„…i proszę państwa drony zaczynają ostatnie okrążenie” słyszysz głos komentatora. Stoisz na środku toru, na wpół oślepiony przez światła stadionu. Z na przeciwka zbliżają się wściekłe pojazdy, bez kierowców, bez woli. Łowisz uchem ryk silników. Najbliższy mknie prosto na ciebie. Coraz bliżej, pisk opon i świat gaśnie. Gdzieś tam dzwoni twój commlink. Serce ci bije szybciej, ale powoli zaczynasz czuć pewne odprężenie, oddychasz wolno. Ściągasz hełm VR i w wpadającym przez okno słabym świetle ulicznych latarni wstajesz z fotela. Małe urządzenie na stoliku świeci i podskakuje jak oszalałe. Podnosisz je i kciukiem wciskasz guzik. Z głośnika dobiega znajomy sygnał łączenia z siecią, a potem długi, ostry dźwięk, który rani twe uszy. Jesteś przez chwilę zahipnotyzowany, w głowie czujesz kompletną pustkę. Potem niby automatycznie wyłączasz commlinka. I wracasz na fotel. Wlepiasz wzrok w przeciwległą ścianę, na której wisi plakat z wielką żółtą uśmiechnięta buźką. Tak nieludzką. Poniżej plakatu, na podłodze stoi otwarta butelka. Zauważasz, że zaczyna nagle drzeć. Gdzieś z oddali zbliża się ciche bębnienie. Powtarzające się nie przerwanie tudu tudu. Uśmiechasz się do emota naprzeciwko. Nie dopadną cię. Teraz buźka robi się smutna, spogląda na ciebie tymi czarnymi pustymi kropkami. Ale ty masz przecież w dłoni pistolet. On zawsze tam jest. Przykładasz go do skroni. Bębnie nabiera tępa, jakby chciało cię dogonić. Jest blisko, jest już prawie. Pociągasz za spust.
Smoga obudziła syrena przejeżdżającego pociągu.. Ziewając, przeciągnął się na tyle na ile pozwalała mu przestrzeń na siedzeniu kierowcy vana. Znajomy, nieświeży smak w ustach. W samochodzie jak i na zewnątrz było już prawie totalnie ciemno. Okolica wyglądała na opuszczoną, jakieś niszczejące bloki, brudne ulice, porozbijane latarnie. Tylko gdzieś po drugiej stronie ulicy paliły się światła i półtorametrowy neon hotelu Sahara. Zegar na wyświetlaczu wskazywał godzinę dziewiętnastą z minutami, co znaczyło, że musiała być jesień, bo śniegu jeszcze nie było. Z głośników w samochodzie leciała cicha muzyka.
Message in a bottle Message in a bottle
Walked out this morning, don’t believe what I saw Hundred billion bottles washed up on the shore
Smog gdzieś za sobą usłyszał chrapanie. Włączył górną lampkę i rozejrzał się po wnętrzu wehikułu. Po swojej prawej ujrzał, śpiącego z głową opartą o szybę, nocnego elfa. Z tego, co pamiętał Dynast, bo tak zwał się ów osobnik w rozpiętym płaszczu i czarny lekko przekrzywionych okularach, był technomancerem, duchem sieci. On nie serwował po matrycy, on w niej żył. Spotkali się, kiedy Smog szukał po sieci używanych commlinków. Na kolanach elfa rigger dostrzegł leżące kolorowe zdjęcie. Wynalazek z przed wieku. Przedstawiało jakąś postać na tle jakieś znajomego budynku. Ktoś znowu zachrapał. W drugim rzędzie foteli siedział krasnolud. Sadha miał dziwną karnację skóry, spory nos i wiązaną w trzy kucyki brodę. Przybył do UCAS z daleka, chyba bliskiego wschodu, jak ten obszar nazwali Europejczycy. Dla kogo blisko, dla tego blisko. Sadha nie chwalił się zbytnio przeszłością. Mówił, że ważne, że jest twardy oraz umie strzelać i to ma wystarczyć. Za nim w dziwnej pozycji drzemał Arkadij, chyba był ruskiem. Pewnie z jakieś wsi przyjechał, bo o matrycy o miał mniej więcej pojęcie, jak o balecie. Poza tym wozi się w czarnym mundurze. Nie golił się chyba od wczoraj. No i wreszcie ostatni rząd foteli. Niestety z pozycji kierowcy można było dojrzeć tylko leginsy i drobne stopki z założonymi na nie skarpetkami w paski. Pod siedzeniem walały się kozaki. Ktoś najwyraźniej się rozłożył z tyłu, aby było wygodniej. Właściwie skąd się tu wzięli? Smog pokręcił głową. Nie pamiętał nic z ostatnich kilku dni. Zupełna pustka. Gdzieś w oddali nadjeżdżał autobus.
_________________
Overcoming obstacles is my business. And business is good.
Avatar powstał dzięki uprzejmości tego .
Last edited by Windukind on Wed Oct 11, 2006 11:06 pm, edited 1 time in total.
|