Walka stała się wspomnieniem, kolejną z setek tysięcy chaotycznych, szalonych rzeczy które nastąpiły na tej planecie. Zalany mrokiem glob był w istocie, pamiętliwą bestią. Tkwiąc w żelaznym ucisku Scylli, można by rzec że dosłownie. Nowe wspomnienie zasiliło tysiące innych, w których krew, szaleńastwo i śmierć było normą. To był sposób na życie kosmosu. A nawet jeśli nie, to kto to wiedział? Gdzie można było to ujrzeć?
Eksplozja okobomb nie przebiła się przez powierzchnię pancerza okalającego ten świat, co najwyżej wgniatając parę pagórków. Sczerniała powierzchnia Scylli wkrótce zregenerowała się. Wyjąca wichura omiatała byłe pole bitwy, jak każdą inna powierzchnię na planecie. Piorunu przebijały się przez atmosferę, łącząc mroczne niebo z martwą ziemią. Jak wszedzie.
Tętno Nomady.
Gdy ARek poczuł chłód powietrza, uniósł głowę i nieprzytomnie powiódł spojrzeniem po horyzoncie. Spojrzeniem Kaprysa.
"Blizny" na masce zniknęły, zastąpione pojedynczymi czarnymi wiązkami. Układały się we wzór zadziwiająco podobny do tatuażu.
"... nie sły..."
Wiązki ciemnosci oplatały go. Przypominające ziarnka piasku cząsteczki łączyły się, wzmacniając go, odradzając. Czyniły to jednak znacznie wolniej niż zwykle.
"... czy..."
- Słyszę cię, Sahaqiel - syknął głos bardzo podobny do tego, jakim obdarzony był Daimon. W jednej chwili ogarnęła go chęć chwycenia za topór i wyjaśnienia temu cholernemu Zhentarrowi który nie był nawet Zhentarrem paru kwestii przy pomocy środka którego na pewno zrozumie!
Wykształcił powieki i przymknął oczy, chłód wiatru osłabił się.
Kaprys wysadził się, nie żył. Mało powiedziane! Sądząc po rozmiarach eksplozji, ARek mógł śmiało poszukiwać jego atomów u samego diabła w dupie.
Zacisnął pięści, wściekły na czym świat stoi. Zdawał sobie sprawę że fala emocji, która przez niego przebiegała, dziwaczne głosy, echa nowych wspomnień, żądza, szaleństwo, furia... to wszystko wspomnienia osobowości jego oponenta. Nie mógł sie jednak powstrzymać przed zanurzeniem w wariackim świecie Kaprysa, podobnie jak tamten nie mógł zrobić tego samego. Zaśmiał się głośno, stwarzając konkurencję dla wyjącego wiatru.
Na końcach nowowykształconych palców pojawiły się pazury, które wbiły się w dłonie, wywołując iskrę bólu.
ARek zorientował się o zamiarach Kaprysa gdy tkwił w jego czułym uścisku, na moment przed tym jak ten zapragnął poczuć się jak Boski Wiatr. Helian poraz kolejny skoczył, lecz nie całym sobą. Z jego karku wystrzeliła wić, żądło które zagłębiło się w gardle daimona, po czym dotarło do mózgu. Tam rozszczepiła się na tysiące, które w efekcie rozszarpały i pochłonęły jego osobowość, wspomnienia, ego i duszę.
A wszystko w ciągu niecałego ułamka sekundy.
Kaprys był jego.
Dlaczego zatem nie czuł się zwycięsko? Właśnie, dlaczego? DO jasnej cholery dlaczego?! Pokonał go, zniszcyzł, on stał, on nie! To wystarczyło, skarbie!!!
- Może dlatego, bo nie wygrałeś? - spytał się Sahaqiel w jego głowie. Głośno. Wyraźnie.
- Stoję na nogach... prawie - stwierdził ARek, starając się aby w jego głosie było słychac beztroską nutę.
- Jednak to on zadał ostatni cios. I kto poza nim został rozbity na części pierwsze? - doszedł kpiący głos Zhentarra- No, ja jestem w całkiem świeżym stanie.
Głos nakazujący zniszczenie woli Sahaqiela wycofał się wgłąb czaszki ARka. Po dłuższej chwili zamilknął na wieki.
Shinigami stanął chwiejnie. Jego ciało było parę momentów temu spalone, rozszarpane na sztuki. Odrodzenie i regeneracja... musiały jeszcze trochę potrwac. W duchu dziękował za wiszący nad światem SH, blokujący dostep światła. Gdyby znajdowali się na jakiejś oświetlonej słońcem planecie... no, wolał nie wiedzieć co by się stało.
Chociaż wiedział...
Musiał przyznać potworowi, że był jednym z najtrudniejszych do opanowania. Musimy mu to przyznać, skarbie.
Otworzył oczu. Tym razem swoje, bladoniebieskie, bez tęczówek. Poczuł się silniejszy. Za chaos w swoim organiźmie i umyśle obwinił spaczoną psychikę Kaprysa połączoną z nagłym zaburzeniem życia... rozwaleniem na cząstki, znaczy się.
- Daj sobie zadać pytanie... - Czuj sie wolny aniołku, umilisz mi czas - wyszeptał Helian, na przemian napinając i rozluźniając wszystkie cząstki ciała.
- Dlaczego nie zwolniłeś większej mocy? Mogłeś to spotkanie zakończyć jednym uderzeniem. Ten cały daimon nie miałby czasu zeby cokolwiek powiedziec, nawet gdybyś nie użył magii - w głosie Sahaqiela pojawiła sie irytacja - więc dlaczego? Jedno uderzenie!
- Nie mam ochoty żeby wszyscy na tej planecie wiedzieli od razu co potrafię - odparował.
- Dobrze wiesz ze nie chodzi tylko o to. Więc co?
Helionis wstał. Zauważył, iż był nieco wyższy po odrodzeniu, co szybko skorygował. Wężowe cienie wciął bezszelestnie okrążały go, w przeciwieństwie do natarczywego, siekącego wiatru. Nie odczuwał już jego chłodu, odczuwał zaś to, co chciał. Tętno planety, wciąż żywej. Szept dawno umarłych, oraz pomruk Scylli, niesłyszany dla tych, którzy nie dotykali lini życia. Płaszcz, odrodzony jak on sam, falował.
Lord Łaknienia wyprostował się i mrugnął. Oczy daimona wpatrzyły się w horyzont.
- Taki kaprys.
|