawcie się od razu u dowódcy.
Konnica powoli wjechała do doskonale ukrytego w lesie obozu. Szybko odszukali szałas dowództwa. Zsiedli z koni i weszli do środka. Przy małym ognisku stało siedmiu ludzi różnie wyglądających, w różnym wieku. Najstarszy z nich uściskał przybyłych.
- Jakie wieści przynosisz Denrilu.
- Nasza pułapka jest coraz silniejsza i zabojcza, eldarowie zwrócili uwagę na północ wysłali tam sporo wojsk. Ich patrole na południu są nieliczne i nieruchliwe po prostu przejdziemy przez nie atakując Ers od południa.
- Jutro, dotrze reszta sił około dwudziestu tysięcy wojów i cała konnica północy.
- Będziemy mieć przewagę, ale miasto jest dobrze ufortyfikowane.
- Bracie za trzy dni po Ers i ludzie eldarów nie będzie ani śladu. – mężczyzna się zaśmiał.
- Nadal ich nie doceniasz. Od setek lat prowadzimy z nimi wojnę, i zawsze byli górą.– Mężczyzna odziany w lekką tunikę ze złotą chustą na głowie wtrącił się do rozmowy.
- To prawda ale w tamtych czasach każdy z naszych ludów walczył sam, tym razem się zjednoczyliśmy by ostatecznie pokonać zło.
- Tak mówiły duchy, taką wizję nam przedstawiły. – niewysoki mężczyzna z długą siwą brodą podszedł do Denrila, - Ty zakatujesz pierwszy, twoi ludzie są najliczniejsi i mężni w boju, dadzą czas by armie Astra oskrzydliły miasto, jak przebijecie się przez bramy, za wami pójdzie konnica północy wprowadzi zamęt wśród obrońców. Nasza piechota zdziesiątkuje i oczyści miasto. Całą reszta wejdzie na końcu niszcząc pałac. Miasto musi paść tej nocy, przed wschodem słońca tak powiedziały duchy.
- Niech bogowie nam sprzyjają. – Mężczyzna dotknął palcem czoła i się lekko ukłonił.
- To prawda, już za pięć dni będziemy świętować zwycięstwo, a plugawy lud nigdy już nie ujrzy wschodu słońca.
- Za śmierć wrogów! – krzyknęli wszyscy wznosząc broń do góry.
- Za śmierć przeklętych.



Denril obudził się rano, przeciągnął i usiadł na prowizorycznym łożu polowym ze skór i konarów drzew. Ziewnął kilka razy, przypiął miecz do pasa i wyszedł na dwór.
Kilka kolumn wojsk egipskich i luźne wojska nomadzkie i północne leniwie wchodziły do obozu. Zatrzymał się przy namiocie i oglądał przechodzące obok wojska.
- Witaj Denrilu. – za mężczyzną stanął średniego wzrostu czarnoskóry człowiek w ciężkiej miedzianej zbroi i czaszce hieny na głowie.
- Ban Tao jak miło cię widzieć. Po jutrze dzień naszego zwycięstwa.
- Tak mamy około czterech tysięcy łuczników, pięć tysięcy jazdy i około trzydziestu tysięcy piechoty lekkiej i ciężkiej.
- Słyszałem że to ty prowadzisz czoło ataku. Moje łuki otworzą ci drogę i dadzą czas na dojście do bramy.
- Ban to nie miejsce na rozmowę zapraszam na wino i cielęcinę, porozmawiamy przy pełnych żołądkach .

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Viltrin miał ciężką noc przewracał się z boku na bok, spał lecz sen był bardzo niespokojny, rzucał się na łożu, w końcu się obudził, usiadł dysząc, starał się uspokoić.
Wstał podszedł do okna i odsunął bawełnianą zasłonę, księżyc świecił na bezchmurnym niebie, spokojny i rześki wiatr łagodnie omiótł zmęczoną twarz mężczyzny.
Usłyszał szelest materiału jakiejs sukni.
- Mirataj, nie spisz.
- Cała noc czuwam przy tobie, odkąd zasnąłeś, nie możesz doczekać się spokojnego snu.
- Miałem dziwny sen, ale nie potrafię go zrozumieć. Śniło mi się dziecko, było same, na obcej ziemi w mroku pośrodku jakiegoś lasu. Dziecko z naszego rodzaju. Tylko, biła od niego moc, czuł się jak stwórca ktoś kto potrafi dorównać bogom. Budował Ers między tymi drzewami, miał wszystko tylko tam nie było życia.
- Miałeś zły sen, zanim Dan się narodziła miałeś sny o składaniu dzieci w ofierze.
- Tak wiem, może jestem przewrażliwiony.
- Po prostu jesteś zmęczony, ojciec za dużo od ciebie wymaga. – Oplotła go swoimi drobnymi dłońmi, ucałowała w czoło i usta, i otuliła w długą aksamitną suknię nocną.
- Śpij, będę czuwać nad twym snem.



Koło przed wschodem słońca, do komnaty wpadł jeden z centurów. Był cały spocony i mocno dyszał. Obudził Veltrina z żoną, którzy nie byli zadowoleni z tego faktu.
- Panie, król i twój ojciec wzywa. – Mężczyzna szybko odział się w odpowiednie do stanowiska szaty, ucałował małżonkę i wyszedł.
Przemierzał szybkim krokiem strzeliste korytarze, długie schody prowadzące do sali tronowej pokonał bardzo szybko, by po chwili stanąć przed tronem. Pod ścianami stało około dwudziestu centurów i kilku generałow. Bez słowa czekał na reakcję ojca, minęło kilka chwil, zanim król zwrócił na niego uwagę.
- Idą na nas około czterdziestu tysięcy, ludzi pod bronią od południowego wschodu. – król wstał i wyciągnął miecz.
- Jakim cudem taka duża armia przedarła się przez nasze posterunki, jakim cudem zostali nie zauważeni. – król zatrzymał się przy jednym z centurów.
- Drogi Navalu ty byłes odpowiedzialny za te ziemie, zawaliłeś.
- Wybacz panie. Nie mam pojęcia jak się to stało, naprawie swój bład.
- Już go naprawiłeś. – miecz przebił dowódcę na wylot, mężczyzna zdążył cos chrząknąć zanim umarł, władca oparł nogę o pierś mężczyzny i mocno pchnął wyciągając miecz.
- Wy wszyscy jesteście winni. Uniósł miecz do kolejnego ataku, w oczach miał obłęd. Pozostali rzucili się, by go obezwładnić, ktoś wyszarpnął mu miecz, mężczyzna rzucał się, klął po czym się uspokoił.
- Trzeba przygotować obronę , radźcie mi.
- Mamy około dziesięciu tysięcy w mieście i na obrzeżach, pozostałe wojska stoją na granicach i mogą tu dotrzeć za około pięć dni.
- Szykować miasto do obrony, wysłać wiadomości do stacjonujących jednostek.


Zapadał zmrok, miasto chowało się w mroku, Strażnicy niepozornie, stali na flankach jak zwykle. Zapalono te same pochodnie co zwykle i spuszczono psy. Za murami kończono jeszcze barykady, wszyscy mężczyźni pod bronią uwijali się po mieście, kobiety dzieci i starców zamknięto w pałacu.
Gwardia królewska miała rozkazy nie opuszczać, pałacu bronić go za wszelka cenę.
Morale było bardzo wysoki, oficerowie i dowódcy dbali o morale nawet w bardzo beznadziejnej sytuacji. W sali tronowej odbyło się zebranie całego dowództwa.
- Oblężenie może trwać długo, jednak chyba nie są tacy głupi by czekać aż nasze siły dotrą pod bramy i uderza na ich tyły.
- To prawda, będą mocno napierać by szybko nas zdławić i wybić, musimy wytrzymać jak najdłużej. – Viltrin napił się wina.
- Panowie przeceniacie przeciwnika. Nie dojdą do nas tak szybko nawet jeśli miasto padnie to pałac i jego mury wytrzymają do czasu przybycia odsieczy.
- Gadasz głupoty Derusie! – król huknął gniewem – Pałąc jest świetnie przygotowany, tylko jeśli zdobędą miasto, spalą nas żywcem.



-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------



Siedmiolatek przerwał na chwilę historię, zerwał kilka jagód z rosnącego nieopodal krzaku.
- Uwielbiam je. – połknął dwie i ruszył w dalszą drogę za nim dusza wiedźmy.
- Może przerwiemy na chwilę i przejdźmy do konkretów, przecież sprowadziłem cię tu w odpowiednim celu. Tylko twoje ciało nie dotarło.
- Wiem na co się pisałam, ale jako dusza nie będę taka użyteczna. – Duch wiedźmy unosił się nad trawą i jakimiś korzeniami.
- Wiem przewidziałem to. Wiesz co jest najtrudniejsze w świecie? – dziewczyna zmarszczyła czoło zastanawiając się. W końcu wypaliła.
- Nie mam czasu na jakieś zgadywanki!
- Czas w tym miejscu przecież nie ma znaczenia, mało jest istot zdolnych do tworzenia życia a tym bardziej do przypisania mu duszy, to tak jakby kazać komuś narodzić się na nowo. Nic nie bierze się z nikąd, a jeśli umarło to powinno martwe pozostać, to nie jest nekromancja czy cos w tym rodzaju, to tworzenie czegoś z niczego. - dzieciak spojrzał bardzo poważnie, odwrócił się by zebrać trochę mchu i gliny.
- Co robisz?
- Można powiedzieć, że bawię się w boga. – Z zebranego materiału ulepił postać powoli nadał jej humanoidalne kształty, ręce dłonie palce , nogi dopracował tułów i przeszedł do lepienia twarzy, poprawił rysy. Wstał spojrzał w niebo kilka gwiazd migotało na niebie, wyciągnął rękę zabrał dwie, umieścił w oczodołach.
- Mówią, że oczy są zwierciadłem duszy, i się nie mylą. Nawet mi się udało, co o tym myślisz. – Duch wiedźmy obleciał postać dookoła chwile cicho.
- Ładne, ale to tylko kupa gliny i dwie gwiazdy.
- Bo brakuje jednego, najważniejszego elementu, duszy czegoś co tej kupie piachu i ziemi nada sens istnienia. – Wiedźma zbliżyła się do ciała, weszła w nie powoli glina zaczęła się pocić, trząść stałą się wilgotna zmieniła kolor na czerwony, po czymn pojawiły się mięśnie na nich ścięgna i na końcu skóra. Dwie gwiazdy przemieniły się w jasno zielone oczy, długie miedziane włosy, rozwiane i w nieładzie opadły na ramiona.
- Dopełniło się. Tam masz swoje rzeczy, które udało nam się uratować, ubierz się i ruszamy w dalszą drogę.

_________________
Image


Last edited by DARKSTAR on Wed Feb 08, 2006 8:11 am, edited 1 time in total.

Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Sat Feb 04, 2006 5:08 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sat Apr 17, 2004 4:46 pm
Posts: 925
Location: Z krain, których nie ma na mapie.


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Tue Feb 07, 2006 8:58 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sun Oct 26, 2003 1:27 am
Posts: 2039
Location: neverwhere

_________________
A little overkill won't hurt anyone
Image


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Tue Feb 07, 2006 10:09 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sat Apr 17, 2004 4:46 pm
Posts: 925
Location: Z krain, których nie ma na mapie.


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Wed Feb 08, 2006 8:54 am 
Offline
User avatar

Joined: Fri Jan 28, 2005 11:18 am
Posts: 231
Location: Między smiertelnymi

_________________
Image


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Wed Feb 08, 2006 7:00 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sat Apr 17, 2004 4:46 pm
Posts: 925
Location: Z krain, których nie ma na mapie.
-Tak.- dziewczyna założyła ręce na piersi i z cichą dumą spoglądała na twierdze.- Słyszałam o tym.- uśmiechnęła się pod nosem.
-Co tam siedzi na górze?- dzieciak zmruzył oczy i wykrzywił usta w skupieniu.
-Na dachu? Kot.
-Kot?
-Tak. Cielesna forma duszy Qiuan. W kontaktach z żywymi nie lubi występować w formie budynku. Zresztą...- westchnęła dziewczyna- Rzadko z kim chce rozmawiać.
-Ciekawe.
Chimeria nie odpowiedziała. Usłyszała cichy jęk otwieranych drzwi.
-To twój gość?- spytało dziecko nie odrywając wzroku z dachu.
-Tak. Ma mi pomóc w pewnej sprawie.
-Wiem.
Skóra Chimerii ścierpła i to bynajmniej nie z zimna.
Zmierzyła podejrzliwym spojrzeniem malucha, po czym uśmiechnęła się pod nosem. No tak, on zawsze musi wiedzieć. W końcu się na tym przejedzie.
-Nie dziwi mnie to.
Dziecko spojrzało bystrymi oczami.
Chimeria, nie zastanawiając się pogłaskała go po głowie.
-Prosiłabym cię jeszcze abyś mój prezencik zostawił na górze. W wieży.

-Opuszczam chwilowo Mgielnię.- oznajmiła.- Masz ją do dyspozycji.
Odwróciła się i obeszła wieżę, tam gdzie były drzwi.
W przejściu dostrzegła Caibra, z zabawnie pomalowaną twarzą.
Uśmiechnęła się ponownie i spojrzała pytająco z zielone oczy.


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Wed Feb 15, 2006 2:08 pm 
Offline
User avatar

Joined: Fri Jan 28, 2005 11:18 am
Posts: 231
Location: Między smiertelnymi
Siedmiolatek obszedł twierdzę dookoła, podziwiał ją, każdemu miejscu zwrócił tyle samo uwagi. Był pod wielkim wrażeniem, w końcu zdobył się na odwagę, wyciągnął rękę przed siebie i przyłożył do muru, ten był pokryty jakimiś roślinami mchem glonami.
Uśmiechnął się i poszedł w kierunku drzwi.
- Witaj Quian, ostatnio coraz więcej gości, cię odwiedza, ale ja mogę wejść do środka. – uchylił drzwi, jego oczą ukazał się korytarz skąpany w pół mroku prowadzący do schodów, od razu ruszył radośnie w ich kierunku opierając się jedną ręką o ścianę.
- Długo istniejesz, budzisz grozę a jednocześnie nadzieję w duszach, możesz być niebem i piekłem.
Pokonywał kolejne schody, coraz radośniej i coraz pewniej.
- Wiesz kim jestem, trwasz od początku, spoglądałaś na świat i na to co się na nim dzieje. Wiesz co przeżyłem czego dokonałem, co zrobiłem źle a co dobrze. Wiesz kim jestem a jednak pozwalasz, na te rozmowę. Wiesz, wczoraj mieliśmy gościa, był przez chwilę, przybył w niewyjaśnionych okolicznościach, a jednak dzięki niemu pozostało już tylko jedno do wypełnienia się końca, bądź początku.
- Dlaczego wciąż milczysz, zresztą rób jak chcesz.
- Wiedz że dziękuję ci za gościnę.
Wchodził dość długo na górę, w końcu doszedł do celu na małym stoliku położył kawałek wygiętego w kształt łuku drewna. Po chwili podszedł do okna wyjrzał na zewnątrz do dachu było już kilka metrów. Uniósł się siła woli i spokojnie wylądował na dachu. Kot nie zwracał na niego uwagi, merdał ogonem patrząc gdzieś przed siebie.
- No nie gniewaj się, nie masz o co.
- Mogę podejść bliżej.
Kot powoli odwrócił łeb i spojrzał na gościa byli mniej więcej tej samej wysokości.
- Więc jednak nie chcesz ze mną rozmawiać?
- ...
- Jak chcesz to już pójdę może następnym razem. – dzieciak powoli się odwrócił i już miał z chodzić z dachu, gdy ciepły głos mu przeszkodził.
- Poczekaj dziecię.
Siedmiolatek odwrócił się bez słowa.
- Wczoraj nawiedził nas duch diabła, po raz pierwszy i ostatni, nie wiesz w jakim celu tu był.
- To był diabeł.
- Nie zgrywaj się. – spojrzenie kota utkwiło na dziecku.
- Oj spokojnie, ja w tym palcy nie mieszałem.
- Słowo.
- Słowo. To Verin nie mam nad nim władzy, to on robi co chce. Choć nie wydaje mi się by chciał mówić z diabłem.
- To prawda była tu i trzecia potężna siła.
- Wiem.
Kot przewrócił oczami, widać takie stwierdzenie jest bardzo irytujące. Po czym dzieciak szyderczo się uśmiechnął.
- Pozwalasz sobie na bardzo dużo. Pamiętaj że jednak nie ty jesteś tu panem.
- Ja wiem, naprawdę, nie było moim zamiarem cię rozgniewać.
- Nie złoszczę się, tylko ten śmiertelny mnie irytuje, przeraża i ciekawi.
- Tak to dość dziwna istota.
- Jak na śmiertelnika tak. Nie jest jak inne mi znane dusze które tu trafiły.
- I nigdy nie będzie.



Verin przemierzał kręte ścieżki mgielni, mijał pokrzywione ze starości drzewa, mech i trawa szeleściły pod stopami. Jak zwykle się włóczył bez celu, pogrążony we własnych myślach nie patrząc gdzie idzie. Minął jakieś krzewy i wyszedł, na mały placyk wokół wieży. To postanowił medytować, wyciszyć się. Po przeżyciach ostatniej nocy wiele się zmieniło. Musiał oswoić się ze swoją obecną sytuacja. Może i pozbył się jako takiego brzemienia czy ciężaru, ale nadal był sobą nadal nie wiedział co ma czynić dalej, a tym bardziej jaka jest jego rola w życiu.
- Viltrin.- Spojrzał na wieże. Gdzie dostrzegł swojego przyjaciela. Ten po chwili znalazł się na dole.
- Co porabiasz?
- A gawędzę sobie a różnych sprawach.
- Za długo przebywałem w tym miejscu czuje się lekko spętany.
- Zamierzasz odejść? – dzieciak zmarszczył czoło.
- Tak. Chce znowu chwycić ten wiatr w żagle.
- Wiesz gdzie się tym razem udasz? – siedmiolatek nerwowo krążył w kółko z założonymi rękami z tyłu.
- Oj nie denerwuj się, mam kilka spraw do załatwienia, po za tym czeka na mnie kilka osób. Sporo myślałem i nadal nie potrafię sobie odpowiedzieć na niektóre pytania.
- A może po prostu byś kogoś zapytał. – dzieciak szyderczo, spojrzał na Verina, z taka mała nutką pogardy. Ten nic nie odpowiedział tylko zdzielił go spojrzeniem.
- Jak, chcesz musisz iść to idź.
- I pójdę.
- Lecz musisz wiedzieć, że to twój największy problem.
- Co?
- To że nigdzie nie potrafisz wysiedzieć, niespokojny duchu. Wciąż gdzieś hulasz czegoś szukasz, tyle gubisz po drodze.
- Przestań, mam czas na to by zmądrzeć. A osiedle się jak nadejdzie starość.
- Wiesz, gdzieś już to słyszałem. Niech gwiazdy ci służą. – dzieciak złożył ręce i lekko się ukłonił.
- Nawzajem. I do zobaczenia, bo tym razem wiem gdzie mogę wrócić. – pogłaskał siedmiolatka po czuprynie. - Mężczyzna ruszył w kierunku wrót.

_________________
Image


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Wed Feb 22, 2006 10:31 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sat Apr 17, 2004 4:46 pm
Posts: 925
Location: Z krain, których nie ma na mapie.


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Wed Feb 22, 2006 11:55 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sun Oct 26, 2003 1:27 am
Posts: 2039
Location: neverwhere
strząsnął z dłoni resztki krwi. Kropelki spadły w dół, odparowując, dodając odrobinę koloru do mgły.
- Tak się dam nie traktuje - powietrze wokół rudego kurdupla zafalowało, nagle rozgrzane. Mgła, jakby z wahaniem, cofnęła się, tworząc szeroki krąg wokół Caibra.
-Nie wtrącaj się, przybłędo- Verin nie bawił się przemowy. Uderzył ponownie.
Lecz tym razem miecz nawet nie dotknął skóry lisa, zatrzymując się kilka centymetrów od ramienia, którem tenże zasłonił się.
Poczym zakręcił się na pięcie, niczym baletmistrz, przemknął pod powolną kontrą i z impetem wyrżnął zaciśniętą pięścią w szczękę Verin.
Verin zachwiał się, cofnał dwa kroki. A mały lis był tymczasem tuż przed jego twarzą, w podskoku.
Caibre złapał go za kołnierz, wykręcił ciało w niemożliwego wydawałoby się esa. I kopnął z rozmachem w twarz. Impet rzucił Verina na obmurowanie bramy, lis zaś wykręcił efektowny piruet w powietrzu i miękko wylądował na bruku ścieżki, od razu odskakując poza zasięg miecza.
-Piekło pochłonie, bez broni nie ma zabawy - krzywy uśmiech wypełz na twarz rudzielca, przekształcając się w całkiem szeroki, gdy wewnątrz każdej z dłoni zapłonęło małe błekitne światełko.
Verin nie podpierał ścian. Odbił się i zamierzył, biorąc za cel głowę lisa. Caibre czekał, póki prosta klinga nie zbliżyła się na grubość włosa - dopiero wtedy rozpoczął unik.
Z jego punktu widzenia Verin poruszał się wolno. Wystarczyło po prostu odsunąć się z drogi miecza, sunącego z prędkością szybkiego ślimaka. Nawet nie parując, Cai wziął zamach prawą ręką, by uderzyć na odlew i wrócił do tego, co uchodziło za ludzką percepcję.
Miecz Verina ze świstem przeciął powietrze w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu była ruda głowa. I zderzył się z wciąż półprzezroczystą klingą w ręku rudego. Drugie, bliźniacze ostrze, z oporem materializowało się w drugiej dłoni Caia.
-To niemożliwe, myślisz pewnie- Caibre powoli prostował się. Skrzyżowane klingi zgrzytnęły raz, drugi, gdy zmieniał się kąt, pod jakim spotykały się.

Verin naparł na miecz. Mocno.

Potworny dźwięk rozdzieranego kamienia wypełnił Mgielnię, gdy lis, nieco zaskoczony, przesunął się, jak stał parę metrów w tył. Powodem hałasu były jego buty. Adamantytowe kolce twardo wbijały się w podłoże, rozdzierając je. Brzmiało to jakby ktoś przejechał paznokciami po tablicy.
Verin dopadł lisa, gdy ten odzyskiwał równowagę. Uderzył od dołu, uniemożliwając skuteczną zastawę. Zyskał drobne trafienie, gdy Caibre wypuścił jeden z mieczy* i odskoczył. Czubek miecza drasnął go w pierś.
Zaraz jednak rudy sam uderzył, zza głowy. Coś był jednak słaby i nie wystarczył do sparowania. Stopy lisa oderwały się od ścieżki.

Czas znowu zwolnił. Wisząc w powietrzu Caibre zawirował, przecząc wszelkim prawom fizyki, poziomo tnąc Verina na wysokości kolan. Na wpół materialne ostrze gładko przeszło przez ciało, materiał ubrania, kość. Nie były to głębokie rany, ale..
Nie skończył myśli. Potworne uderzenie z góry kazało lisowi na chwilę zapomnieć o ranach...
Verin był równie szybki jak Cai. Po prostu czekał na odpowiedni moment i gdy ten nadszedł, po prostu wbił rudą cholerę w ziemię.

I pogonił za wiedźmą, która nie traciła czasu na podziwianie bitwy, tylko pobiegła do wieży.


Wiedźma wbiegła do budynku, mając może dziesięć metrów przewagi.

W Mgielni zapadła cisza.

Caibre leżał w kraterze. Krawędzie dziury były zeszklone, a powietrze wokół wolne od mgły. Wyraźnie falowało od gorąca.
-Teraz jestem zły- rzekł lis cicho. I znikł.
Cisza.

Sekundę później.

Drzwi do wieży rozwarły się gwałtownie, a kłąd złożony z Verina i Caibra wypadł na park. Żaden nie miał broni, a krwawe ślady ugryzienia na dłoni Verina conieco świadczyły o wściekłości lisa.

Cai cofnął ramię i z impetem rąbnął Verina w żołądek, gdy ten akurat był na górze kotłowaniny. Poparł cios sporą ilością złych myśli i z satysfakcją zobaczył, jak przeciwnik ze zdecydowanie głupią miną leci w górę.
A po chwili w dół, prosto na uzbrojonego lisa - Mgielnia Mgielnią, klucze kluczami, ale na co komu jakaś klepsydra, gdy ma się wytrych?
Błękitna klinga, w pełni zmaterializowane kryształowe ostrze uderzyło w górę, pędząc na spotkanie VErina. Uderzyło, niemalże odrąbując ramię, pozostawiając otwartą ranę do pachwiny. Do tego doszło uderzenie - Kostka brukowa to paskudne miejsce do lądowania na twarzy. Drugi miecz uderzył w idealnej kombinacji, po półobrocie lisa. Cios trafił w splot słoneczny, zmiatając Verina i posyłając go na nieczułe mury wieży.

Lecz tego było mało. Podtrzymując ranione ramię, Verin stał.
I nie zamierzał uciekać, przeciwnie, walczył dalej.

Caibre pokręcił głową. Nie zabijać. Ta myśl, którą wbił sobie Cai przed wiekami, pozostała. Jak dotąc, w swych żywotach, zabił tylko trzy osoby. Ten obszarpaniec nie zasługiwał na to, by zostać czwartą. Lecz najwyraźniej bardzo mu zależało na tym.

_________________
A little overkill won't hurt anyone
Image


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Thu Feb 23, 2006 3:28 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sat Apr 17, 2004 4:46 pm
Posts: 925
Location: Z krain, których nie ma na mapie.


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Thu Feb 23, 2006 3:47 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sun Oct 26, 2003 1:27 am
Posts: 2039
Location: neverwhere

_________________
A little overkill won't hurt anyone
Image


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Tue Feb 28, 2006 7:14 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sat Apr 17, 2004 4:46 pm
Posts: 925
Location: Z krain, których nie ma na mapie.


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Sun Mar 05, 2006 10:21 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sun Oct 26, 2003 1:27 am
Posts: 2039
Location: neverwhere
- Gdzie my, na bogów, jesteśmy? - Caibre ostrożnie wyjrzał z łaźni. Dojrzał metalowe szafki, kilka ławek zawalonych torbami. Wszystko miało cokolwiek ponury wygląd, co po trosze tłumaczyło wystrój łaźni.
-I? - Chimeria, po zastanowieniu, zabrała się do wydłubywania płytki na wzór. Mgielnia była mimo wszystko ponurym miejscem.
-Wygląda jak baza wojskowa - lis chwilę przyglądał się mundurowi wiszącemu na jednej z szafek. Mrugnął.
-O, przebrałeś się? - wiedźma schowała kafelek, by nie gorszyć otoczenia.
- Rozejrzę się. Poczekaj proszę momencik. - pewnym krokiem lis opuścił przebieralnie i korytarzem, na szczęście pustym, ruszył w kierunku wyjścia.

Na zewnątrz powitał go ponury industralny krajobraz jako tło i radośnie ruchliwy poligon w bliższej perspektywie. Nie było to nic, co pamiętał, oprócz..
Wyglądało jak świetlisty smok, zwijający się nad ziemią, znikający i pojawiający się na przemian. W końcu, zniknął ponad ciężkimi chmurami barwy ołowiu.
-Dragoon- na wpół zapomniane słowo spłyneło do świadomości lisa.
A później ochrona obiektu zainteresowała się nim.

Znudzona wiedźma przeglądała kolejną szafkę, gdy jej uwagę zwrócił łomot, krzyki i odgłosy kanonady. Zaintrgowana wyjrzała na korytarz, tylko po to by dojrzeć pędzącego lisa. W perspektywie korytarza dało się dostrzec kilka postaci z bronią.

Caibre ze zgrzytem maltretowanego linoleum wyhamował obok wiedźmy i przecisnął się obok niej na ułamek sekundy przed kanonadą.
-To złe miejsce, złe == Zabierz nas stąd, wiedźmo!

_________________
A little overkill won't hurt anyone
Image


Top
 Profile  
 
 Post subject:
PostPosted: Sun Mar 05, 2006 10:42 pm 
Offline
User avatar

Joined: Sat Apr 17, 2004 4:46 pm
Posts: 925
Location: Z krain, których nie ma na mapie.
-Co się dzieje?! Coś ty narobił!? Miałeś na chwilkę wyjść!
-Tak, tak. Mały wypadek...
-Co to za odgłosy?!
-Zbliżają się, zabieraj nas stąd!==
Wiedźma potrzebowała paru chwil toteż chwyciła Caibra i zaczęła biec w kierunku basenu.
-Co ty robisz?!- wizja skąpania się w różanych toniach rozpuszczonego mydła nie zdawała się podobać lisowi.
Opary dusiły i powodowały obfite łzawienie.
-Damn, więcej się tego wcisnąć tu nie dało!
Brzeg spienionego basenu zbliżał się nieuchronnie. Chimeria przyśpieszyła i odbiła się ciągnąc za sobą lisa.
Nie zdązyli dotknąć jednak tafli wody gdyż w pewnej wysokości nad nią zwyczajnie zniknęli.


Nie był to dobry sposób na teleport. Zakręciło im się w głowach i skręciło żołądki. Dzięki bogom, tylko na chwilę.
Chimeria poczuła, że spada w dół. Działo się to jednak na tyle szybko iż nie mogła zareagować.
Z impetem wpadła w stóg siana.
-Oż damn...- zawarczała pod nosem wydostając się z kopy i wyjmując z włosów trawę. Znajdowała się w środku lasu. Ciemnego i cichego. Nie lubiła takich.
Rozejrzała się szybko, nastawiła uszy.
-Lisie?


Top
 Profile  
 
Display posts from previous:  Sort by  
Post new topic Reply to topic  [ 31 posts ]  Go to page 1, 2, 3  Next

All times are UTC + 1 hour


Who is online

Users browsing this forum: No registered users and 3 guests


You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot post attachments in this forum

Search for:
Jump to:  
cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group