Konwulsyjnie drgająca ręka, domagająca się powietrza zacisnęła się w pięść. Pojawiły się na niej ogromne ślady żył, ale przestała drzeć... Równocześnie Raflik zaczął chrapliwie oddychać, nie tracąc obłędu w oczach... Jego ciało zaczęło rytmicznie unosić się i opadać w miarę wykonywania wdechu i wydechu. Uniesiona pięść bezwładnie sięgnęła po leżący nieopodal skażony diadem, nim jednak go dosięgła, w zdemolowanym pomieszczeniu uniósł się odgłos klaskania. - Brawo... Wyszalałeś się, ale zabawa już skończona... przegrałeś! W koszmarnych oczach Anty-WiPowca odbił się obraz Distanta, bardzo spokojnie podchodzącego i schylającego się po diadem... próbował go ubiec, ale przywódca Agendy w całym swym spokoju i majestacie był szybszy. Przyjrzał się artefaktowi i rzucił patetycznym głosem - Jest bezużyteczny.... tak samo jak ty. - Duże dziecko chciało się zabawić zapałkami i się sparzyło...- Rzucił rozbawiony Caibre, bujając się na już ciężkim do zidentyfikowania przedmiocie. - Więc niby to jest wszechpotężny generał Anty-Wipu? Wydaje mi się że gorszą walkę można stoczyć z nie doczyszczonym kiblem... – Dwie postacie wyłoniły się z cienia po drugiej stronie pokoju. Jedna należała do Xenomorpskiej a druga do Shivanskiej hybrydy... - Taaa... zwłaszcza z waszymi kiblami pokładowymi tuż po libacji... to tutaj to zero większe niż tam gdzie była ta przeklęta czerwona planeta... - Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. – Rzucił filozoficznie Windukind, a stojący obok niego Crow westchnął ciężko i pokiwał głową z politowaniem... - Wiecie? Nawet nie będzie mi go żal... po tym co zrobił, nie zasłużył na nic lepszego – Rzucił zamyślony Yuby, a bawiąca się JEGO mieczem Chimeria dorzuciła - Cudownie że nie wysyłałam za nim żadnej ekipy... nie jest wart życia żołnierzy CA, phi!
Wrogowie, sojusznicy, znienawidzeni, tolerowani. Wszyscy pojawiali się, zapełniając coraz bardziej pomieszczenie, jednak ciągle było miejsce dla kolejnych. Wszyscy bez wyjątku ubliżali mu coraz bardziej, przystępowali coraz bliżej niego, mieli coraz bardziej uśmiechnięte miny. W oczach Rafla, oprócz odbić postaci tłumu, nienawiści, obłędu i zgrozy pojawiło się przerażenie.
- WYNOŚCIE SIĘ!!! ZGINCIE! PRZEPADNIJCIE! – Ostatkiem sił przyzwał Aquę do ręki i ciął na ślepo. Rozlała się krew, ale zranione postacie nie ustawały w drwinach i śmiechu, a im bardziej ciągle leżący Raflik wywijał mieczem i ranił ich, tym ich głos był głośniejszy, a śmiech okrutniejszy! - NIECH WAS MORZE CHAOSU POCHŁONIE!!! – Anty-WiPowiec cisnął mieczem, a ten wbił się głęboko w ścianę pustego i zdemolowanego pokoju. Raflik rozejrzał się... nagie metalowe ściany, nieco porozwalanych mebli, krew, młot i diadem na jego piersi.. Naraz błysła łagodna poświata, a całe pomieszczenie wypełniło się ciepłym światłem, bijącym od pewnej osoby stojącej w centrum, ubranej w zamszowe spodnie, skórzany pasek i brązowy golf, obładowanej amunicją, niczym Rambo, i trzymającej Pepeszę... - Zeg... mój mistrzu... mój nauczycielu... – w znerwicowanym wzroku Rafla pojawiła się nutka spokoju... w tunelu zapaliło się światełko... był ktoś kogo kochał jak ojca, a teraz. W chwili jego agonii ta osoba przychodzi wspomóc go... wyśmianego i znienawidzonego przez wszystkich. Wyciągnał już błagalnie rękę do swego przyjaciela, ale ten odwrócił się do niego plecami i rzucił beznamiętnie - Nie potrzeba nam przegranych w Anty-WiPie... zhańbiłeś organizację... nie chcę cię więcej widzieć na oczy... - Ręka opadła całkowicie bez sił. Cały Raflik, bez sił zastygł w bez ruchu, puste oczy wpatrywały się w sufit...
Iskierka... potem druga, trzecia, dziesiąta, setna, całe ognisko obłędu, szaleństwa, nienawiści i rozpaczy wybuchło w oczach Rafla. Jego twarz wykrzywiła się nienaturalnie, jego ciało objęły konwulsje gorsze niż przedtem. Krew w której leżał Rafl zakrzepła, i pokryła się szronem... - To ja nie chcę cię więcej widzieć na oczy! SŁYSZYSZ! WAS WSZYSTKICH NIE CHCĘ WIDZIEĆ NA OCZY! NIENAWIDZĘ WAS! ZGŁADZE WAS! BĘDZIECIE MNIE BŁAGALI O LITOŚĆ!!! – Raflik powoli zaczął wstawać. Był już w pozycji półsiedzącej, okryty aurą nienawiści i zniszczenia, gdy ciężki, okuty but uderzył go w klatkę piersiową, i sprowadził z powrotem na parter. Przy uderzeniu dało się słyszeć chrupot łamanych kości, a Anty-WiP-owiec jęknął bezgłośnie...
- Hej! Kopę lat... co nie stary druhu? Czyżbyś znowu chciał mnie wyzwać na pojedynek? - Raflik spojrzał swoim opętańczym wzrokiem na twarz swego najgorszego wroga. Chciał uchwycić ręką jego stopę, ciągle spoczywającą na jego klatce piersiowej, ale przeciwnik był szybszy. Uderzył mieczem w przedramię Rafla, przebijając je na wylot. - Proszę proszę. Narwany jak zawsze.. nic się nie zmieniłeś... Zawsze będziesz tym gorszym ode mnie... chłopcem do bicia, stojącym tylko w moim cieniu... A gdzież jest twój miecz... czyżbyś go zgubił? Albo Saerie znowu ci go zabrała, bo bawiłeś się nim jak dzieciak? Raflik spojrzał na swoje prawe przedramię. Naprawdę było przebite mieczem, a krew ciurkiem wyciekała na zamrożoną podłogę. Nie zważając na ból, spróbował lewą. Udało mu się, chwycił go za kostkę, ale nie zdążył nic innego zrobić, ponieważ potężny kopniak w jego podbródek odrzucił go kilka metrów dalej. - Ach... tępy jak zawsze.. nigdy się niczego nie nauczy, nawet jeśli pokaże mu się wszystko dokładnie co i jak... Nigdy nie pokonasz Rycerza Shabranigdo... ale ty zapewne znowu spróbujesz... już teraz mówię – Bezcelowe. Swoją drogą... pamiętasz Mortusa? – Postać ubrana w strój typowy dla średniowiecznego podróżnika, a nie rycerza zrobiła młyńca zakrwawionym mieczem który trzymała – Pewnie że tak... Powiem ci... dawno nie pił żadnej krwi, a teraz gdy posmakował twojej, jest spragniony jak nigdy... ledwo nad nim panuję...
Raflika trawił wewnętrzny ogień. Po kolei połączenia nerwowe rwały się niczym pajęczyna przy podmuchu silnego wiatru. Widział coraz mniej, Słyszał coraz mniej, Czuł coraz mniej... Jego dłonie bezwładnie zacisnęły się na diademie. Wtedy Ostatnia silna myśl powstała w jego umyśle. Przetrwała zniszczenie wszystkich impulsów wokół, i jako jedyna dążyła do wykonania tego co postanowiła...
„Nieprzenikniona ciemność czarniejsza od śmierci... szkarłat karmazynowej krwi... pogrzebana w upływie czasu wielka potęga tkwi... niech głupcy którzy na mej drodze stoją, zostaną porażeni mocą twoją którą i ja władam...”
Diadem został użyty po raz ostatni. Energia jednego z najpotężniejszych czarów, rzuconego w tej ostatniej chwili uwolniła z Diademu moc Ładu i Chaosu i doprowadziła do scalenia się tych dwóch, wyzwalając taką samą energię jakiej Raflik wcześniej używał do niszczenia galaktyk gdy szukał Nomad-a...
Historycy nigdy nie dowiedzą się czy Distant i Caibre ulegli Transcendencji czy zgineli od ciosów młotem... wszelkaie dowody wyparowały. Młot... Diadem... nawet Statek-Wrota na którym działy się te dramatyczne wydarzenia przestał istnieć... No i oczywiście jedyny świadek wydarzeń... „również uległ transcendencji”.
Trybiki w wielkiej machinie kosmosu posuwały się dalej jednym i tym samym rytmem, bez żadnych opóźnień i niekontrolowanych ruchów... i tak przez nieskończoność...
_________________ " Zobaczyłem Raflika....
*poke*
Dotkłem Raflika.....
...
Moge juz umrzec" Bokler
Morgana's Parapetowa 16 Feb 07
|