Głodny duch spogląda z góry na planetę szukając miejsca, w którym mógłby zaczepić oko.. Jego wzrok przenika przez warstwy zbrojonego betonu, stali, szkła i cegieł. Pożądanie przecież nie zna granic.
Zaczepiają go przypadkowe sceny w błyskach, które nam wydałyby się zbyt krótkie by je zarejestrować.
Są jak migawki podobne smagnięciom biczem, który właśnie trzyma w ręce ubrana w skórę dama w domu na przedmieściach jednego z kompleksów mieszkalnych.
Jedna z tych, które na wyjazdach zawsze wypytują przewodnika wycieczki o wszystkie pierdoły związane z tematem by po chwili się odwrócić i dumną opowiadać dokładnie słowo w słowo to samo swojej rodzinie stojącej za nią.
Jakże wygląd myli.
Jej spojrzenie lustrujące coraz to nowe pręgi powstające na posiniaczonych plecach jej przykutego do ściany dziecka ma w sobie trochę z tego subtelnego czaru, którego Kaprys szuka, lecz za mało.
Następne ujęcie. Robotnik? Robol bardziej, zatrudniony na stanowisku, przy którym jego zdolności decyzyjne mogłyby wyrządzić jemu więcej szkody niż pracy, którą się zajmuje. Niedoceniany, tak myśli. Zasługuje na więcej. Chciałby więcej. Pragnie.
W poplamionym uniformie snuje wielkie plany. Chleje w barze. Wraca do domu, wielką pięścią tłucze w drzwi,
Kaprys mruży oczy, gdy tamten popycha pasierbicę, która mu otworzyła.
Ona boleśnie uderza o deski podłogi. Widzi jej rozszerzone z przerażenia oczy, kiedy tamten nazywając ją kurwą bierze kabel. Bije, potem rzuca nią o rant stołu. Ona jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że tym razem udawanie omdlenia jej nie pomoże. Dociera to do niej dopiero, gdy cuchnące piwem i potem cielsko przygniata ją do podłogi. Wielka dłoń naciska jej na głowę, jego śmierdzący oddech wypełnia jej nozdrza podczas gdy tłuste cielsko przesuwa się po jej plecach..
Żółte oczy Kaprysa przeskakują dalej, brutalna dzikość ma swoje piękno, ale na prawdziwy plon trzeba będzie jeszcze poczekać. W końcu ona ma dopiero trzynaście lat.
Planeta się kręci po swojej orbicie, czas mija. Miliony istnień o większej lub mniejszej dawce perwersji przeskakuje mu przed oczami, bada każdą skrętnie zawiniętą w gazety tajemnicę, sekrety, wstyd, ból, tajone ciągoty, niespełnione, niedokończone przyjemności. Małżeńskie sypialnie, burdele, squaty.
Na mgnienie oka zawisa nad jedną z alejek Miasta Kłamstw. I chyba odnalazł ciekawy obiekt. Człowiek ten ma niepewny dość wzrok, bawi się nożem w otoczeniu swych szczurzych przyjaciół. Czyhają w mrokach czekając na słabą ofiarę, podporządkowani prostym instynktom- szybcy padlinożercy. Wszyscy prócz jednego. Potrzeba obiektu by to sprawdzić.
Kaprys daleko ponad planetą porusza jednym palcem i dziewczyna w białym futrze pragnie przejść się w tak piękny wieczór. Zrezygnowała z taksówki i kolejne zachcianki kierują jej kroki w coraz bardziej wyludnione zaułki. Arystokratka bez wiedzy o mieście, bezgranicznie naiwna w swojej pewności siebie. Ma dziewiętnaście lat i świat leży u stóp jej ojca. Ale nikt nie powiedział jej, że jego władza nie sięga do ciemnych uliczek.
Już krzyczy, gdy pierwsi wyskakują z zaułków. Dokładnie tak jak tego chcieli odwraca się i ucieka w kierunku opuszczonych hangarów. Jak prehistoryczni myśliwi osaczający zwierzynę albo sfora szakali kierują ją coraz dalej tam gdzie chcą. Biegnie skrajem światła, serce tłucze jej się w piersi, wydaje się, że cienie gęstnieją wokół niej.
Cóż innego może wydarzyć się w takiej chwili jak nie banalny upadek? Chropowate kamienie nigdy nie odnawianych uliczek zostawiają ślady na jej rękach. Nowe uczucie dla wychowanej pod kloszem. But jednego z napastników miażdży jej dłoń sięgającą do torebki po shockgun.
Ho, ho! Wygląda na to, że nowym wrażeniom nie będzie dziś końca. Kaprys obserwuje, nie musi już robić nic poza syceniem oczu spektaklem.
Na scenie pojawia się główny aktor. Król zaułków, blondyn, lewa połowa jego twarzy jest pokryta tatuażem. Tekst, w którym pojedynczą frazą wpleciono pomiędzy okultystyczne zaklęcia by tłumaczyć jakiekolwiek wątpliwości tym, którzy mieliby je, co do stanu umysłu jej właściciela.
„Soy loco y que pasa con eso”.
Nie zdążyła jednak dokładnie przyjrzeć się napisom, zwinęła się pod kopniakiem. Podnosi głowę. Blondyn ma nóż, wąski i lśniący. Jak zahipnotyzowana wpatruje się w niego, gdy przybliża go do jej twarzy. Uśmiecha się do niej, tak niewinnie, uspokajająco.. Dwa cięcia rozrzynają jej blade policzki. Pisk.
Po jego sługach rozchodzi się jęk zawodu- tym razem chcieli mieć nietkniętą. Przywódca sfory rzuca im ostrzegawcze spojrzenie, nikt nie ośmiela mu się przeciwstawić.
On zaś siłą odrywa jej ręce od broczącej twarzy i unieruchamia przy bokach. Najpierw grozi palcem, gdy się szamocze potem uderza pięścią w twarz.
Przytrzymując nóż na jej gardle wtula twarz w jej złociste włosy. Szeptem opowiada jej wszystko, co zrobią, nie pomijając niczego wraz ze szczegółami sposobu pozbycia się ciała. Umrzesz a nikt nie zapłacze, mówi.
Wbrew temu, czego można by się spodziewać po wychowanym na ulicy mordercy nie zrywa z niej gwałtownie ubrania i nie bierze jej na oczach swoich ludzi. Podnosi jej zmaltretowane ciało i przenosi do wnętrza jednego z opuszczonych budynków. Wewnątrz kładzie delikatnie na stercie gazet i szmat i zamyka drzwi.
Jego ludzie czekają w uliczce. Wyszarpując sobie nawzajem łupy z torebki od czasu do czasu uśmiechając się, gdy słyszą przeszywające krzyki dziewczyny.
Kaprys ma przyjemność oglądać to, czego im wzbroniono. Jak zawsze pełen admiracji dla ludzkiej pomysłowości obserwuje jak biała lilia pokrywa krwawymi smugami nacięć. Jak walczy pod nim, krótko. Potem już tylko wije się. Jęczy. W końcu może tylko dyszeć.. Łzy mieszają się z krwią. Te, których on nie zlizał spływają po jej twarzy. Krew wsiąka w gazety. Kaprys widzi wszystko i patrzy prosto w jej puste oczy utkwione w odrapanym suficie. Rozkosz.
Dużo później drzwi otwierają się a nagi Król Szczurów rzuca swoim poddanym ochłap do zabawy.
Wróciwszy do budynku patrzy jeszcze na odciśnięty w zakrwawionym kopcu kształt jej ciała.
Gdyby nie to, że jego organizm zajmuje teraz także inna świadomość miałby nikłe szanse by wyrecytować pasujący fragment wiersza. Bardzo prawdopodobne, że nie zdołałby przypomnieć sobie żadnego. Dlatego, podczas gdy jego własna tożsamość roztapia się a daimon jak rzeźnik wycina z niej co bardziej soczyste kawałki które odłoży na później, podczas gdy tatuaże na jego twarzy zmieniają miejsce jakby były okami tłuszczu na powierzchni zupy, jego ustami mówi Kaprys.
Gdym porą nocną
W to ustronie
Przyszła, mój miły już tam był
Tulił mnie mocno
Na swym łonie
Dotąd mam słodycz w głębi żył
Czy całował? Rozdział z chust?
Patrz na czerwień moich ust!
I poszedł łoże
Popod lasem
Z przeróżnych kwiatów usłać nam
Śmiałby się może
Ktoby czasem
Przechodził i przystanął tam
Zaraz by po różach zgadł
Mej leżącej głowy ślad...
_________________
 They call me Sami the Sick. And I'm spitting fire with might.
|