- To nie są moje wcielenia. - jedną ręką trąc brodę lisy podniosły się. Każdy następnie podniósł z popiołów ułomek miecza- to ja. I tylko ja. Albo aż.
Zamigotał i teraz pośród szarego pustkowia stał tylko jeden Caibre, jak najbardziej lisowaty. Miecz, który dzierżył, również był kompletny. Idealny.
-A ty, stary durniu, wiesz tyle, a nie wiesz przy tym nic.
Rzucił się na niebieskiego...
Distant sparował pierwszy atak, odbił wysoko drugi, trzeci trafił pustkę. Jeśli Caibre był szybki niczym wiatr, Distant był jak woda - unikał, parował, czasem kontratakował. Gdy lis zniknął, by zadać wredny cios w plecy, Distant wypuścił kryształową klingę, zawirował w iście tanecznym piruecie, po czym złapał ponownie drugą dłonią - teraz trzymał już dwa miecze, wirujące wokół jego szczupłej sylwetki.
Caibre jedynie roześmiał się i zaczął naciskać mocniej.
Każde trafienie zakończyłoby się natychmiastową śmiercią, unicestwienieniem istnienia.
Sęk w tym, iż było to niemożliwe.
---
Tymczasem Raflika zaczęła potwornie boleć głowa. I nagle stwierdził, iż przynajmniej na pewien czas diadem zamienił się jedynie w efektowną ozdobę.
Co miało pewne konsekwencje..
Bestia spojrzała na Raflika. Raflik spojrzał na bestię.
-Ups.
Aria jedynie uśmiechnęła się szeroko.
_________________ A little overkill won't hurt anyone
|