Miała takie dni, kiedy w jednej chwili, coś ją dopadało i nie chciało puścić. A wtedy wystarczyło jedno słowo, gest, który jej się nie spodobał, to po prostu wybuchała jak prawdziwy wulkan energii, która na pewno nie buduje i nie jest fundamentem niczego dobrego. I tak właśnie było tego dnia, kiedy na jej drodze stanął on.
Wysoki, przystojny brunecik. O chyba najpiękniejszych oczach, jakie widziała, ale ile ona mogła widzieć? Miała przecież tylko 18 lat. Niestety, widziała jednak wiele i niejednego słowa wolałaby nie usłyszeć, niejednej rzeczy nie zobaczyć. Często potem zastanawiała się, co by było, gdyby go wtedy nie spotkała, lub, co gorzej, zabiła tego zadziornego przystojniaka. Czy dziś byłaby tą samą osobą?
Spotkali się w karczmie, gdzie Anakef przystanęła, aby odpocząć przed dotarciem do królestwa Ereneke, gdzie zostało zlecone jej zadanie zabicia hefrydy. Śmierć potwora miała przynieść jej sławę, gdyż hefryda nie próżnuje od parunastu lat i z kości jej ofiar można by stworzyć drogę aż do karczmy. A przecież Anakef miała jeszcze do przebycia cały dzień nim dotrze na miejsce. W tym przypadku jednak Anakef chodziło o pieniądze, które były jej bardziej potrzebne niż sława.
Z zewnątrz karczma była obleśna. Miała jedno małe okno, więc wewnątrz panował półmrok. I wstrętny, podobny do krowich odchodów kolor. A ona marzyła o tym, aby tylko tak tam nie pachniało. Pytała sama siebie "Czy ja na pewno chcę tam wejść?" I po chwili odpowiedź podyktował jej brzuch, gdy zaburczało w nim jak w kotle z wrzącą wodą. I chyba nawet w owym pomieszczeniu było to słychać.
- Idź głupia, bo resztę drogi nie dowleczesz się o własnych siłach a wiesz, jaki będzie obciach, gdy dowiozą cię nieprzytomną z głodu!!! Nie, nie zrobię sobie obory - mruczała pod nosem otwierając to, co wyglądać miało jej zdaniem na drzwi. Niestety w środku lepiej niż na zewnętrz nie było. A nawet, kto wie, czy nie...
- Ech..- wyszło z jej ust na pierwsze rzut oka- Robale, znowu robale łażą po podłodze. Spokojnie może jedzenie będzie lepsze - mruczała pod nosem idąc do pierwszego wolnego miejsca, jakie ujrzała wchodząc.
Był to róg po prawej stronie, na wprost od drzwi, gdzie światło nie dochodziło, i chyba nikt inny prócz niej by go nie dostrzegł. Anakef nie tylko posiadała nietypową sprawność w rękach - posługiwała się łukiem jak nie jeden elf a może i lepiej, ale miała wzrok jak sokół w dzień a sowa w nocy.
- Co dobrego macie do jedzenia? - Spytała podchodzącej, a raczej turlającej się do niej grubaski.
- Żołądki krowie, końskie jelita i cielęce serca w sosie z marrrchwią - odrzekła grubaska.
Tu pojawił się grymas na twarzy Anakef. Zastanawiała się "Czy to na pewno jest jadalne? I co z tą marchwią?" Nie zastanawiając się dłużej zapytała śmiejąc się w duszy ze swojego pytania:
- A ta marchew z tego czy tamtego roku?
- Z tamtego, bo tegoroczną krowy wyżarły, gdy urwały się z pola.
Ta odpowiedz sprawiła, że Anakef przestała odczuwać potrzebę jedzenia i cieszyła się z zadanego wcześniej pytania. "Źle by było, gdybym go nie zadała"- pomyślała.
- Aha… a do picia jest coś?
- A jak piwo, albo co innego. A i kurczaka kawałek jeszcze jest, ale mały.
- To ja tego kurczaka i kufel piwa poproszę- powiedziała jak najszybciej umiała.
- To potrwa chwilę, wiec pani poczeka.
Anakef nie ściągnęła kaptura z głowy, więc zgromadzeni w karczmie ludzie nie mogli wiedzieć, czy jest kobietą czy też niskim młodzieńcem po prostu ukrywającym twarz. I wtedy wszystko się zaczęło.
- Czy to miejsce jest wolne - zapytał nieznajomy
Na pierwszy rzut oka miał około 180 cm wzrostu. Włosy zaś miał koloru ciemnego brązu wpadającego w czarny. Jego oczy miały kolor jesiennej mgły i zauroczyły ją, choć sama przed sobą nie chciała się do tego przyznać.
- Nie wiesz, na zadane pytania się odpowiada,..więc? Bo moja uprzejmość się zaraz skończy. Wolne czy nie chłopaczku.
Anakef nie odpowiedziała nic, lecz pomyślała, że lepiej nie zaczyna sprzeczki, bo po pierwsze jest zbyt głodna i nie ma siły, a po drugie chciała mu się przyjrzeć bliżej. Ale w głębi duszy to ją złość poniosła za tego "chłopaczka". Więc tylko pokiwała głową na znak, że miejsce jest wolne. Pomyślała jednak, że w innych okolicznościach nie podarowałaby mu tego "chłopaczku". O nie, na pewno nie. Teraz oboje siedzieli przy jednym stole w oczekiwaniu na coś, co można byłoby wpuścić do gardła. Oboje niepostrzeżenie zerkali na siebie, zastanawiając się, kim jest osoba siedząca naprzeciwko. Oczywiście Anakef miała zadanie ułatwione, gdyż obiekt jej obserwacji był widoczny jak na dłoni. Ciekawy nieznajomy musiał się jednak sporo natrudzić, gdyż Anakef nie tylko nie odsłoniła twarzy, ale jeszcze usiadła tak, aby on nie mógł jej dojrzeć, nie ułatwiając mu tym samym sprawy. A on był ciekawy, kim jest ta postać kryjąca się pod kapturem. Kręcił się, zerkał to z tej, to z tamtej strony byle coś podglądnąć. A tu guzik, zero, nic.
Po chwili zabawy w kotka i myszkę kot się znudził pewnie był za głodny by czatować na ofiarę, która przechytrzyła swojego gnębiciela i to właśnie jej się spodobało. Gdy tak Anakef zastanawiała się nad tym, że to, co przed nią siedzi jest ciekawym przykładem anatomicznym, gdyż jego budowa zbudziła w niej ciekawość - nawet zachwyt, ale była zbyt dumna by to tego się przyznać komukolwiek a już na pewno nie sobie. Grubaska przyniosła jej posiłek.
- Niech pani je, tylko powoli, aby się pani nie zadławiła, bo ratować tutaj nie będziemy. Niech se pani nie myśli, że my tu nie będziemy chcieli, ale ostatnim razem jak ja i chłopy w karczmie pomagaliśmy takiemu jednemu to tera żebra ma połamane i trzyma się z dala od karczmy a to by taki dobry człowiek tyle pieniędzy tu zostawiał. Tyle pie... No to pani je.
- Dziękuję.
- A czy ja dostanę jakiś specjalik Mad?- powiedział nieznajomy z naprzeciwka.
-York!!!- krzyknęła kobieta rzucając mu się w objęcia- Zara dostaniesz. Coś taki drażliwy? Zara, zara najpierw przywitałbyś się.
- To tak wita się starych przyjaciół, Mad? No proszę. Ja tak się spieszyłem, kiedy mnie wezwałaś…przynajmniej poudawałabyś, że się cieszysz, że już jestem.. no no no
szybciej trochę, bo zaraz będę na brzuchu jak na bębnie grał!!
- Już pędzę! - wypowiedziawszy to grubaska znikła.
- A po co mnie wezwałaś - krzyknął za nią, ale ta nie usłyszała.
I w tej chwili dało się słyszeć rżenie koni. Było ich cztery może pięć. Anakef zwróciła na to niewielką uwagę, gdyż była za bardzo pochłonięta konsumowaniem podanego niedawno posiłku. A jedno, co można powiedzieć bez wątpliwości to to, że gdy Anakef była głodna to zawsze (oczywiście przypadkowo) była zła. Poza tym pochłonęła ją obserwacja mężczyzny, który gdyby tylko mógł zabrałby jej talerz i jak neandertalczyk posiliłby się.
Sprawiało jej przyjemność patrzenie jak ów człowiek nie potrafi ukryć swojego pożądania.
W owym momencie drzwi od karczmy otworzyły się szeroko wpuszczając promienie światła do karczmy. W drzwiach ukazała się jakaś postać. Na pierwszy rzut oka wydawała się ogromna. Był to mężczyzna o jasnej brzoskwiniowej cerze i tego samego koloru oczach. Co zwróciło uwagę Anakef na tego człowieka? To fakt, że był on świetnie uzbrojony. Sprawiał wrażenie człowieka pewnego, który nie znał słów sprzeciwu. Za nim wszedł jeszcze jeden mężczyzna, potem niska, piękna kobieta i znów dwóch mężczyzn. Wzrok Anakef zatrzymał się na owej tajemniczej kobiecie. Jedyne, co w tej chwili potrafiła z siebie wydusić to dziwny, cieniutki jęk zazdrości. "Ładna" - pomyślała Anakef. "Ciekawe
czy równie dobrze walczy.”
An nie zdawała sobie sprawy, że jeszcze dziś będzie miała sposobność to ocenić. Weszli do karczmy i usiedli w miejscu, gdzie byli najbardziej widoczni. Znakiem charakterystycznym dla wszystkich tych ludzi był znak czarnej zaciśniętej dłoni na ich ubraniach. Anakef nie przyglądała się im dłużej, tylko kończyła jeść i czasem zerkała jak to robił nieznajomy siedzący naprzeciwko, któremu właśnie podano jedzonko. Pochłonął je łapczywie i bardzo szybko. Po chwili oboje byli po jedzeniu. W karczmie uczyniło się głośno, gdyż ostatnio przybyli nie byli nieśmiali, wręcz przeciwnie zaczepili już chyba wszystkich oprócz An i jej towarzysza przy stole - ale to tylko z tego względu, że byli za daleko i prawie nie było ich widać. Jednak ta sytuacja miała się zaraz zmienić.
Karczma opustoszała. Wszyscy opuszczali ją z pośpiechem.
- Gdzie jesteś! Wiesz dobrze, że nie warto się ukrywać. Nie mamy czasu. Wiesz, że nie lubię czekać - zawołał mężczyzna, który jako pierwszy z piątki ostatnio przybyłych wszedł do karczmy. Anakef już wiedziała, że ten ton nic dobrego nie przyniesie. I nie pomyliła się. Postanowiła zbierać się i im szybciej opuścić to miejsce, ale niczym zdążyła to zrobić było już za późno. W owej chwili na pierwszy plam ukazała się kobieta, która jej podawała pożywienie z małym, ale wypchanym workiem.
- Oojj wyzysk, babcia zgłupiała płacić za taką ruinę - wymskneło się cichutko An.
- Żarty sobie ze mnie robisz stara - krzyknął wielkolud - Chyba będziemy się gniewać. Oj, oj, oj będziemy i to bardzo. Teraz rusz swoje paskudne cztery litery i przynieś wszystko - tyle ile ma być.
- Ale ja nie mam więcej. Skąd mam brać? Ludzie omijają to miejsce i nic w tym dziwnego. Przecież odstrasza wszystkich. Ja nie mam na lepsze warunki, bo wam wszystko oddaje - mówiła kobieta zaczynając płakać- Ja po prostu nie mam.
"A gdzie jej gwara " pomyślała Anakef, "No jasne przecież nie musi udawać to tylko ja tu jestem obca"
- Oj jak mi przykro - odezwała się cynicznie kobieta, która do tej pory milczała - A jak czuje się córeczka. Ostatnim razem jak ja widziałam to się troszkę przestraszyła złociutka i uciekła. Zawołaj ją.
- Proszę nie moją córkę, nie ją, proszę.
- Przyprowadź ja natychmiast - powiedziała kobieta.
- Nie, nie!!!
- Nie prowokuj mnie, bo jak karze im ją znaleźć to po tym miejscu zostanie pobojowisko, a córkę będziesz mogła odwiedzać na cmentarzu. Rusz się powiedziałam. Już!
- Jej nie ma tutaj posłałam ją po grzyby i wróci późno.
- Sprawdzimy czy ona kocha ciebie tak, jak ty ją.
W tej chwili kobieta wyciągała miecz i zamachnęła się, że przyłożony był tak, że wystarczył jedno pchnięcie i byłoby po wszystkim. Nagle niewidomo skąd dało się słyszeć słaby krzyk.
- Nie. Mama nie - do izby wbiegła może 4 letnie dziewczynka o ciemnych oczkach i jasnych kręconych włoskach.
An wiedziała już, że nie będzie łatwo wyjść, ale może się uda. Nie może się mieszać sama ma dużo na głowie - nie ma pieniędzy, pracy i od rana dobrego humoru. Postanowiła, że cichutko się wymknie. Ale dzisiaj nic jej nie wychodziło.
I ta czynność też nie, bo gdy tylko o niej pomyślała poczuła na swoich ustach dużą męską dłoń. Należącą do poznanego ciekawskiego, który tak niedawno próbował zjeść
posiłek bez użycia zębów. An obejrzała się gwałtownie. Gdy tylko poczuła jego dłoń przygotowana była na agresywną obronę, ale gdy spojrzała na jej właściciele postawa jej w jednej chwili się zmieniła. Stanął bliżej niej i położywszy palca na ustach dał znak, aby milczała i pokazał jej miejsce, do którego chce, aby się udała. Ona zrobiła to posłusznie, lecz zapału w jej oczach nie było widać. On natomiast udał się w zupełnie innym kierunku. An pomyślała, że właśnie dała się wykiwać. Ale właśnie teraz stało się coś, czego An się nie spodziewała.
- No popatrz, córcia kocha mamcie, to dobrze. Popatrz, jaką kiedyś będziesz miała pomoc. Jeśli nie
chcesz jej stracić to przynieś resztę pieniędzy - powiedziała kobieta, która w tym momencie podniosła
miecz i przestawiła go do gardła dziecka tak umiejętnie, że wystarczył jeden nawet niepozorny ruch i mała pożegnałaby się z życiem.
- Nie!!! - krzyknęła kobieta - ale ja nie mam, nie mam!!
- Nie to nie, będziesz przykładem dla innych.
- Ja zawsze myślałem, że do kobiet dociera to, co się do nich mówi, a wygląda na to, że nie -
Powiedział York - pani powiedziała, że nie ma. Jak źle ze słuchem w tak młodym wieku, to ja mogę zawsze powtórzyć to, co nieusłyszane Vey - i tu wyciągną dłoń u kierunku kobiety, która przed chwilą załamała kolana i runęła na ziemię w geście błagalnym - służę pomocą.
- York, co za miła niespodzianka, dawno się nie widzieliśmy. Tęskniłeś może? – Młoda kobieta rzuciła słodko.
- Nie skarbie.. i już nigdy nie będę
- No wiesz rozczarowujesz mnie, bo ja bardzo. A nawet liczyłam, że ten rupieć - wskazała Mad - wezwie cię na pomoc.
- To się nie pomyliłaś. Więc powtórzyć ci, czy ze słuchem już lepiej? Jakbyś czegoś chciała, to wiesz, mogę pomóc - mówił York uśmiechając się.
- Gdybym chciała czegoś to bym to sobie wzięła. Jeśli chcesz mieć głowę na karku to pilnuj się - powiedziała to tak delikatnie, że Anakef nie mógł uwierzyć, że to była groźba.
- Co za idiota, a żeby go tak skrócili - wyszeptała An
- Nie wiedziałem, że nadal nie umiesz prosić. Nie nauczyłaś się jeszcze, myślałem, że przez ten czas zmądrzałaś… Więc chyba ja to zrobię.
- Nie wiesz, z kim zaczynasz jak przeprosisz to pozwolę ci odejść i małej nic nie zrobię. To jak będzie skarbu? Na pamiątkę starych dobrych czasów.
- One nie były dobre Vey.
- Ja je zawsze będę wspominać i za nimi tęsknić - powiedziała Vey.
- Za stare czasy wypuść je obie.
- No wiesz jakieś konsekwencję muszę zastosować za to, że się stara Mad poskarżyła.
- i zabijesz ją, co?
- Dokładnie. Inaczej nie była bym sobą. Zawsze mi się podobałeś, bo nie bałeś się zaryzykować. Przecież bez mrugnięcia okiem mogę kazać się ciebie pozbyć za to, co właśnie robisz a ty...
- nie boję się ciebie i twoich osiłków.
Kobieta podeszła do niego nie zwracając uwagę na matkę i córkę. Stanęła z nim twarzą w twarz i pocałowała go namiętnie, a potem powiedziała coś, co tylko on usłyszał. Po chwili na cała izbę rozległ się miły i przyjemny dźwięk jego śmiechu, który opowiedział jej na zadane wcześniej pytanie, ale odpowiedz ta nie spodobała się pytającej. Kobieta widocznie się zdenerwowała.
- Jestem Vey, a za twoje nieposłuszeństwo i arogancję wyciągnę konsekwencje na wszystkich, którzy się tu znajdują a zacznę od niej- pokazała palcem na dziewczynkę.
- O nie ja tu nie zamierzam zginąć - powiedziała sobie An - nie zamierzam ..pheh..i to przez kogo. Zdecydowanie nie, tylko co zrobić..
Zabrzmiał głos metalu. An zobaczyła, że miecze kobiety i Yorka stanęły sobie na drodze.
Mężczyźni, którzy to tej pory siedzieli spokojnie na krzesłach poderwali się natychmiast z miejsca. Kobieta machnęła dłonią i z powrotem spokojnie powrócili na poprzednio zajmowanie krzesła. Vey miała znaczne trudności z pokonaniem swojego przeciwnika, widocznie był lepszy- a przynajmniej posiadał większą wprawę w posługiwaniu się mieczem. Co się tyczy niej to An zauważyła, że owszem nie jest ona taka zła i ma ciekawy, wyróżniający się styl walki, ale jej pewność siebie nie pokrywa się zupełnie z umiejętnościami. Ich mały pojedynek trwał krótko, bo ta sztuka wyróżniała tylko jednego aktora i zdecydowanie on dowodził na scenie, ale nie zawsze lepszy wygrywa.. Walka zakończyła się, kiedy Vey wytrącono miecz. Ona zrobiła wówczas znaczący ruch dłonią na swoich towarzyszy, którzy natychmiastowo poderwali się z miejsca i otoczyli Yorka.
- Zastanów się nad swoją odpowiedzią, bo ja trzeci raz nie zapytam. Zdecyduj dobrze, bo jak nie to...
- To co?
- proste, zginiesz z osobami, których broniłeś, a szkoda by było, bo byłbyś dobrym nauczycielem dla.. dla mnie.
- Chyba nie skorzystam z propozycji. Kusząca, ale nie jakoś nie bawi mnie niańczenie niesfornego dziecka, już raz to robiłem nie chcę tego powtórzyć.
Vey zaczęła się śmiać.
- rozważ tą propozycję, możesz na mnie zawsze liczyć
- Nie wątpię, ale tym bardziej nie.
Gdy Vey usłyszała te słowa coś prysło. Teraz ta piękną i tak niewinnie wyglądająca kobieta straciła to wszystko. Tylko w oczach pojawił się niebezpieczny błysk.
- Szkoda, byłbyś cennym nabytkiem dla "Czarnej pięści". A tak będziesz musiał patrzeć jak one umierają dusząc się własną krwią. Nie martw się, zrobię to bardzo powoli i boleśnie a to wszystko żebyś wiedział, że mogłeś je uratować.
Rozległ się płacz i błagalne okrzyki kobiety i dziecka o darowanie życia, ale na Vey nie zrobiło to większego wrażenia. Podeszła do nich, wyciągnęła dłoń i jeden z mężczyzn podał jej mały sztylecik z zaokrąglonym ostrzem u końca.
-Pożegnaj mamusię, bo spotkacie się dopiero na tamtym świecie- powiedziała.
I już miała z zimną krwią zabić dwoje ludzi, gdy usłyszała;
- zaczekaj – zawahał się, po chwili dodając - zgadzam się
- o jak miło, ale niestety już za późno - mówiłam żebyś decydował się w czas, nie chciałeś. To teraz obserwuj.
"Co robić?". Ustawicznie myślała Anakef. "On mnie nie obchodzi, ta kulka też nie, ale co jej dziecko zawiniło? Co robić? No przecież coś trzeba i to natychmiast". Odruchowo ściągała łuk i wyciągała strzałę, napięła go i wystrzeliła. Strzała pomknęła prosto w mały sztylet Vey. W karczmie zapanowało zdziwienie.
- Wyłaź kimkolwiek jesteś!! Nie zamierzam tracić więcej swojego cennego czasu.
Anakef nawet nie drgnęła z miejsca, bała się i nie zdążyła jeszcze obmyślić jakiegoś ciekawego planu jak ty ocalić życie. Gorzej nie miała żadnego planu.
- Jak nie wyjdziesz to podpale to wszystko z tobą w środku.
Anakef doszła do wniosku, że ten argument jest przekonujący i stanęła tak, aby można ją było zobaczyć. Gdy to zrobiła usłyszała tylko śmiech członków Czarnej pieści.
- ściągnij to coś, co masz na głowie- powiedziała Vey.
Anakef znów nie zrobiła nic.
- ściągaj powiedziałam.
Teraz dopiero zaczęła być to osobista sprawa An. Nienawidzi, gdy ktoś wydaje jej polecenia, czy rozkazuje. Jednakże tym razem lepiej usłucha, mają w końcu przewagę liczebną. Gdy to zrobiła po raz drugi poczuła się upokorzona. Czuła też, jak nienawiść do Vey rośnie z sekundy na sekundę. Kobieta po prostu zachodziła się ze śmiechu. Gdy tak patrzyła jak by się najlepiej ulokować żeby znaleźć jakieś dobrze miejsce do obrony, spostrzegła przelotnie spojrzenie młodego mężczyzny, który nie umiał ukryć zdziwienia.
- Oj Mad jakbym wiedziała, że zatrudnisz amatora i dziecko do obrony tej budy to bym ci dała paru moich ludzi i jak by się dobrze spisali to w tym miesiącu odpuściłaby ci. A widzisz nie pomyślałaś Mad. Teraz zwróciła się do An.
- Słuchaj dzidziusiu, możesz odejść wolno. Czarna pięść będzie dla ciebie litościwa i pozwoli ci odejść pod warunkiem, że zapamiętasz, komu zawdzięczasz wolność...- Nie skończyła jeszcze mówić, gdy podszedł do niej mężczyzna, który pierwszy wszedł do izby i zaczął jej coś szeptać do ucha – Jednak nie, mam dla ciebie inny komunikat. Bo widzisz, podobasz się mojemu przyjacielowi i od dziś należysz do niego. Nie zabraknie ci niczego, tylko go nie rozzłość, bo ma ciężką rękę. Mogą to potwierdzić inne.
- dzisiaj masz chyba zły dzień, bo nikt nie chce korzystać z twoich propozycji.
- Takie dziecko, a jak wyszczekane. Słuchaj od czasu do czasu dobrze jest się trochę pośmiać, ale dzisiaj limit został wyczerpany. Zon jak chcesz to ją sobie weź, tego przystojniaka zabierz do obozu, Mad z jej dzieckiem zabij, tylko powoli i tą ruinę spal. Nie zamierzam tu więcej czasu tracić.
Mówiąc to Vey wyszła z karczmy i odjechała. Mężczyźni zabrali się do wypełniania zadania i właśnie jeden podchodził z mieczem do Mad i jej córeczki, gdy An wystrzeliła drugi raz. Celowała w kolano tak, aby nie zabijać, a unieszkodliwić opryszka. Pozostałych dwóch ruszyło na nią i na jej towarzysza.
- Rusz się - wrzasnęła na niego – no chyba masz zamiar wykorzystać to, co masz w ręku?
- No świetnie - jęknął mężczyzna - będę musiał WSZYSTKO ZROBIĆ SAM.
- Taki dobry to ty raczej nie jesteś.
- Jak to, nie jestem? Nie widziałaś mnie jeszcze w akcji – powiedział z uśmiechem na ustach odwracając się do niej.
- Niestety widziałam, ale myśl sobie, co chcesz - mówiła An uciekając przed swoim nowym właścicielem.
- Może ci pomóc dziecinko.
Na te słowa w Anakef pojawiła się taka siła, że powaliła mężczyznę, który ją złapał i chciał uderzyć. Ten nawet nie wiedział, kiedy to się stało.
- No nieźle dziecinko! A wyglądasz na taką niepozorną.
- Nazwij mnie tak jeszcze raz a osobiście urwę ci język - mówiąc to wyciągała kolejną strzałę i wystrzeliła ją w stronę nadbiegającego przeciwnika.
- 3 do 1 dla mnie, samochwało.
- Po prostu chciałem ciebie sprawdzić.
- Jasne – spojrzała ironicznie
W tym monecie w izbie byli jedynymi utrzymującymi się na nogach osobami. Anakef doszła do wniosku, że lepiej jak najszybciej opuścić to miejsce, bo nie wiadomo, co się może jeszcze stać. Skierowała się do wyjścia.
- Stój – zawołał York
An obejrzała się, ale nie zwolniła tempa.
- Oczywiście i co jeszcze? Najpierw wziąłeś mnie za chłopca, no w dodatku za jakiegoś karzełka, a teraz na rozmowę ci się zbiera. Poza tym, gdzie jest proszę w twoim zdaniu. Wychodzę.
Jednak jej uwagę przykuły teraz ciała mężczyzn, które leżeli na podłodze przy wyjściu. Odwróciła się i zapytała:
- Ilu ich było?
Mężczyzna zdziwił się, staną z otwartą buzią jakby mówiła w obcym języku
- Co?
- Ilu było wszystkich mężczyzn z Vey - odpowiedziała rozszerzając ostatnio zadane pytanie.
- Pięciu.
- niech to - powiedziała wybiegając z izby jak szalona.
- Co się stało?
An obejrzała się i popatrzyła jak na głupiego.
- 3+1= 4 a nie 5. To znaczy, że 5 zwiał i pewnie już jedzie z odsieczą. A jak przyjedzie znowu ta kobieta to ani ty ani tym bardziej ja nie dam jej rady. Zmywam się stąd, to od początku nie była moja sprawa nie zamierzam pchać się w to dalej.
- Widziałaś kobietę z dzieckiem?
- Nie - odrzekła An śpiesznie otwierając drzwi.
- No stój!
An jak na poprzednie, gdy usłyszała pierwszy raz tą komendę nie zwróciła ma nią uwagi.
- Proszę. Pomóż mi je odnaleźć. Mad to dobra kobieta, oni zaraz wrócą to ją zabiją powolną śmiercią a najpierw każą jej patrzeć na śmierć Lotos. Jak masz jakiekolwiek ludzkie uczucia to mi pomożesz. Słyszysz?
- A skąd wiesz, że je mam?
- Bo już raz to dzisiaj udowodniłaś.
- Do...
An nie skończyła mówić, gdy do izby wbiegła Mad a z czoła kapały jej krople potu.
- York uciekaj, zaraz tu będą, za jakieś 15 minut- mówiła dysząc Mad.
- Ilu?
- Około czterdziestu z rozwścieczoną Vey na czele. Lotis już posłałam do - i tu przerwała patrząc dziwnie na An - w bezpieczne miejsce - dokończyła nie odrywając od niej wzroku.
- To ruszamy
- Tak i to szybko, bo jak nie zdążymy.. To nawet nie chce myśleć, co nam zrobi ta, ta... lepiej chodźmy.
Wszyscy wyszli z karczmy.
- Nie będzie ci jej szkoda?
- Nie York, wiesz dobrze jak ja, że to… - znowu popatrzyła badawczo na An.
- Daj spokój, uratowała ci życie.
Mad uśmiechnęła się.
- Ruszamy.
Anakef zagwizdała na Rejtana. Ten pojawił się niewiadomo skąd, wsiadła na niego i już miała odjeżdżać w swoją stronę, kiedy doleciał wszystkich tupot końskich kopyt.
- Gdzie mój koń Mad?
- prawdopodobnie zabrali
- nie zmieścimy się na jednym - mówił ze zmartwianym głosem i zwrócił się do Anakef - pokażę ci bezpieczną drogę ucieczki, a ty zbierzesz mnie ze sobą. Twój koń nas udźwignie. Co ty na to?
-Dlaczego mam się zgodzić?
- Bo jesteś młoda i nie zamierzasz umierać, a jeśli nie skorzystasz z mojej pomocy nie przejdziesz przez las i bagna sama. Nikomu obcemu to się nie udało a ty nie będziesz wyjątkiem. Decyduj się, bo im zostały jeszcze 2 zakręty a wtedy porozmawiasz sobie z Vey. I jak?
Ankef nie namyślawszy się długo podała mu dłoń. York złapał ją szybko i mocno z jej pomocą wskoczył na konia. Po chwili mknęli przez las prowadzeni przez Mad, która właśnie się obejrzała.
- Palą chatę…
- Palą – odpowiedział York, który mocniej chwycił An w pasie - Co teraz Mad? Pokażesz mi wreszcie to swoje nowe królestwo czy sam na oślep mam trafić?
- No wiesz zawsze mogę podpowiadać ci jak trafić - Wiesz jak ją zobaczę ten pierwszy raz, to lepiej żeby zrobiła dobre wrażenie.
- Oj robi. Możesz mi wierzyć.
|