Przebudzony gunslinger podniósł wzrok w górę. Przez chwilę mamrotał coś pod nosem, kontemplując rozwiewające się, szare chmury. Był kompletnie głuchy na słowa Payatza, Trana i małej demonicy. W tej chwili był pogrążony w swoistym transie, jakie wywarła na nim irytujący, brzemienny w skutkach czyn jakim było zniszczenie jego dwóch rewolwerów, symbolów zarówno jego profesji, walki o byt, jak i celu. Później, z perspektywy czasu mógłby to ocenić jako przejaw losu, coś co musiało się stać.
Ka.
Pieprzone, przeklęte Ka. Chłopiec dla bicia dla starych bab tłumaczących tym każde zdarzenie na ich drodze, ulubione wytłumaczenie głupców i mędrców. Nasłuchał się zawsze ile winy leży w drodze przed nim, zarówno na zamkach Gilead, miastach płonących od furii Dobrego Człowieka, w każdym zakichanym zakątku Świata Środkowego z jakiego się wywodził. Mało kto widział grzech bliźniego, a nawet jeśli on istniał to jakie to miało znaczenie? Takie przeznaczenie, stary. Tak musiało być i ty tego nie zmienisz, unieś głowę i idź dalej, kurwa. To nie było w porządku, prawda? Z lekkim zdumieniem znalazł swojego świeżo skręconego, pomiętego papierosa. Z roztargnieniem potarł twarz chropowatą rękawicą z jeleniej skóry i uniósł skręta do ust. Z kieszeni płaszcza wyjął zapalniczkę i dojrzał kolejną rzecz, która wprawiła go w radosny nastrój. Wciąż głuchy i ślepy, podniósł z ziemi czarny, lśniący pocisk. Pobrudzona, ołowiana powierzchnia była na wpół zagrzebana w piachu. Pocisk wytopiony z Czarnej Trzynastki, jednej z Krzyształów Czarnoksiężnika najwyraźniej ocalał. Gdy o tym pomyśleć, wszystkie które tkwiły akurat w bębenkach musiały leżeć porozrzucane po okolicy.
Helionis uśmiechnął się szeroko do siebie, podnosząc go sobie na poziom wzroku. W tej chwili w jego głowie szalała dzika bestia, rozgoryczona i żądna krwi. Tama na rzece jego zdrowia psychicznego chwiała się, trzymana z trudem tylko przez wpojoną mu, żelazną dyscyplinę. Niepokojony przez nikogo, trzymając nabój pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym, wycelował go w głowę homnukulusa. Głosy w jego głowie ucichły, a zamiast tego poczuł w ręce lekkie drżenie. Dotyk. - Niespodzianka, dupku.
Kula trafiła niczego nie świadomego sztuczniaka w podstawę czaszki, jednak nie miało to znaczenia. Czarny nabój zagłębił się w ciele, przebijając przez kolejne warstwy sztucznej, infernalnej tkanki aż do momentu, gdy uderzył w kość. Oczy stwora zeszkliły się momentalnie, a czarny błysk wydostał się z jego ust, oczu i uszu. Chwilę potem głowa i górna część ciała stworzenia zniknęły, momentalnie spopielone i rozwiane przez szalejącą burzę, ktorej centrum był nabój. Zanim Songispene zdążyła się odwrócić, więcej niż połowa ciała Pastulia stała w ogniu, wypalającym wszelkie istnienie i wspomnienia po nim. Zanim zdążyła zareagować, w miejscu gdzie znajdował się jej homnukulus leżał tylko czarny, matowy nabój.
Z furią w oczach odwróciła się do Helionisa, gdy ten siedział na pieńku z drugim znalezionym nabojem, trzymanym w ten sam sposób co pierwszy i wycelowanym w nią. - Zrób cokolwiek dziewczyno, pomyśl o jakimkolwiek zaklęciu a spotka cię to co niego. I wierz mi, nie ma żadnego boga, żadnej sztuczki która przywróciłaby kogokolwiek po tym maleństwie. Uśmiechnął się na poły szaleńczym uśmiechem, jednak w jego oczach płonął gniew. Ciężki, ludzki, bardzo wkurwiony gniew. - Nigdy nie wkurwiaj ludzi pragnących pokoju, tak jak ja przed kilkoma chwilami. Bo to my najmocniej potem kopiemy, co potwierdzi twój kompan, o ile tam gdzie go wysłałem można jeszcze wydawać jakiekolwiek odgłosy. Uniósł drugi, gotowy nabój. - Got that, bitch?
_________________ Have no fear, shadow ass is here!
|