Taca była wyładowana po brzegi. Kaelidan westchnął, próbując ułożyć ostatnią puszkę z kocim żarciem na stosiku tak, żeby wszystkie nie rozsypały się z brzdękiem. Muszę sobie uszyć porządną torbę, pomyślał. Uszyć! Śmiech pusty elfa ogarniał na samą myśl. Nie ma co, dostała mu się faktycznie idealna fucha dla elitarnego wojownika, absolwenta Królewskiej Akademii - z wyróżnieniem! - znającego trzydzieści siedem sposobów na pokonanie przeciwnika gołymi rękami. Został gosposiem.
Kiedy świeżo po rozdaniu dyplomów w ślicznym stroju galowym opuścił mury szkoły (za mundurem panny sznurem, o, tak) i od razu dostał wezwanie do stolicy, myślał, że złapał Matkę Świata za nogi. Kiedy zobaczył swój przydział - wiocha zabita dechami daleko na południu - mina mu nieco zrzedła. A kiedy dowiedział się, jakie będzie miał obowiązki... Cóż, wieloletni trening nauczył go nie ulegać instynktom, ale elf naprawdę miał ochotę kogoś udusić. Najlepiej Tę Koszmarną Babę.
Baba na pierwszy rzut oka wydawała się całkiem sympatyczna. Ot, niewysokie, drobne dziewczątko o szczerym uśmiechu i miłym - chociaż może nieco roztargnionym - spojrzeniu. Na drugi rzut oka z Baby wylazło coś takiego, że Kaelidan większość siły woli zużywał na powstrzymanie się od wyrządzenia jej ciężkiej krzywdy.
Już pierwszego dnia Baba oprowadziła elfa po budynku (tu mieszkasz, tu jest kuchnia, łazienka, na strychu biblioteczka, podziemia zajmuję ja, do laboratorium nie wchodź bez pukania, bo coś ci może odgryźć końcówki uszu, jasne?), po czym wręczyła klucze do spiżarni i ulotniła się szybko, rzucając na odchodne 'to zajmij się kotami, bo ja mam bardzo absorbujący projekt.' Ot, koty. Miłe stworzonka. Teoretycznie w domu rezydowały tylko cztery, ale jako, że Baba rozpływała się nad każdą kocią bidą w okolicy, futrzaki szybko zorientowały się, że mają tu darmową jadłodajnię. Kaelidan znienawidził je od pierwszego wejrzenia, a one wchodziły mu na głowę, wyczuwając szóstym zmysłem, że nic nie może im zrobić.
Poza tym Baba miała zwyczaj zapominania o całym świecie, kiedy miała jakiś ciekawszy projekt, do posiłków trzeba było ją właściwie zmuszać (tak, tak, zaraz przyjdę), najchętniej nosa by nie wyściubiła zza drzwi pracowni. Białowłosa, szarooka, w fartuchu - wyglądała jak osobliwa wersja białej damy. Duch w laboratorium. Niby dzięki temu Kaelidan miał dużo swobody, ale na litościwą Matkę, nudził się niemiłosiernie. Nawet tropikalny klimat mu tego nie rekompensował, w końcu ileż można siedzieć na plaży.
Wyglądało jednak na to, że kobieta polubiła nowego współlokatora, bo każda prośba o przeniesienie (elf słał je regularnie raz na dwa tygodnie) wracała z odmową. Potem był ten wypadek w pracowni - naprawdę myślał wtedy, że zginie - po którym wysłał do stolicy już nie prośbę, ale błaganie o zezwolenie na powrót. Widać jednak kierownictwo miało własne problemy, bo zanim dostał jakąkolwiek odpowiedź, Baba wróciła. Zaskoczyła go nad obiadem, mało się nie zakrztusił, ale zanim zdołał się jako-tako pozbierać, dziewczyna poklepała go po plecach, rzuciła tylko 'jestem na dole' i zniknęła w laboratorium.
Jednak coś się zmieniło. Białowłosa zaczęła wynurzać się ze swojego królestwa, żeby porozmawiać, ugotować coś, czy nawet iść na plażę. Raz na jakiś czas zabierała go do miasta, nareszcie trochę kultury! Kaelidan co prawda wciąż nie wiedział, po co dziewczynie ochroniarz, w dodatku - nieskromnie mówiąc - jeden z najlepszych w królestwie, ale już nie protestował. Galowy mundur wisiał w szafie, aż go mole nie zjadły.
***
Mimo wytężonych wysiłków, mech nie chciał grać. To było frustrujące. Irian trząchnęła zielsko patykiem, w odpowiedzi otrzymując modulowany pisk, od którego probówki zatrzęsły się na stojaku. Skrzywiła się z niechęcią. Gdyby to od niej zależało, wyrzuciłaby cały eksperyment w diabły i zajęła się czymśproduktywnym... Niestety, od kiedy obcięli jej dotację, musiała dorabiać na boku, robiąc fuchy dla różnych bogatych pomyleńców. A jeden taki wymyślił sobie ustronny zakątek w cienistym ogrodzie, pokryty mchem, który cicho gra delikatne melodie, zależnie od pory dnia, roku, nastroju i cholera wie, czego jeszcze. Dziewczyna zastanowiła się chwilkę, po czym wlała do pojemnika z roślinką jakąś błękitną substancję. Znów dźgnęła patykiem, najostrożniej jak się dało. Mech odegrał fragment "Dla Elizy" i Irian już odprężyła się odrobinę, kiedy muzykę przerwał dziki okrzyk złoooo-dziiij! kraaaa-dnooom!. Dziewczyna zaklęła pod nosem i zatrzasnęła nad całością projektu dźwiękoszczelną pokrywę. Widocznie jednak użycie mchu alarmowego było złym pomysłem, był zbyt mocno uwarunkowany. Trzeba będzie zacząć od początku.
Zdjęła fartuch i rzuciła go byle jak na krzesło. Czas na kolację. Otworzyła drzwi, po czym raptownie zatrzymała się. To uczucie, jakby coś się w niej obudziło i poruszyło... Zdążyła tylko pomyśleć no, świetnie, a potem jej sposób postrzegania świata zrobił się znacznie bogatszy.
Gdzieś daleko coś było nie w porządku. Bardzo nie w porządku i bardzo daleko. To musiało być potężne zaburzenie równowagi. Poczuła nagły przymus.Naprawdę mam iść? - westchnęła. Przymus nasilił się, ale jednocześnie napłynęło wrażenie czegoś znajomego. Irian poszukała w pamięci i podniosła głowę, zdziwiona. No dobrze, daj mi pięć sekund - rzuciła się do biurka, złapała kartkę, nabazgrała na niej szybko kilka słów, po czym przestała opierać się wezwaniu.
Nie było żadnych efektów wizualnych ani dźwiękowych - po prostu zniknęła.
Kaelidan był coraz bardziej zniecierpliwiony. Już dawno nie musiał tyle czekać z kolacją. Wiedział, że dziewczyna ma jakieś paskudne zlecenie, ale ileż można? Od stukania palcami w stół bolały go już opuszki. W końcu nie wytrzymał, zerwał się z krzesła i poszedł na dół, powiedzieć pracodawczyni kilka słów prawdy.
Otwarte drzwi do laboratorium zaskoczyły go bardzo. Irian zawsze zamykała pracownię, bo często zostawiała na wierzchu jakiś rozgrzebany eksperyment, a jak wiadomo kot wszędzie mordę wetknie... O, właśnie, jeden już dobrał się do zlewki z czymś niebieskim. Kaelidan podniósł futrzaka, który otworzył pyszczek, jednak zamiast jakiegoś dźwięku normalnego dla czworonogów, wydobył z siebie kilka taktów muzyki klasycznej. Elf parsknął śmiechem - a było tu nos wsadzać? - i wystawił kota za drzwi, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie było widać żadnych śladów walki, za to na biurku leżała kartka.
KIEDYŚ WRÓCĘ (mam nadzieję) IRI
Kaelidan przewrócił oczami. Tak, to bardzo uspokajająca wiadomość.
Planowałam tego posta wieki temu, miał przenieść moją postać do jakiegoś questa, ale cóż, nie zmobilizowałam się nigdy. Teraz przenosi moją postać do innego multiwersum. Sija. :>
|