Teoria Wzrostu
Re: Teoria Wzrostu
Dzień 19 Sobota Baza Psiej Ligi.
Demuslim był lekko poirytowany. Właściwie nie miał co się okłamywać. Był wkurwiony i to chyba tylko dzięki długiemu doświadczenia zarządzania w ekstremalnych sytuacjach. Grupa Psio Ligowców została zebrana jeszcze tej samej nocy. Wszyscy siedzieli cicho przy stole czekając na burzę.
- Wszyscy już pewnie wiecie, co się dzisiaj stało. Złamano ponad sześć zasad panujących w Psiej Lidze. A to między innymi wysoki poziom organizacji wyróżnia nas wśród innych grup.
- W porządku. Dzisiejszy alarm zwraca uwagę, że jesteśmy w sytuacji wymagającej sporej poprawy. Psia Liga jest organizacją uczącą się, więc według procedury zatrzymujemy wydobycie i wyciągamy wnioski. Tym bardziej, że przyszły tygodniu będziemy mieli mniej czasu. Dojdzie trzecia kopalnia i dostawa maszyn z Khartum. W tym momencie nie będzie czasu na poprawianie podstaw - Demuslim wziął łyka wody ze szklanki i przyjrzał się oświetlonym przez jarzeniówki twarzom zgromadzonych. Sięgnął do pliku kart z instrukcjami i podał jej do rozdania najbliżej znajdującej się osobie.
- Jutro – ciągnął dalej – przeprowadzimy kontrolę – Zaczniemy od pięć S. macie dokładnie przejrzeć każde pomieszczenie w bazie i kopalniach, zrobicie listę rzeczy, które mają się tam znajdować i usunąć pozostałe. Powtarzam, nic co nie jest potrzebne na danym stanowisku nie powinno się tam znajdować. Czystość to jedna z najważniejszych podstaw efektywnej pracy. Miejsca poszczególnych przedmiotów oraz narzędzi mają zostać opisane i oznaczone. Samo ich rozmieszczenie ustawiane, jak najbliżej punkt pracy. Dodatkowo wszystko ma zostać wyczyszczone. Od teraz po każdej wachcie będzie sprawdzany porządek. Szczególnie w kwaterach głównych. Po drugie, należy zlokalizować niebezpieczne miejsca i albo je zabezpieczyć albo widocznie oznakować. Żadnych lamp parafinowych w centrum dowodzenia, nawet nie chcę wiedzieć, kto wpadł na taki pomysł. Po trzecie odzież robocza, każdy pracownik ma nosić odpowiedni uniform z oznakowanie funkcji i dostępu. Nie wpuszczamy osób nie będących Psio Ligowcami do pomieszczeń takich jak laboratorium, archiwum czy sal plannerów. Wydobycie wstrzymuję do wtorku. Poniedziałek przeprowadzicie dokładne szkolenia z pracownikami. Dzisiaj jest problem, bo mamy sporo pracy jak na taką grupkę. We wtorek ma go już nie być. Lepiej się zatrzymać niż pełzać w bagnie – wziął głębszy oddech – wyśpijcie się i ogarnijmy to wszystko.
Grupka zaczęła wstawać i się rozchodzić do budynków mieszkalnych.
-Adamie zrobiłeś kopię dokumentów?
Khajlit kiwnął głową i wyciągnął drugą kopię na stół. Oryginały bezpośrednio trafiły do laboratorium w celu analizy. Demuslim, mimo wysokiego poziomu wiedzy, był tylko taktykiem i podejmował część decyzji na podstawie ekspertyz grupy inżynierów, samemu nie wchodząc zbyt głęboko w szczegóły.
Dzień 21 Khartum, biura agencyjne PL
Arrain przeszła przez gwarny hol wprost do biurka swego sekretarza.
- Cyprianie - zwróciła się do bruneta z kręconymi włosami – możesz mi wyszukać agencje celne z siedzibą w Khartum i okolicach naszej kopalni, tuż przy moście na wschodni kontynent. Pamiętam, że widziałam z dwie oferty. Jedna z nich powinna mieć status zaufanej organizacji. Skoro musimy poczekać lepiej podpisać umowę z nimi. Tym bardziej, że czeka nas i tak sporo eksportów na wschód. – Jasne, daj mi chwilę – mężczyzna poprawił okulary i postukał w klawiaturę komputera.
- A przy okazji odpisz Urzędowi Głównemu w Khartum, że nie sprawdziliśmy dokładnie nasze rachunki i inwestycje i nie niestety nie zasponsorowaliśmy żadnego magazynu miastu. Muszę mieć jakąś pomyłkę. Tydzień temu oficjalnie autoryzowano nam skład celny, ale jest on przy kopalni, a nie w mieście. Musieli zrobić jakiś błąd.
- Prześlę. Mam adres tej agencji. Umówić Cię na jutro?
- Odpada, mam już zapełniony grafik. Może być środa, nie śpieszy nam się.
Dzień 21 Orkadis, rezydencja Ashley Shirley Hole
Ashley Shirley Hole, zwana wśród znajomych po prostu „Dziurką” weszła do gabinetu swojej rezydencji, niosąc pudło po brzegi wypełnione dokumentami. Postawiła lampę naftową na wolnym kawałku stołu. Była kobietą, więc nie widziała żadnego problemu w takim ustawieniu. Następnie zaczęła rozkładać i segregować papiery. Gruby plik dokumentów, który był na stole przesunęła na bok. Były to bardzo ważne dokumenty ze spotkania rady. Miała je przejrzeć jeszcze tego samego wieczora.
Kiedy skończyła układanie, poszła po drugie pudło jeszcze pełniejsze. Niestety gdy doszła do stołu, zdarzył się wypadek – jeden z jej wielu kotów przebiegł jej między nogam, pocierając o nie! Próbują złapać równowagę nadepnęła na wielkiego analnego dildo w kształcie pięści z wyprostowanym kciukiem (dla zwiększenia doznań erotycznych). Ruch, który wstrząsnął jej ciałem spowodował, że z kartonu wypadły teczki przewracając lampę, z której wylała się nafta.
W ciągu krótkiej chwili cały stół stanął w płomieniach. Kobieta przestraszyła się i z całkowicie ludzką reakcją odskoczyła z krzykiem w bok.
Pech chciał, że wybrała stronę ściany. Pod nią zaś ustawiony był drewniany regał z jakimiś alkoholami. Po uderzeniu weń przez Ashley cały regał się zachwiał i runął wprost na stół.
Całe to wydarzenie trwało zaledwie 10 sekund. Jednak kiedy regał upadł, rozbiły się szklane flaszki . Wtedy ogień buchnął, na dobre pożerając zawartość wszystkich dokumentów, pobliskie zasłony i dywan.
W tym momencie kobiecie przypomniały się w końcu zasady BHP. Rozejrzał się, ale gaśnicy nie było! A w każdym razie nie widziała jej w ogólnym bałaganie (oczywiście kontrolowanym wiadomo, że w takim gabinecie, nie będzie idealnego porządku ze względu na to, że to gabinet kobiety ). Chciała wybiec potykając się o własne nogi i zaczęła krzyczeć:
- Pożar!
Niestety ogień ojoj otoczył ją kompletnie i kiedy zaczął lizać jej mokre od potu, łaknące ciepła ciało poczuła się wreszcie spełniona. Zanim umarła krzycząc z bólu i rozkoszy zobaczyła jeszcze raz uśmiechnięta twarz swego rudego męża, którego obraz wisiał na ścianie.
Dzień 21 resztki obozowiska Żabera Ko.
Mieszkańcy Farron i ZCM byli tak skupieni przesłuchaniami zupełnie zniszczonych przez trucizny uchodźców, że nie spostrzegli braku już drugiej grupy łowczyń. Tym czasem w głównym obozie pięciu klanów, postać nosząca maskę żaby pochyliła się nad leżąca w kręgu ludzi otumanią kobietą:.
- Nie ma już. – wypowiedziała monotonnym głosem patrząc się w ziemię- Nie ma już demona, nie ma już wampirzycy. Nie ma już artefaktu.
Żaber podniósł głowę i rozejrzał się po przywódcach rodów. Nie było już sensu trzymać stojącej armii.
- Wszyscy słyszeliście. Demona już nie ma! Idzie święto płodności Xis. Każdy klan otrzyma trzy złapane kobiety z Farron. Czas, abyście wrócili do domu, a ja na wielkie bagna Ko.
- Ho Żaber, Ho , Ho, HO! - potwierdzili przywódcy.
Jeszcze w nocy klany rozpoczęły wędrówkę, aby zdążyć przed palącym słońcem dnia.
Demuslim był lekko poirytowany. Właściwie nie miał co się okłamywać. Był wkurwiony i to chyba tylko dzięki długiemu doświadczenia zarządzania w ekstremalnych sytuacjach. Grupa Psio Ligowców została zebrana jeszcze tej samej nocy. Wszyscy siedzieli cicho przy stole czekając na burzę.
- Wszyscy już pewnie wiecie, co się dzisiaj stało. Złamano ponad sześć zasad panujących w Psiej Lidze. A to między innymi wysoki poziom organizacji wyróżnia nas wśród innych grup.
- W porządku. Dzisiejszy alarm zwraca uwagę, że jesteśmy w sytuacji wymagającej sporej poprawy. Psia Liga jest organizacją uczącą się, więc według procedury zatrzymujemy wydobycie i wyciągamy wnioski. Tym bardziej, że przyszły tygodniu będziemy mieli mniej czasu. Dojdzie trzecia kopalnia i dostawa maszyn z Khartum. W tym momencie nie będzie czasu na poprawianie podstaw - Demuslim wziął łyka wody ze szklanki i przyjrzał się oświetlonym przez jarzeniówki twarzom zgromadzonych. Sięgnął do pliku kart z instrukcjami i podał jej do rozdania najbliżej znajdującej się osobie.
- Jutro – ciągnął dalej – przeprowadzimy kontrolę – Zaczniemy od pięć S. macie dokładnie przejrzeć każde pomieszczenie w bazie i kopalniach, zrobicie listę rzeczy, które mają się tam znajdować i usunąć pozostałe. Powtarzam, nic co nie jest potrzebne na danym stanowisku nie powinno się tam znajdować. Czystość to jedna z najważniejszych podstaw efektywnej pracy. Miejsca poszczególnych przedmiotów oraz narzędzi mają zostać opisane i oznaczone. Samo ich rozmieszczenie ustawiane, jak najbliżej punkt pracy. Dodatkowo wszystko ma zostać wyczyszczone. Od teraz po każdej wachcie będzie sprawdzany porządek. Szczególnie w kwaterach głównych. Po drugie, należy zlokalizować niebezpieczne miejsca i albo je zabezpieczyć albo widocznie oznakować. Żadnych lamp parafinowych w centrum dowodzenia, nawet nie chcę wiedzieć, kto wpadł na taki pomysł. Po trzecie odzież robocza, każdy pracownik ma nosić odpowiedni uniform z oznakowanie funkcji i dostępu. Nie wpuszczamy osób nie będących Psio Ligowcami do pomieszczeń takich jak laboratorium, archiwum czy sal plannerów. Wydobycie wstrzymuję do wtorku. Poniedziałek przeprowadzicie dokładne szkolenia z pracownikami. Dzisiaj jest problem, bo mamy sporo pracy jak na taką grupkę. We wtorek ma go już nie być. Lepiej się zatrzymać niż pełzać w bagnie – wziął głębszy oddech – wyśpijcie się i ogarnijmy to wszystko.
Grupka zaczęła wstawać i się rozchodzić do budynków mieszkalnych.
-Adamie zrobiłeś kopię dokumentów?
Khajlit kiwnął głową i wyciągnął drugą kopię na stół. Oryginały bezpośrednio trafiły do laboratorium w celu analizy. Demuslim, mimo wysokiego poziomu wiedzy, był tylko taktykiem i podejmował część decyzji na podstawie ekspertyz grupy inżynierów, samemu nie wchodząc zbyt głęboko w szczegóły.
Dzień 21 Khartum, biura agencyjne PL
Arrain przeszła przez gwarny hol wprost do biurka swego sekretarza.
- Cyprianie - zwróciła się do bruneta z kręconymi włosami – możesz mi wyszukać agencje celne z siedzibą w Khartum i okolicach naszej kopalni, tuż przy moście na wschodni kontynent. Pamiętam, że widziałam z dwie oferty. Jedna z nich powinna mieć status zaufanej organizacji. Skoro musimy poczekać lepiej podpisać umowę z nimi. Tym bardziej, że czeka nas i tak sporo eksportów na wschód. – Jasne, daj mi chwilę – mężczyzna poprawił okulary i postukał w klawiaturę komputera.
- A przy okazji odpisz Urzędowi Głównemu w Khartum, że nie sprawdziliśmy dokładnie nasze rachunki i inwestycje i nie niestety nie zasponsorowaliśmy żadnego magazynu miastu. Muszę mieć jakąś pomyłkę. Tydzień temu oficjalnie autoryzowano nam skład celny, ale jest on przy kopalni, a nie w mieście. Musieli zrobić jakiś błąd.
- Prześlę. Mam adres tej agencji. Umówić Cię na jutro?
- Odpada, mam już zapełniony grafik. Może być środa, nie śpieszy nam się.
Dzień 21 Orkadis, rezydencja Ashley Shirley Hole
Ashley Shirley Hole, zwana wśród znajomych po prostu „Dziurką” weszła do gabinetu swojej rezydencji, niosąc pudło po brzegi wypełnione dokumentami. Postawiła lampę naftową na wolnym kawałku stołu. Była kobietą, więc nie widziała żadnego problemu w takim ustawieniu. Następnie zaczęła rozkładać i segregować papiery. Gruby plik dokumentów, który był na stole przesunęła na bok. Były to bardzo ważne dokumenty ze spotkania rady. Miała je przejrzeć jeszcze tego samego wieczora.
Kiedy skończyła układanie, poszła po drugie pudło jeszcze pełniejsze. Niestety gdy doszła do stołu, zdarzył się wypadek – jeden z jej wielu kotów przebiegł jej między nogam, pocierając o nie! Próbują złapać równowagę nadepnęła na wielkiego analnego dildo w kształcie pięści z wyprostowanym kciukiem (dla zwiększenia doznań erotycznych). Ruch, który wstrząsnął jej ciałem spowodował, że z kartonu wypadły teczki przewracając lampę, z której wylała się nafta.
W ciągu krótkiej chwili cały stół stanął w płomieniach. Kobieta przestraszyła się i z całkowicie ludzką reakcją odskoczyła z krzykiem w bok.
Pech chciał, że wybrała stronę ściany. Pod nią zaś ustawiony był drewniany regał z jakimiś alkoholami. Po uderzeniu weń przez Ashley cały regał się zachwiał i runął wprost na stół.
Całe to wydarzenie trwało zaledwie 10 sekund. Jednak kiedy regał upadł, rozbiły się szklane flaszki . Wtedy ogień buchnął, na dobre pożerając zawartość wszystkich dokumentów, pobliskie zasłony i dywan.
W tym momencie kobiecie przypomniały się w końcu zasady BHP. Rozejrzał się, ale gaśnicy nie było! A w każdym razie nie widziała jej w ogólnym bałaganie (oczywiście kontrolowanym wiadomo, że w takim gabinecie, nie będzie idealnego porządku ze względu na to, że to gabinet kobiety ). Chciała wybiec potykając się o własne nogi i zaczęła krzyczeć:
- Pożar!
Niestety ogień ojoj otoczył ją kompletnie i kiedy zaczął lizać jej mokre od potu, łaknące ciepła ciało poczuła się wreszcie spełniona. Zanim umarła krzycząc z bólu i rozkoszy zobaczyła jeszcze raz uśmiechnięta twarz swego rudego męża, którego obraz wisiał na ścianie.
Dzień 21 resztki obozowiska Żabera Ko.
Mieszkańcy Farron i ZCM byli tak skupieni przesłuchaniami zupełnie zniszczonych przez trucizny uchodźców, że nie spostrzegli braku już drugiej grupy łowczyń. Tym czasem w głównym obozie pięciu klanów, postać nosząca maskę żaby pochyliła się nad leżąca w kręgu ludzi otumanią kobietą:.
- Nie ma już. – wypowiedziała monotonnym głosem patrząc się w ziemię- Nie ma już demona, nie ma już wampirzycy. Nie ma już artefaktu.
Żaber podniósł głowę i rozejrzał się po przywódcach rodów. Nie było już sensu trzymać stojącej armii.
- Wszyscy słyszeliście. Demona już nie ma! Idzie święto płodności Xis. Każdy klan otrzyma trzy złapane kobiety z Farron. Czas, abyście wrócili do domu, a ja na wielkie bagna Ko.
- Ho Żaber, Ho , Ho, HO! - potwierdzili przywódcy.
Jeszcze w nocy klany rozpoczęły wędrówkę, aby zdążyć przed palącym słońcem dnia.
Last edited by Windukind on Thu Apr 11, 2013 9:49 pm, edited 4 times in total.
We do not sow
Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
Re: Teoria Wzrostu
Hebi była już po kilku drinkach, kiedy do pokoju wszedł przejęty Atis, a to, że był przejęty to już coś.
- Co jest Okisz? Coś taki przejęty?
-No bo…
-Wiem, nie powiedziałam ci, co słyszałam, ano powiadają, że w kopalni straszy to, że nie mamy map i wierteł i takie tam… - Hebi kiwała się na krześle postukując szklaneczką w blat.
– Ale nic to.
- Jak to nic to? Przecież tak nie mogą pracować…
-Powiedz mi Orkisz... Kim ty jesteś...?
- No jak to, kim?
-Nooo...?
-Atlantem.
-Właśnie - Demonica wyszczerzyła kły, a Atis stał i wpatrywał się w nią jak sroka w gnat. Na twarzy powoli malował mu się ogromny uśmiech.
-Hebi, jesteś boska.
-Wiem.
............
dzień 23
Ian i reszta pracowników chodziła jak struta i niemrawa. Szeptali między sobą o demonach i duchach!
Będzie ze dwa dni jak Zeniek pojechał do zakonu po egzorcystę nic nie mówiąc Hebi ani Atisowi. Górnicy lubili swoje szefostwo. Atis napawał ich spokojem, a Hebi… Hebi była inna ale urocza na swój diabelski sposób. Można było z nią pożartować, a jak trzeba było, to i obsztorcować potrafiła aż Atis musiał ją nieraz powstrzymywać.
Często siadywali przy ognisku opowiadając o swoim życiu, rodzinach, marzeniach. Uczyli się o sobie nawzajem. Tworzyli zgraną ekipę.
...............
Słońce chyliło się ku zachodowi gdy do kopalni przyjechał Zeniek z mnichami – egzorcystami. W tym czasie Hebi z Atisem weszli do kopalni zobaczyć, co i jak. Demonica dotykała ściany chłonąc każde drganie i wibracje, Atis również był zajęty badaniem tunelu. W tem obok nich pojawiła się Skuggi:
- Witaj Demonie i ty zacny Atlancie.
-Witaj mój Płaski Przyjacielu, cóż cię sprowadza?
- Sami zobaczcie. Ale może będzie lepiej jak się ukryjemy, będzie zabawniej...- Zabrzmiało to, co najmniej dziwnie w ustach cienia.
Skuggi zlała się w cień skały, Atis zastanawiał się gdzie się schować, za to Hebi nie miała z tym problemu. Zlała się ze skałą. Spojrzała na Atlanta,który stał zagubiony rozglądając się na boki szukajał jakiegoś miejsca. Rozwinęła jedno skrzydło zagarniając chłopaka do siebie, wtopili się w ścianę. Do kopalni weszło dwóch mnichów i grupka pracowników.
- To tutaj. W tym korytarzu najczęściej „to” się pojawiało – powiedział Pietro, a Zeniek potwierdził.
Mnisi popatrzeli po sobie kiwając głowami, robiąc groźne miny rozkładali swoje przybory dotykali skał wykonując jakieś koliste ruchy dłońmi. Po chwili zaczęli zaklinać i nucić jakieś pieśni mające na celu oczyszczenie tuneli. Dymili kadzidłami na wszystkie strony, to nucąc, to wykrzykując rozkazy i nakazy, kropiąc jakąś wodą, to znów dymiąc kadzidłami. Hebi o mały włos zaczęłaby kichać, więc Atis zatkał jej nos. W powietrzu aż huczało, feeria barw wybuchła iskierkami w kopalni.
Hebi cicho szepnęła Atisowi do ucha:
- Teraz moja kolej – uśmiechnęła się diabelsko rzucając się na podłogę zaczęła wyć, kopać, pluć i parskać.
- AAAAAA! NIEE! PAAALII! TFU! ŁAAAAA! – Rzucała się po ścianach wijąc w konwulsjach. Atis z przerażeniem patrzył na to, co się dzieje, ale najbardziej zdziwieni byli pracownicy.
- Toż to panienka Hebi! Przestańcie! – Krzyczeli jeden przez drugiego, ale mnisi nawet nie mieli zamiaru przestać i z jeszcze większą werwą odprawiali egzorcyzmy. Teraz to już nawet Atis dołączył się do próśb. Podbiegł do Hebi, która już nie wytrzymała ze śmiechu:
- No dobra chłopcy koniec zabawy. Żartowałam. – Wyszczerzyła się
– Orkisz, co, jak co ale nie wiedziałam, że dasz się zrobić w bambuko. Ale dzięki ci za obronę. – Spojrzała na egzorcystów i na swoją ekipę uśmiechając się zawadiacko.
- Przepraszam chłopaki za tą szopkę, nie mogłam się powstrzymać. Tak naprawdę nie ma tu duchów ani demonów no może z wyjątkiem mnie, ale tak do końca nie jestem przekonana, czym bądź kim jestem. To ja przechadzałam się po kopalni chcąc dowiedzieć się czegoś więcej. Nie to, że wam nie ufam, bo teraz owszem, ale taką mam zasadę, że wszystko muszę sama sprawdzić.
-Panienko nastraszyłaś nas niemiłosiernie, my proste są, ale uczciwe chopy, ale była panienka świetna i taka prawdziwa w tych wyciach.
- Mam nadzieję, że się nie obrazicie, taka moja natura. Lubię pożartować.
- Ależ skąd, na panienkę nie można się gniewać.
………..
Atis wziął głęboki wdech i poszedł z powrotem do domku. Kiedy wrócił z rzeczami, rozpoczął przygotowania.
C.D.N
- Co jest Okisz? Coś taki przejęty?
-No bo…
-Wiem, nie powiedziałam ci, co słyszałam, ano powiadają, że w kopalni straszy to, że nie mamy map i wierteł i takie tam… - Hebi kiwała się na krześle postukując szklaneczką w blat.
– Ale nic to.
- Jak to nic to? Przecież tak nie mogą pracować…
-Powiedz mi Orkisz... Kim ty jesteś...?
- No jak to, kim?
-Nooo...?
-Atlantem.
-Właśnie - Demonica wyszczerzyła kły, a Atis stał i wpatrywał się w nią jak sroka w gnat. Na twarzy powoli malował mu się ogromny uśmiech.
-Hebi, jesteś boska.
-Wiem.
............
dzień 23
Ian i reszta pracowników chodziła jak struta i niemrawa. Szeptali między sobą o demonach i duchach!
Będzie ze dwa dni jak Zeniek pojechał do zakonu po egzorcystę nic nie mówiąc Hebi ani Atisowi. Górnicy lubili swoje szefostwo. Atis napawał ich spokojem, a Hebi… Hebi była inna ale urocza na swój diabelski sposób. Można było z nią pożartować, a jak trzeba było, to i obsztorcować potrafiła aż Atis musiał ją nieraz powstrzymywać.
Często siadywali przy ognisku opowiadając o swoim życiu, rodzinach, marzeniach. Uczyli się o sobie nawzajem. Tworzyli zgraną ekipę.
...............
Słońce chyliło się ku zachodowi gdy do kopalni przyjechał Zeniek z mnichami – egzorcystami. W tym czasie Hebi z Atisem weszli do kopalni zobaczyć, co i jak. Demonica dotykała ściany chłonąc każde drganie i wibracje, Atis również był zajęty badaniem tunelu. W tem obok nich pojawiła się Skuggi:
- Witaj Demonie i ty zacny Atlancie.
-Witaj mój Płaski Przyjacielu, cóż cię sprowadza?
- Sami zobaczcie. Ale może będzie lepiej jak się ukryjemy, będzie zabawniej...- Zabrzmiało to, co najmniej dziwnie w ustach cienia.
Skuggi zlała się w cień skały, Atis zastanawiał się gdzie się schować, za to Hebi nie miała z tym problemu. Zlała się ze skałą. Spojrzała na Atlanta,który stał zagubiony rozglądając się na boki szukajał jakiegoś miejsca. Rozwinęła jedno skrzydło zagarniając chłopaka do siebie, wtopili się w ścianę. Do kopalni weszło dwóch mnichów i grupka pracowników.
- To tutaj. W tym korytarzu najczęściej „to” się pojawiało – powiedział Pietro, a Zeniek potwierdził.
Mnisi popatrzeli po sobie kiwając głowami, robiąc groźne miny rozkładali swoje przybory dotykali skał wykonując jakieś koliste ruchy dłońmi. Po chwili zaczęli zaklinać i nucić jakieś pieśni mające na celu oczyszczenie tuneli. Dymili kadzidłami na wszystkie strony, to nucąc, to wykrzykując rozkazy i nakazy, kropiąc jakąś wodą, to znów dymiąc kadzidłami. Hebi o mały włos zaczęłaby kichać, więc Atis zatkał jej nos. W powietrzu aż huczało, feeria barw wybuchła iskierkami w kopalni.
Hebi cicho szepnęła Atisowi do ucha:
- Teraz moja kolej – uśmiechnęła się diabelsko rzucając się na podłogę zaczęła wyć, kopać, pluć i parskać.
- AAAAAA! NIEE! PAAALII! TFU! ŁAAAAA! – Rzucała się po ścianach wijąc w konwulsjach. Atis z przerażeniem patrzył na to, co się dzieje, ale najbardziej zdziwieni byli pracownicy.
- Toż to panienka Hebi! Przestańcie! – Krzyczeli jeden przez drugiego, ale mnisi nawet nie mieli zamiaru przestać i z jeszcze większą werwą odprawiali egzorcyzmy. Teraz to już nawet Atis dołączył się do próśb. Podbiegł do Hebi, która już nie wytrzymała ze śmiechu:
- No dobra chłopcy koniec zabawy. Żartowałam. – Wyszczerzyła się
– Orkisz, co, jak co ale nie wiedziałam, że dasz się zrobić w bambuko. Ale dzięki ci za obronę. – Spojrzała na egzorcystów i na swoją ekipę uśmiechając się zawadiacko.
- Przepraszam chłopaki za tą szopkę, nie mogłam się powstrzymać. Tak naprawdę nie ma tu duchów ani demonów no może z wyjątkiem mnie, ale tak do końca nie jestem przekonana, czym bądź kim jestem. To ja przechadzałam się po kopalni chcąc dowiedzieć się czegoś więcej. Nie to, że wam nie ufam, bo teraz owszem, ale taką mam zasadę, że wszystko muszę sama sprawdzić.
-Panienko nastraszyłaś nas niemiłosiernie, my proste są, ale uczciwe chopy, ale była panienka świetna i taka prawdziwa w tych wyciach.
- Mam nadzieję, że się nie obrazicie, taka moja natura. Lubię pożartować.
- Ależ skąd, na panienkę nie można się gniewać.
………..
Atis wziął głęboki wdech i poszedł z powrotem do domku. Kiedy wrócił z rzeczami, rozpoczął przygotowania.
C.D.N
Re: Teoria Wzrostu
-To twoja znajoma chłopcze? -Borygomos podniósł się z łoża, ostrożnie zbliżając się do okna. Warta dostanie po uszach z samego rana, tak dać się podejść.
-MWMWM!- wymamrotał skrepowany Ehren. Po pierwszej próbie uwolnienia przedsiębiorczy gangsterzy zamienili stalową linkę na kilka stalowych linek, zwykłych lin, pasów i innych utensyliów - pojmany okazał się wyjątkowo silnym skurczybykiem. Teraz jednak był skutecznie unieruchomiony, choć więzy nieco ograniczały kreatywność herszta bandy. Nie powstrzymywało to jednak postawnego mężczyznę przed próbowaniem nowych technik. A od kiedy do zestawu "związany baleronik" doszedł knebel mógł się spokojnie skupić na pracy.
By uprzedzić wątpliwości malkontentów, Borygomos mógł poświęcić się swojemu hobby w zaciszy prywatnych komnat dzięki kompetencji podwładnych. Second -in-command był niezwykle lojalny i kompetentny Mokrynos, człowiek chorobliwie chudy i poważny. Dawnej pełnił rolę księgowego Rady Kahrtum, lecz po pewnych wydarzeniach zmuszony był się w trybie ekspresowym ewakuować z miasta. Wiedza jaką posiadał okazała się bezcenna, a umiejętności nie do zastąpienia. Cała banda wykazywała wysokie poziomy inteligencji i rozwagi mimo pozoru chaosu i barbarzyństwa. Wypracowanie tego imidżu zajęło Borygomosowi lata, jednak było warto - gwardia miejska po prostu bała zapuszczać się w pobliże fortecy.
Dlatego zaalarmowany o poranku o nocnym intruzie podjął działania zdecydowane i konkretne.
W ciągu pół godziny przygotowano na największym tarasie stół z posiłkiem powitalnym, a straże poczęły nawoływać niespodziewanego gościa.
Mokrynos doskonale zdawał sobie sprawę z wartości sprzymierzeńca z gwiazd - czuł jednak w kościach niedobór zaufania do Raflika. Przeciwwaga w negocjacjach zawsze była mile widziana.
-MWMWM!- wymamrotał skrepowany Ehren. Po pierwszej próbie uwolnienia przedsiębiorczy gangsterzy zamienili stalową linkę na kilka stalowych linek, zwykłych lin, pasów i innych utensyliów - pojmany okazał się wyjątkowo silnym skurczybykiem. Teraz jednak był skutecznie unieruchomiony, choć więzy nieco ograniczały kreatywność herszta bandy. Nie powstrzymywało to jednak postawnego mężczyznę przed próbowaniem nowych technik. A od kiedy do zestawu "związany baleronik" doszedł knebel mógł się spokojnie skupić na pracy.
By uprzedzić wątpliwości malkontentów, Borygomos mógł poświęcić się swojemu hobby w zaciszy prywatnych komnat dzięki kompetencji podwładnych. Second -in-command był niezwykle lojalny i kompetentny Mokrynos, człowiek chorobliwie chudy i poważny. Dawnej pełnił rolę księgowego Rady Kahrtum, lecz po pewnych wydarzeniach zmuszony był się w trybie ekspresowym ewakuować z miasta. Wiedza jaką posiadał okazała się bezcenna, a umiejętności nie do zastąpienia. Cała banda wykazywała wysokie poziomy inteligencji i rozwagi mimo pozoru chaosu i barbarzyństwa. Wypracowanie tego imidżu zajęło Borygomosowi lata, jednak było warto - gwardia miejska po prostu bała zapuszczać się w pobliże fortecy.
Dlatego zaalarmowany o poranku o nocnym intruzie podjął działania zdecydowane i konkretne.
W ciągu pół godziny przygotowano na największym tarasie stół z posiłkiem powitalnym, a straże poczęły nawoływać niespodziewanego gościa.
Mokrynos doskonale zdawał sobie sprawę z wartości sprzymierzeńca z gwiazd - czuł jednak w kościach niedobór zaufania do Raflika. Przeciwwaga w negocjacjach zawsze była mile widziana.
Last edited by Caerth on Fri Apr 12, 2013 12:04 pm, edited 2 times in total.
My soul is still the same
But it has many names
But it has many names
Re: Teoria Wzrostu
WWWCzwarty fragment pasował idealnie. W zaciszu swojego gabinetu rektor Akademii Omnes Artes Feminarum sklejał kubek, rozbity podczas niezapowiedzianej wizyty Koranony. Sama sprawczyni szkody, żeby nie generować plot holi i konieczności pisania w przeszłości, postanowiła jeszcze trochę czasu spędzić w gościnie Akademii.
WWW- Przynajmniej do czasu, kiedy będę pisała kolejnego posta – powiedziała po zakończeniu balu.
WWWPomarańczowa wiedźma miała prawo być wykończona po przyjęciu wyprawionym przez Satsuki, gdyż do bladego świtu nie schodziła z parkietu. Rektor nie wiedział, kim była osoba, która poprosiła ją do tańca, gdy rozmawiali o Borygomosie, ale najwyraźniej był niezłym tancerzem. A po nim przyszedł kolejny i kolejny. Z resztą nie była jedyną osobą, która dobrze się tego wieczora bawiła. Więzi między uczestnikami spotkania zostały zacieśnione. Na spotkaniu nie stawił się niestety Raflik. Nie było również Arrain Volage i Kurta Lacko. Maczer, jako jedyny znaczący reprezentant Psiej Ligi, zdawał się być obecny na niej tylko ciałem. Jego myśli musiały już wybiegać do czekających go zadań, gdyż wkrótce po balu wyjechał z miasta.
WWW- Proszę – padła szybka odpowiedź na pukanie do drzwi.
WWWTe uchyliły się, ukazując po raz kolejny jedną z młodych asystentek rektora. Pod ręką trzymała teczkę zawierającą raporty z wydarzeń na Coddar. Zazwyczaj były to rutynowe doniesienia o postępach w poszukiwaniach kryształów, czy plotki dotyczące działalności podróżników na planecie. Crow kontynuował więc sklejanie kubka, gdy poprosił dziewczynę o zreferowanie zawartości dokumentów. Ta jednak wyjątkowo zaoponowała.
WWW- Proszę lepiej to na chwilę przerwać – uśmiechnęła się – wieści są zaskakujące.
WWWRektor odłożył prawie zrekonstruowane naczynie na brzeg stołu i podniósł wzrok.
WWW- Na Coddar – kontynuowała – znów pojawił się nowy awatar.
WWWMocniejszy podmuch wiatru z hukiem otworzył okno gabinetu. Firanki zatańczyły wysoko w powietrzu i oboje obecni w pomieszczeniu odruchowo spojrzeli w stronę wyszczerbionego kubka. Ten, zgodnie z zasadami zdrowego rozsądku, tkwił jednak niewzruszony na swoim miejscu.
WWW- To jeszcze nie koniec – przerwała nienaturalną ciszę asystentka. – Pierwsze, niemalże, co zrobiła po przybyciu na planetę, to kupiła byłą kopalnię Psiej Ligi!
WWWZ coraz większym zainteresowaniem Crow przeglądał teczkę z informacjami o Hebi i Atisie. Dokumenty były sporządzane ręcznie i na pierwszej stronie poświęconej kapłanowi widać było, że ktoś wykreślił literę ‘r’ z pomiędzy A i T w jego imieniu. Niezmiernie bardziej interesująca była jednak postać Podróżniczki. Wyglądało na to, że na chwilę obecną nie była skoligacona z żadną z organizacji. Po pobieżnym przejrzeniu opisu rektor wrócił do rozmowy.
WWW- No dobrze – tu poprawił okulary – a co na to Kurt Lacko? Słyszałem, że również licytował tą kopalnię.
WWW- Kurt Lacko w tym momencie był już w drodze do Orkadis.
WWW- Do Orkadis? –wyraźnie zdziwił się rektor. – Nikt go nie ostrzegł, że tam mają nierówno pod sufitem? No nie mogę – zaczął się śmiać na głos – Kurt Lacko w Orkadis. Chciałbym to zobaczyć. W zasadzie to w mieście z białymi ścianami lubią nas za edukowanie kobiet, więc może namówimy kogoś na szczegółową relację ze spotkania?
WWW- W kwestii Orkadis… - asystentka posępniała – podobno Ashley Shirley Hole nie żyje.
WWWCała radosna atmosfera wyparowała w ułamku sekundy.
WWW- Doszły nas plotki, że zginęła w czasie pożaru swojej rezydencji.
WWW- Jeśli to prawda – po dłuższej chwili zastanowienia rozpoczął Crow – to lepiej dla Kurta, żeby nigdy do Orkadis nie dotarł. W zasadzie bezpieczniej byłoby, żeby nigdy nie postawił już swojej stopy na wschodnim kontynencie. Widzisz – smutek po wiadomości ustąpił miejsca mentorskiej naturze mężczyzny i rozpoczął się kolejny wykład – jesteśmy na Coddar. Na wschodnim kontynencie kryształy nie występują co prawda w naturze, ale to niewiele zmienia. Ludzie na tej planecie po prostu nie wierzą w zbiegi okoliczności. Wizyta Kurta Lacko zbiegająca się w czasie z pożarem, w połączeniu z krańcową nieufnością mieszkańców miasta względem mężczyzn… Czytałaś Grę o Tron?
WWWAsystentka skinęła głową. Pobyt w Akademii dziewczyny ze skłonnością do TL;DR; był zazwyczaj krótki, a ona sama lubiła od czasu do czasu wysłuchać przydługiej gawędy swojego przełożonego.
WWW- Wielu może myśleć – kontynuował rektor – że Orkadis to miasto niegroźnych, odrealnionych pomyleńców, którzy sobie jeżdżą nago na koniach. Dla mnie ta idylla przypomina jednak bardziej krainę ułożoną przez Lysę Tully dla młodego Roberta. Kochajmy się i szanujmy… ale w momencie gdy przestajesz pasować – Księżycowe Wrota.
WWWW gabinecie zapanowała złowroga cisza. Nawet hulający za oknem wiatr, jakby odczytując nastroje obecnych, zamarł. Tykanie stojącego w rogu gabinetu zegara jak nigdy przypominało o tym, jak krótkie i kruche jest życie ludzkie.
WWWCzeka nas dużo pracy – tym razem ciszę przerwał rektor. – Przede wszystkim musimy uzyskać jakieś potwierdzone informacje na temat wydarzeń w Orkadis. A myślałem, że będzie to dzień samych dobrych wiadomości – zawiesił na chwilę głos. – Musimy kontynuować naszą misję. Dostałem dzisiaj raport z bramy i proszę roześlij informację do wszystkich organizacji – chwila zastanowienia – i w sumie do tej całej Hebi też.
WWWBrama będzie znowu stabilna we wtorek.
WWW- Przynajmniej do czasu, kiedy będę pisała kolejnego posta – powiedziała po zakończeniu balu.
WWWPomarańczowa wiedźma miała prawo być wykończona po przyjęciu wyprawionym przez Satsuki, gdyż do bladego świtu nie schodziła z parkietu. Rektor nie wiedział, kim była osoba, która poprosiła ją do tańca, gdy rozmawiali o Borygomosie, ale najwyraźniej był niezłym tancerzem. A po nim przyszedł kolejny i kolejny. Z resztą nie była jedyną osobą, która dobrze się tego wieczora bawiła. Więzi między uczestnikami spotkania zostały zacieśnione. Na spotkaniu nie stawił się niestety Raflik. Nie było również Arrain Volage i Kurta Lacko. Maczer, jako jedyny znaczący reprezentant Psiej Ligi, zdawał się być obecny na niej tylko ciałem. Jego myśli musiały już wybiegać do czekających go zadań, gdyż wkrótce po balu wyjechał z miasta.
WWW- Proszę – padła szybka odpowiedź na pukanie do drzwi.
WWWTe uchyliły się, ukazując po raz kolejny jedną z młodych asystentek rektora. Pod ręką trzymała teczkę zawierającą raporty z wydarzeń na Coddar. Zazwyczaj były to rutynowe doniesienia o postępach w poszukiwaniach kryształów, czy plotki dotyczące działalności podróżników na planecie. Crow kontynuował więc sklejanie kubka, gdy poprosił dziewczynę o zreferowanie zawartości dokumentów. Ta jednak wyjątkowo zaoponowała.
WWW- Proszę lepiej to na chwilę przerwać – uśmiechnęła się – wieści są zaskakujące.
WWWRektor odłożył prawie zrekonstruowane naczynie na brzeg stołu i podniósł wzrok.
WWW- Na Coddar – kontynuowała – znów pojawił się nowy awatar.
WWWMocniejszy podmuch wiatru z hukiem otworzył okno gabinetu. Firanki zatańczyły wysoko w powietrzu i oboje obecni w pomieszczeniu odruchowo spojrzeli w stronę wyszczerbionego kubka. Ten, zgodnie z zasadami zdrowego rozsądku, tkwił jednak niewzruszony na swoim miejscu.
WWW- To jeszcze nie koniec – przerwała nienaturalną ciszę asystentka. – Pierwsze, niemalże, co zrobiła po przybyciu na planetę, to kupiła byłą kopalnię Psiej Ligi!
WWWZ coraz większym zainteresowaniem Crow przeglądał teczkę z informacjami o Hebi i Atisie. Dokumenty były sporządzane ręcznie i na pierwszej stronie poświęconej kapłanowi widać było, że ktoś wykreślił literę ‘r’ z pomiędzy A i T w jego imieniu. Niezmiernie bardziej interesująca była jednak postać Podróżniczki. Wyglądało na to, że na chwilę obecną nie była skoligacona z żadną z organizacji. Po pobieżnym przejrzeniu opisu rektor wrócił do rozmowy.
WWW- No dobrze – tu poprawił okulary – a co na to Kurt Lacko? Słyszałem, że również licytował tą kopalnię.
WWW- Kurt Lacko w tym momencie był już w drodze do Orkadis.
WWW- Do Orkadis? –wyraźnie zdziwił się rektor. – Nikt go nie ostrzegł, że tam mają nierówno pod sufitem? No nie mogę – zaczął się śmiać na głos – Kurt Lacko w Orkadis. Chciałbym to zobaczyć. W zasadzie to w mieście z białymi ścianami lubią nas za edukowanie kobiet, więc może namówimy kogoś na szczegółową relację ze spotkania?
WWW- W kwestii Orkadis… - asystentka posępniała – podobno Ashley Shirley Hole nie żyje.
WWWCała radosna atmosfera wyparowała w ułamku sekundy.
WWW- Doszły nas plotki, że zginęła w czasie pożaru swojej rezydencji.
WWW- Jeśli to prawda – po dłuższej chwili zastanowienia rozpoczął Crow – to lepiej dla Kurta, żeby nigdy do Orkadis nie dotarł. W zasadzie bezpieczniej byłoby, żeby nigdy nie postawił już swojej stopy na wschodnim kontynencie. Widzisz – smutek po wiadomości ustąpił miejsca mentorskiej naturze mężczyzny i rozpoczął się kolejny wykład – jesteśmy na Coddar. Na wschodnim kontynencie kryształy nie występują co prawda w naturze, ale to niewiele zmienia. Ludzie na tej planecie po prostu nie wierzą w zbiegi okoliczności. Wizyta Kurta Lacko zbiegająca się w czasie z pożarem, w połączeniu z krańcową nieufnością mieszkańców miasta względem mężczyzn… Czytałaś Grę o Tron?
WWWAsystentka skinęła głową. Pobyt w Akademii dziewczyny ze skłonnością do TL;DR; był zazwyczaj krótki, a ona sama lubiła od czasu do czasu wysłuchać przydługiej gawędy swojego przełożonego.
WWW- Wielu może myśleć – kontynuował rektor – że Orkadis to miasto niegroźnych, odrealnionych pomyleńców, którzy sobie jeżdżą nago na koniach. Dla mnie ta idylla przypomina jednak bardziej krainę ułożoną przez Lysę Tully dla młodego Roberta. Kochajmy się i szanujmy… ale w momencie gdy przestajesz pasować – Księżycowe Wrota.
WWWW gabinecie zapanowała złowroga cisza. Nawet hulający za oknem wiatr, jakby odczytując nastroje obecnych, zamarł. Tykanie stojącego w rogu gabinetu zegara jak nigdy przypominało o tym, jak krótkie i kruche jest życie ludzkie.
WWWCzeka nas dużo pracy – tym razem ciszę przerwał rektor. – Przede wszystkim musimy uzyskać jakieś potwierdzone informacje na temat wydarzeń w Orkadis. A myślałem, że będzie to dzień samych dobrych wiadomości – zawiesił na chwilę głos. – Musimy kontynuować naszą misję. Dostałem dzisiaj raport z bramy i proszę roześlij informację do wszystkich organizacji – chwila zastanowienia – i w sumie do tej całej Hebi też.
WWWBrama będzie znowu stabilna we wtorek.
Re: Teoria Wzrostu
Dzień 21 poniedziałek, Wschodni Kontynent, okolice miasteczka Chid, posiadłość Goodkinów
Słońce zniżało się ku horyzontowi, kiedy dojrzeli szlachecki dworek otoczony winiarniami i starym lasem. Pojazd Psiej Ligi przejechał przez na wpół otwartą mosiężną bramę. Jechali brukowaną drogą przez wypełnione posągami ogrody. Zatrzymali się na dziedzińcu przy fontannie wykonanej z białego kamienia. Dwójka podróżnych wyszła rozciągnąć kości . Na widok przyjezdnych służący uchylił potężne bukowe wrota. Stanęła w nich ciemnowłosa kobieta w średnim ubrana w kremową wieczorową suknię. Na jej widok jeden z Psio Ligowców, noszący granatowy golf wspiął się po schodach i w stanął wyprostowany w rycerskiej pozie.
- Dobry wieczór, nazywam się Kurt Lacko i wierzę, że Pani Ambasador Krull potwierdziła naszą wizytę.
- Magdalene Goodkin… - kobieta się zawahała spoglądając na obcokrajowca – nie powinno być Was więcej?
- Piątka moich towarzyszy udała się do Orkadis, aby przygotować biuro – negocjator trzy ostatnie dni spędził zludźmi z think tanku, w którym znaleźli się również obywatele Wschodniego Kontynentu. Wiedział, gdzie musi się dostać, aby być stanie zburzyć mur nieufności – proszę o wybaczenie, ale jesteśmy w podróży od kilku godzin i nie odmówilibyśmy ciepłego posiłku – musiał się dostać do jadalni.
Prawie usłyszał westchnięcie ulgi.
- Oczywiście, zapraszam – Magdalene odsunęła się wskazując wnętrze posiadłości
Usiedli przy stole, przy którym znalazł się starszy, bardzo cichy mąż. Na Coddar istniał jeden naród, który wprost lubował się wyśmienitej kuchni. Dzięki długiemu latu i odpowiedniej glebie plantacje na Wschodnim Kontynencie dawały bogate plony. Tak, więc lokalna kuchnia mogła pochwalić się szerokim menu pełnym wyśmienitych potraw oraz wieloma mistrzami.
- Doskonała kaczka – Kurt nie musiał się nawet wysilić z pochwałami, trudno było robić przerwy na rozmowę, Dla potwierdzenia obejrzał kawałek mięsa na srebrnym widelcu – nigdy nie widziałem tak chrupiącej skórki.
Właścicielka była wniebowzięta. Chociaż obecnie gotowała służba, to osobiście doglądała każdej potrawy. Godziny upłynęły na wymianie przepisów i narzekaniu na jedzenie w Khartum, aż wreszcie Magdalene przeszła na temat polityki.
- Miło, że jest organizacja, która jest zainteresowana czymś więcej niż tylko centralnym kontynentem. Musicie wiedzieć, że to gorący czas dla Orkadis. W pożarze domu zginęła przewodnicząca domu. A ta zaczyna oskarżać siebie nawzajem, jednocześnie walcząc o pozycję przewodniczącego - podała gościom jeszcze dokładkę. Jaki jest zatem cel Psiej Ligi na naszej ziemi?
- Pani – Kurt uniósł kieliszek z winem – nie widzę innego możliwego celu niż to przepyszne wino i jedzenie, którym jesteśmy częstowani.
Gospodarz się roześmiała.
- W takim razie zapraszam na deser na balkonie.
- Czy to… – Kurt spostrzegł przy szklanych drzwiach półtorametrową harfę – Pani gra?
- Niestety nie – Magdelene zatrzymała się z kieliszkiem czerwonego wina w ręku - kupiliśmy to tylko dla ozdoby.
- Mogę?
- Ale to niemę…- kobieta za późno ugryzła się w język.
- Tak, będę szczery, bardzo niemęski instrument. Zobaczymy czy coś da się z tym zrobić.
Rozsiedli się na wygodnych kanapach, podano deser kiedy negocjator przystroił harfę. Wieczorną ciszę wypełniły wpierw ciche, melancholijne dźwięki , które wkrótce przerodziły się w jedną tęskną powieść.
- Widzę to – wyszeptał mąż Magdalene – tą historię.
– Można spytać jak zwie się ten utwór - kobieta przeszukała wzrokiem nocne niebo w poszukiwaniu gwiazd..
- „Utracony sen” … Opowiada o chłopcu, który chciał podjąć się gry na harfie u jednej z największych arcymistrzyń znanych uniwersum. Przyjmowała ona raz na cztery lata pięciu uczniów. Przyszedł więc na przesłuchanie do ogromnej sali koncertowej. Jednak tuż przed nim grało dwóch geniuszy, których sala nagrodziła owacjami na stojąco. Zrozumiawszy, że nie ma szans dotknął harfy. W ciągu trzech minut przelewając cały swój smutek , bezsilność oraz żałość z lat ciężkich treningów i życia marzeniem. – dłonie Psio Ligowca przepływały po strunach.
- I co wtedy – zapytała dama.
- Jako ostatni… dostał się.
- Doprawdy.
- Jednakże podczas treningów nie mógł utrzymać tempa reszty grupy. Jego muzyka stawała się pusta i z coraz bardziej czuł jak się wypala w środku. Więc pewnego dnia harfiarka poleciła mu opuścić grupę.
- Wyrzuciła go?
- Miał zobaczyć świat, poznać ludzi. Wrócić z nowymi historiami. Dostał na to cztery lata.
- I wrócił?
- Zostało mu jeszcze pół roku – Kurt wyciszył harfę.
Siedzieli przez chwilę w ciszy.
- Kiedyś chciałam zobaczyć Khartum, zaistnieć jakoś – westchnęła kobieta- jednak straszono mnie opowieściami o braku wszelkiej moralności. W końcu zrezygnowałam, ale wciąż sen pozostał.
- A gdyby była Pani tam w towarzystwie przyjaciół.
- Byłoby łatwiej. Jednakże cóż wielkiego mogłaby zrobić.
- Wierzę, że jest Pani jednym z najlepszych szefów kuchni jakich spotkałem. Dodatkowo ma Pani pod dostatkiem wyśmienitego wina i dziczyzny, a w okolicy robią również świetne sery. Kiedy otworzyliśmy restauracje w stolicy Coddar, nie mogliśmy dostać odpowiednio dobrych składników. Cały kontynent to pustynie i kopalnie. Nic w porównaniu do tutejszych gleb.
- Czyli chodzi o biznes – Magdalene wstała dopijając kieliszek.
- Tak, w Khartum jest parę osób, które żałują iż wymiana handlowa jest tak słaba. Dlatego zaproponowano nam tą misję. Chcielibyśmy namówić Panią na otwarcie wspólnych restauracji pod Pani imieniem jako szefa.
- Przyznam się, że zaskoczyłeś mnie – kobieta zamyśliła się przez chwilą -Zburzyłeś obawy, które miałam, zanim Cię spotkałam. Jesteś bystrym, ale uczciwym mężczyzną, słychać to w Twojej muzyce – zerknęła na zmizerniałego męża - I tak męczyła mnie tutejsza rutyna. Pani Ambasador Ci pewnie napisała.
- Była na tyle uprzejma.
- Więc wiedz, iż jestem gotowa na tą przygodę. Tam i z powrotem. Choć muszę przyznać, że masz jaja podchodzić mnie w takim sposób.
- Jestem finansistą Pani. Muszę je mieć.
Słońce zniżało się ku horyzontowi, kiedy dojrzeli szlachecki dworek otoczony winiarniami i starym lasem. Pojazd Psiej Ligi przejechał przez na wpół otwartą mosiężną bramę. Jechali brukowaną drogą przez wypełnione posągami ogrody. Zatrzymali się na dziedzińcu przy fontannie wykonanej z białego kamienia. Dwójka podróżnych wyszła rozciągnąć kości . Na widok przyjezdnych służący uchylił potężne bukowe wrota. Stanęła w nich ciemnowłosa kobieta w średnim ubrana w kremową wieczorową suknię. Na jej widok jeden z Psio Ligowców, noszący granatowy golf wspiął się po schodach i w stanął wyprostowany w rycerskiej pozie.
- Dobry wieczór, nazywam się Kurt Lacko i wierzę, że Pani Ambasador Krull potwierdziła naszą wizytę.
- Magdalene Goodkin… - kobieta się zawahała spoglądając na obcokrajowca – nie powinno być Was więcej?
- Piątka moich towarzyszy udała się do Orkadis, aby przygotować biuro – negocjator trzy ostatnie dni spędził zludźmi z think tanku, w którym znaleźli się również obywatele Wschodniego Kontynentu. Wiedział, gdzie musi się dostać, aby być stanie zburzyć mur nieufności – proszę o wybaczenie, ale jesteśmy w podróży od kilku godzin i nie odmówilibyśmy ciepłego posiłku – musiał się dostać do jadalni.
Prawie usłyszał westchnięcie ulgi.
- Oczywiście, zapraszam – Magdalene odsunęła się wskazując wnętrze posiadłości
Usiedli przy stole, przy którym znalazł się starszy, bardzo cichy mąż. Na Coddar istniał jeden naród, który wprost lubował się wyśmienitej kuchni. Dzięki długiemu latu i odpowiedniej glebie plantacje na Wschodnim Kontynencie dawały bogate plony. Tak, więc lokalna kuchnia mogła pochwalić się szerokim menu pełnym wyśmienitych potraw oraz wieloma mistrzami.
- Doskonała kaczka – Kurt nie musiał się nawet wysilić z pochwałami, trudno było robić przerwy na rozmowę, Dla potwierdzenia obejrzał kawałek mięsa na srebrnym widelcu – nigdy nie widziałem tak chrupiącej skórki.
Właścicielka była wniebowzięta. Chociaż obecnie gotowała służba, to osobiście doglądała każdej potrawy. Godziny upłynęły na wymianie przepisów i narzekaniu na jedzenie w Khartum, aż wreszcie Magdalene przeszła na temat polityki.
- Miło, że jest organizacja, która jest zainteresowana czymś więcej niż tylko centralnym kontynentem. Musicie wiedzieć, że to gorący czas dla Orkadis. W pożarze domu zginęła przewodnicząca domu. A ta zaczyna oskarżać siebie nawzajem, jednocześnie walcząc o pozycję przewodniczącego - podała gościom jeszcze dokładkę. Jaki jest zatem cel Psiej Ligi na naszej ziemi?
- Pani – Kurt uniósł kieliszek z winem – nie widzę innego możliwego celu niż to przepyszne wino i jedzenie, którym jesteśmy częstowani.
Gospodarz się roześmiała.
- W takim razie zapraszam na deser na balkonie.
- Czy to… – Kurt spostrzegł przy szklanych drzwiach półtorametrową harfę – Pani gra?
- Niestety nie – Magdelene zatrzymała się z kieliszkiem czerwonego wina w ręku - kupiliśmy to tylko dla ozdoby.
- Mogę?
- Ale to niemę…- kobieta za późno ugryzła się w język.
- Tak, będę szczery, bardzo niemęski instrument. Zobaczymy czy coś da się z tym zrobić.
Rozsiedli się na wygodnych kanapach, podano deser kiedy negocjator przystroił harfę. Wieczorną ciszę wypełniły wpierw ciche, melancholijne dźwięki , które wkrótce przerodziły się w jedną tęskną powieść.
- Widzę to – wyszeptał mąż Magdalene – tą historię.
– Można spytać jak zwie się ten utwór - kobieta przeszukała wzrokiem nocne niebo w poszukiwaniu gwiazd..
- „Utracony sen” … Opowiada o chłopcu, który chciał podjąć się gry na harfie u jednej z największych arcymistrzyń znanych uniwersum. Przyjmowała ona raz na cztery lata pięciu uczniów. Przyszedł więc na przesłuchanie do ogromnej sali koncertowej. Jednak tuż przed nim grało dwóch geniuszy, których sala nagrodziła owacjami na stojąco. Zrozumiawszy, że nie ma szans dotknął harfy. W ciągu trzech minut przelewając cały swój smutek , bezsilność oraz żałość z lat ciężkich treningów i życia marzeniem. – dłonie Psio Ligowca przepływały po strunach.
- I co wtedy – zapytała dama.
- Jako ostatni… dostał się.
- Doprawdy.
- Jednakże podczas treningów nie mógł utrzymać tempa reszty grupy. Jego muzyka stawała się pusta i z coraz bardziej czuł jak się wypala w środku. Więc pewnego dnia harfiarka poleciła mu opuścić grupę.
- Wyrzuciła go?
- Miał zobaczyć świat, poznać ludzi. Wrócić z nowymi historiami. Dostał na to cztery lata.
- I wrócił?
- Zostało mu jeszcze pół roku – Kurt wyciszył harfę.
Siedzieli przez chwilę w ciszy.
- Kiedyś chciałam zobaczyć Khartum, zaistnieć jakoś – westchnęła kobieta- jednak straszono mnie opowieściami o braku wszelkiej moralności. W końcu zrezygnowałam, ale wciąż sen pozostał.
- A gdyby była Pani tam w towarzystwie przyjaciół.
- Byłoby łatwiej. Jednakże cóż wielkiego mogłaby zrobić.
- Wierzę, że jest Pani jednym z najlepszych szefów kuchni jakich spotkałem. Dodatkowo ma Pani pod dostatkiem wyśmienitego wina i dziczyzny, a w okolicy robią również świetne sery. Kiedy otworzyliśmy restauracje w stolicy Coddar, nie mogliśmy dostać odpowiednio dobrych składników. Cały kontynent to pustynie i kopalnie. Nic w porównaniu do tutejszych gleb.
- Czyli chodzi o biznes – Magdalene wstała dopijając kieliszek.
- Tak, w Khartum jest parę osób, które żałują iż wymiana handlowa jest tak słaba. Dlatego zaproponowano nam tą misję. Chcielibyśmy namówić Panią na otwarcie wspólnych restauracji pod Pani imieniem jako szefa.
- Przyznam się, że zaskoczyłeś mnie – kobieta zamyśliła się przez chwilą -Zburzyłeś obawy, które miałam, zanim Cię spotkałam. Jesteś bystrym, ale uczciwym mężczyzną, słychać to w Twojej muzyce – zerknęła na zmizerniałego męża - I tak męczyła mnie tutejsza rutyna. Pani Ambasador Ci pewnie napisała.
- Była na tyle uprzejma.
- Więc wiedz, iż jestem gotowa na tą przygodę. Tam i z powrotem. Choć muszę przyznać, że masz jaja podchodzić mnie w takim sposób.
- Jestem finansistą Pani. Muszę je mieć.
Last edited by Windukind on Sat Apr 13, 2013 11:47 am, edited 1 time in total.
We do not sow
Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
- Xellas
- Posts: 313
- Joined: Sun Jan 04, 2009 12:23 am
- Location: Gdańsk - tu gdzie smoki chodzą koło Fontanny Neptuna
Re: Teoria Wzrostu
(Dzień 22)
Ciche pukanie do drzwi przerwało rozmyślania rektora. Asystentka ponownie weszła.
- Rektorze proszę na to spojrzeć, to raczej pilne – niosła w rękach stary komputer formatu dużej aktówki.
- Jeszcze tylko… – ostatni kawałek wylądował na swoim miejscu, Crow w skupieniu obserwował złożony kubek.
- Może lepiej by było gdyby, pan to jednak odłożył?
- Klej wysycha nie mogę teraz puścić. Poza tym niedoceniasz mojego samoopanowania – uśmiechnął się z dumą mężczyzna. – Możesz mówić.
- Te akta są zabezpieczone hasłem.
Rektor spojrzał znad okularów z dużo większym zainteresowaniem niż do tej pory.
- Jakim hasłem?
- Nie wiemy, żadna z pracownic nie mam odpowiednich uprawnień. Kiedy wprowadzono do bazy dane odnośnie nowych podróżników, po kilku godzinach wyskoczył komunikat ‘Pilne! Powiadomić Rektora!’
- O? – Crow był wyraźnie zainteresowany, spojrzał podejrzanie na kubek, gdyby go teraz odstawił zaprzeczyłby swojemu samoopanowaniu… - możesz to postawić na biurku i wracać do swoich obowiązków – delikatnie spławił asystentkę.
Jedną ręką trzymał kubek, drugą zaczął wpisywać komunikaty. Na ekranie pojawiły się informacje.
- Ciekawe. Panie Atis… co z panem jest nie tak... – kiedy na wyświetlaczu pojawiła się kolejna porcja wiadomości, rektor szeroko otworzył oczy. Imię tego podróżnika występowało razem z imieniem innej osoby, o której przylocie nic nie było mu wiadome. Ba! Nie specjalnie w ogóle miał informacje, poza całkiem ogólnymi. Oczywiście to mógł być przypadek. Było tu napisane, że ten człowiek często podróżuje sam, ale jeszcze niedawno sam mówił, że na Coddar ludzie w nie, po prostu nie wierzą.
Spojrzał na zaszyfrowany plik. Wstukał hasło, plik pozwolił się otworzyć. To, co tam zobaczył sprawiło, że musiał usiąść wygodniej, wziął głęboki wdech, ale ręce mu się zatrzęsły i tak. Kubek pod naporem palców pękł i roztrzaskał o podłogę. Do pokoju zajrzała zaniepokojona asystentka.
-Rekto…
- Wyj… – zająknął się, wziął głęboki wdech i lekko zduszonym głosem dodał – zostaw… mnie proszę …samego.
****
- I co?
- Załatwione. Dostali to.
- Podejrzewali coś?
- Nic. Bennet zrobił dokładnie to, co mu kazano.
- Doskonale.
- Jeszcze jedno, trzy dni temu w nocy mieli pożar.
- CO?! Nie wydano rozka…
- Wypadek. Nasz człowiek mówił, że później było piekło z tym ich majstrem.
- Musli? Nie, jakoś tak podobnie yym…Demuslim?.
- Jo. Ale mieli kopie.
- Całe szczęście. Zawiadomcie górę.
- Już to zrobiłem.
- Świetnie możesz odejść.
****
Kiedy o 13:13 rektor Akademii Omnes Artes Feminarum wypowiadał swe słowa nie wiedział nawet jak bardzo prorocze one były.
Tego dnia w Orkadis panowała żałoba. Ludzie byli w szoku. Jak mogło dojść do czegoś podobnego? Jak to się stało? Stawiano wiele podobnych pytań. Pogrzeb został zorganizowany w najszybszym możliwym tempie. Ludzie znosili kwiaty i płakali przed resztkami rezydencji. Ceremonia pożegnania odbywała się na głównym placu miasta. Dodatkowo transmitowała to lokalna telewizja.
Spalonych zwłok nie wystawiono na widok publiczny. Z lokalnym zwyczajem została skremowana, a jej prochy rozsypano na murze, by mogła chronić miasto już na zawsze.
Następnego dnia po pogrzebie, odbyło się nadzwyczajne posiedzenie rady. W tej sytuacji był to smutny, ale wymagany obowiązek. Omówiono kilka spraw, a następnie drogą głosowania została wybrana nowa przewodnicząca. Była to druga najważniejsza osoba w radzie, która nie została przewodniczącą wcześniej tylko dlatego, że jej poprzedniczka była nieco bardziej lubiana.
Oficjalne mianowanie odbyło się po południu. Tłum zebrał się pod ratuszem by obserwować to wydarzenie, ci którzy nie mogli stawić się osobiście oglądali transmisję na żywo.
- Nasza droga i nieoceniona Ashley ze wszystkimi swoimi wadami, zawsze myślała tylko i wyłącznie o dobru naszego wspaniałego miasta i taka pozostanie w naszych sercach. – podsumowała prowadząca ceremonię - Teraz jednak pora przedstawić nową przewodniczącą rady. Większością głosów została nią wybrana Ven Detta!
Wśród oklasków, wstała wysoka, bardzo szczupła kobieta w średnim wieku, ubrana w czarną skórzaną garsonkę, czarne pończochy i buty na płaskim obcasie – po ‘wypadku’ Hole wolała nie kusić losu szpilkami. Posłała zimne przeciągłe spojrzenie inspektorowi Benjaminowi Fox i uśmiechnęła się z triumfem.
- Dziękuję za zaufanie. Postaram się dbać o Orkadis tak, jak robiła to nasza… ukochana Ashley! – poczekała, aż ucichną oklaski – Chciałabym zacząć od razu. Mam nadzieję, że wszyscy wiemy co, było przyczyną wypadku naszej – tu zrobiła pauzę – drogiej Ashley.
Poczekała chwilę, żeby każdy się zastanowił, a kiedy zobaczyła w ich oczach zrozumienie, podjęła ponownie.
- Obcy! Tak właśnie, obcy! Jak wszyscy dobrze wiemy, na Coddar nie ma przypadków.
Patrzyła jak wśród ludzi słychać szepty, potakiwania. Ludzi bardzo wzburzyła śmierć poprzedniej przewodniczącej. To była dobra kobieta, której naprawdę zależało na mieście.
- Zaledwie parę dni temu dostajemy wiadomość o obcej delegacji i nagle taki W.Y.P.A.D.E.K.? To nie jest możliwe!
Zwykli ludzie też tak uważali, to było zbyt podejrzane, przewodnicząca miała elektryczność w rezydencji, po co miałaby używać lampy? A śledztwo prowadził osobiście sam Benjamin Fox, więc nie było żadnych wątpliwości.
- Ashley pracowała dla miasta to prawda, ale była zbyt pobłażliwa, zbyt otwarta. Była dobrą kobietą i ufną, ale najwyraźniej zbyt ufną! – budowanie napięcia, pomagało poruszyć tłum, nasłuchiwała pomruków aprobaty.
- Nie możemy popełnić drugi raz tego samego błędu! – wśród ludzi będących na placu dało się słyszeć głośne ‘tak, właśnie’, ‘nie możemy’, ‘nie, popełnimy’. Uniosła ręce w geście uciszania.
- Wszyscy znają most łączący oba kontynenty. Liczy sobie przynajmniej 3000 lat i może w tamtych czasach pomiędzy miastami była komunikacja, ale wtedy nasze miasto było wykorzystywane! To właśnie z chwilą odcięcia nasze miasto zyskało! Czyż nie powodzi nam się lepiej od Khartumczyków? Każdy nasz obywatel jest szanowany, nie musi żebrać, ma dach nad głową i co włożyć do ust! A w Khartum?
Tłum krzyknął głośne 'NIE!'. Ven uśmiechnęła się.
- Od tamtych czasów w Orkadis zmieniło się wiele, na lepsze dla nas! A teraz znowu przychodzą zmiany! To właśnie otwarta polityka doprowadziła do tego stanu rzeczy. Dlatego też powinniśmy zamknąć granicę, a tych obcych złapać - żywych lub martwych!
Tłum zaczął wiwatować. Rada biła brawo. Wśród tego całego zgiełku zniknął Benjamin Fox, zdążył przesłać telegram do inspektora Xaviera.
Ashley Shirley Hole mogła mieć swoje słabości – o fetyszach, jak już wspomniano wcześniej, nikt nie wiedział – ale co by o niej nie mówić, była znacznie bardziej otwarta niż cała reszta miasta. Owszem była ostrożna, ale nie zamknięta na świat, jak sądzili niektórzy. Dzięki jej pracy na rzecz miasta, zyskała sobie dobrą opinię i szacunek, więc z jej zdaniem się liczono. Ashley starała się jak mogła utrzymać względny pokój, zachowując ostrożność by mieszkańcy miasta nie poczuli się zagrożeni i nie zrobili czegoś nierozsądnego.
Teraz, po niej władzę przejęła Ven Detta, kobieta o porywczym charakterze, zimna jak stal, a przede wszystkim nie lubiąca konkurencji. Nowe organizacje na planecie były stanowczo konkurencją.
Opis dany radzie przez Akademię, a dotyczący Chaotic Allience opisywał ich jak płatnych najemników- żołnierzy. Może i niekontrolowanych, ale w to wątpiła, na pewno przesadzano - nimi się nie przejmowała. Ale Psia Liga dążyła do zbyt wielkich wpływów, to jej się nie podobało. Jej informatorzy z Khartum mówili o tym, co się tam dzieje. Nie, stanowczo jej się to nie podobało.
Orkadis może i nie było tak rozwinięte technologicznie jak Khartum, może i było pełne pacyfistów, ale nie głupców. Mieszkali w środku kontynentu otoczeni niezbadaną dżunglą, gdzie większość fauny i flory nie była pokojowo nastawiona. W przeciwieństwie do Khartum, tutaj obywatele odbierali lekcję samoobrony – nie koniecznie defensywnej. W swoim wyposażeniu mieli broń - nie tylko bezpośredniego kontaktu. Zaczęto więc szykować się na odparcie wrogów i złapanie morderców.
Ambasadorów poproszono o opuszczenie Orkadis w ciągu najbliższych dni.
Ciche pukanie do drzwi przerwało rozmyślania rektora. Asystentka ponownie weszła.
- Rektorze proszę na to spojrzeć, to raczej pilne – niosła w rękach stary komputer formatu dużej aktówki.
- Jeszcze tylko… – ostatni kawałek wylądował na swoim miejscu, Crow w skupieniu obserwował złożony kubek.
- Może lepiej by było gdyby, pan to jednak odłożył?
- Klej wysycha nie mogę teraz puścić. Poza tym niedoceniasz mojego samoopanowania – uśmiechnął się z dumą mężczyzna. – Możesz mówić.
- Te akta są zabezpieczone hasłem.
Rektor spojrzał znad okularów z dużo większym zainteresowaniem niż do tej pory.
- Jakim hasłem?
- Nie wiemy, żadna z pracownic nie mam odpowiednich uprawnień. Kiedy wprowadzono do bazy dane odnośnie nowych podróżników, po kilku godzinach wyskoczył komunikat ‘Pilne! Powiadomić Rektora!’
- O? – Crow był wyraźnie zainteresowany, spojrzał podejrzanie na kubek, gdyby go teraz odstawił zaprzeczyłby swojemu samoopanowaniu… - możesz to postawić na biurku i wracać do swoich obowiązków – delikatnie spławił asystentkę.
Jedną ręką trzymał kubek, drugą zaczął wpisywać komunikaty. Na ekranie pojawiły się informacje.
- Ciekawe. Panie Atis… co z panem jest nie tak... – kiedy na wyświetlaczu pojawiła się kolejna porcja wiadomości, rektor szeroko otworzył oczy. Imię tego podróżnika występowało razem z imieniem innej osoby, o której przylocie nic nie było mu wiadome. Ba! Nie specjalnie w ogóle miał informacje, poza całkiem ogólnymi. Oczywiście to mógł być przypadek. Było tu napisane, że ten człowiek często podróżuje sam, ale jeszcze niedawno sam mówił, że na Coddar ludzie w nie, po prostu nie wierzą.
Spojrzał na zaszyfrowany plik. Wstukał hasło, plik pozwolił się otworzyć. To, co tam zobaczył sprawiło, że musiał usiąść wygodniej, wziął głęboki wdech, ale ręce mu się zatrzęsły i tak. Kubek pod naporem palców pękł i roztrzaskał o podłogę. Do pokoju zajrzała zaniepokojona asystentka.
-Rekto…
- Wyj… – zająknął się, wziął głęboki wdech i lekko zduszonym głosem dodał – zostaw… mnie proszę …samego.
****
- I co?
- Załatwione. Dostali to.
- Podejrzewali coś?
- Nic. Bennet zrobił dokładnie to, co mu kazano.
- Doskonale.
- Jeszcze jedno, trzy dni temu w nocy mieli pożar.
- CO?! Nie wydano rozka…
- Wypadek. Nasz człowiek mówił, że później było piekło z tym ich majstrem.
- Musli? Nie, jakoś tak podobnie yym…Demuslim?.
- Jo. Ale mieli kopie.
- Całe szczęście. Zawiadomcie górę.
- Już to zrobiłem.
- Świetnie możesz odejść.
****
Kiedy o 13:13 rektor Akademii Omnes Artes Feminarum wypowiadał swe słowa nie wiedział nawet jak bardzo prorocze one były.
Tego dnia w Orkadis panowała żałoba. Ludzie byli w szoku. Jak mogło dojść do czegoś podobnego? Jak to się stało? Stawiano wiele podobnych pytań. Pogrzeb został zorganizowany w najszybszym możliwym tempie. Ludzie znosili kwiaty i płakali przed resztkami rezydencji. Ceremonia pożegnania odbywała się na głównym placu miasta. Dodatkowo transmitowała to lokalna telewizja.
Spalonych zwłok nie wystawiono na widok publiczny. Z lokalnym zwyczajem została skremowana, a jej prochy rozsypano na murze, by mogła chronić miasto już na zawsze.
Następnego dnia po pogrzebie, odbyło się nadzwyczajne posiedzenie rady. W tej sytuacji był to smutny, ale wymagany obowiązek. Omówiono kilka spraw, a następnie drogą głosowania została wybrana nowa przewodnicząca. Była to druga najważniejsza osoba w radzie, która nie została przewodniczącą wcześniej tylko dlatego, że jej poprzedniczka była nieco bardziej lubiana.
Oficjalne mianowanie odbyło się po południu. Tłum zebrał się pod ratuszem by obserwować to wydarzenie, ci którzy nie mogli stawić się osobiście oglądali transmisję na żywo.
- Nasza droga i nieoceniona Ashley ze wszystkimi swoimi wadami, zawsze myślała tylko i wyłącznie o dobru naszego wspaniałego miasta i taka pozostanie w naszych sercach. – podsumowała prowadząca ceremonię - Teraz jednak pora przedstawić nową przewodniczącą rady. Większością głosów została nią wybrana Ven Detta!
Wśród oklasków, wstała wysoka, bardzo szczupła kobieta w średnim wieku, ubrana w czarną skórzaną garsonkę, czarne pończochy i buty na płaskim obcasie – po ‘wypadku’ Hole wolała nie kusić losu szpilkami. Posłała zimne przeciągłe spojrzenie inspektorowi Benjaminowi Fox i uśmiechnęła się z triumfem.
- Dziękuję za zaufanie. Postaram się dbać o Orkadis tak, jak robiła to nasza… ukochana Ashley! – poczekała, aż ucichną oklaski – Chciałabym zacząć od razu. Mam nadzieję, że wszyscy wiemy co, było przyczyną wypadku naszej – tu zrobiła pauzę – drogiej Ashley.
Poczekała chwilę, żeby każdy się zastanowił, a kiedy zobaczyła w ich oczach zrozumienie, podjęła ponownie.
- Obcy! Tak właśnie, obcy! Jak wszyscy dobrze wiemy, na Coddar nie ma przypadków.
Patrzyła jak wśród ludzi słychać szepty, potakiwania. Ludzi bardzo wzburzyła śmierć poprzedniej przewodniczącej. To była dobra kobieta, której naprawdę zależało na mieście.
- Zaledwie parę dni temu dostajemy wiadomość o obcej delegacji i nagle taki W.Y.P.A.D.E.K.? To nie jest możliwe!
Zwykli ludzie też tak uważali, to było zbyt podejrzane, przewodnicząca miała elektryczność w rezydencji, po co miałaby używać lampy? A śledztwo prowadził osobiście sam Benjamin Fox, więc nie było żadnych wątpliwości.
- Ashley pracowała dla miasta to prawda, ale była zbyt pobłażliwa, zbyt otwarta. Była dobrą kobietą i ufną, ale najwyraźniej zbyt ufną! – budowanie napięcia, pomagało poruszyć tłum, nasłuchiwała pomruków aprobaty.
- Nie możemy popełnić drugi raz tego samego błędu! – wśród ludzi będących na placu dało się słyszeć głośne ‘tak, właśnie’, ‘nie możemy’, ‘nie, popełnimy’. Uniosła ręce w geście uciszania.
- Wszyscy znają most łączący oba kontynenty. Liczy sobie przynajmniej 3000 lat i może w tamtych czasach pomiędzy miastami była komunikacja, ale wtedy nasze miasto było wykorzystywane! To właśnie z chwilą odcięcia nasze miasto zyskało! Czyż nie powodzi nam się lepiej od Khartumczyków? Każdy nasz obywatel jest szanowany, nie musi żebrać, ma dach nad głową i co włożyć do ust! A w Khartum?
Tłum krzyknął głośne 'NIE!'. Ven uśmiechnęła się.
- Od tamtych czasów w Orkadis zmieniło się wiele, na lepsze dla nas! A teraz znowu przychodzą zmiany! To właśnie otwarta polityka doprowadziła do tego stanu rzeczy. Dlatego też powinniśmy zamknąć granicę, a tych obcych złapać - żywych lub martwych!
Tłum zaczął wiwatować. Rada biła brawo. Wśród tego całego zgiełku zniknął Benjamin Fox, zdążył przesłać telegram do inspektora Xaviera.
Ashley Shirley Hole mogła mieć swoje słabości – o fetyszach, jak już wspomniano wcześniej, nikt nie wiedział – ale co by o niej nie mówić, była znacznie bardziej otwarta niż cała reszta miasta. Owszem była ostrożna, ale nie zamknięta na świat, jak sądzili niektórzy. Dzięki jej pracy na rzecz miasta, zyskała sobie dobrą opinię i szacunek, więc z jej zdaniem się liczono. Ashley starała się jak mogła utrzymać względny pokój, zachowując ostrożność by mieszkańcy miasta nie poczuli się zagrożeni i nie zrobili czegoś nierozsądnego.
Teraz, po niej władzę przejęła Ven Detta, kobieta o porywczym charakterze, zimna jak stal, a przede wszystkim nie lubiąca konkurencji. Nowe organizacje na planecie były stanowczo konkurencją.
Opis dany radzie przez Akademię, a dotyczący Chaotic Allience opisywał ich jak płatnych najemników- żołnierzy. Może i niekontrolowanych, ale w to wątpiła, na pewno przesadzano - nimi się nie przejmowała. Ale Psia Liga dążyła do zbyt wielkich wpływów, to jej się nie podobało. Jej informatorzy z Khartum mówili o tym, co się tam dzieje. Nie, stanowczo jej się to nie podobało.
Orkadis może i nie było tak rozwinięte technologicznie jak Khartum, może i było pełne pacyfistów, ale nie głupców. Mieszkali w środku kontynentu otoczeni niezbadaną dżunglą, gdzie większość fauny i flory nie była pokojowo nastawiona. W przeciwieństwie do Khartum, tutaj obywatele odbierali lekcję samoobrony – nie koniecznie defensywnej. W swoim wyposażeniu mieli broń - nie tylko bezpośredniego kontaktu. Zaczęto więc szykować się na odparcie wrogów i złapanie morderców.
Ambasadorów poproszono o opuszczenie Orkadis w ciągu najbliższych dni.
"Oh Xellas, bo przy Tobie nie idzie patrzeć na cycki, kiedy trzeba całą uwagę skupić na Twoich rękach i na tym, co aktualnie w nich trzymasz"
Satsuki
"To nie zjazdy robia sie do dupy. To wy normalniejecie na starość."
Korm
Satsuki
"To nie zjazdy robia sie do dupy. To wy normalniejecie na starość."
Korm
Re: Teoria Wzrostu
WWW Dzień 17, Bal Agendy
WWW *Clang clang clang*, po Sali balowej rozszedł się dźwięk, jaki wydaje stukany kieliszek. Po chwili wzrok wszystkich skupił się na stojącej na środku Sali Satsuki, oczywiście z kieliszkiem szampana.
WWW- Drodzy mieszkańcy Coddar. – Zaczęła głośno i wyraźnie. – Chciałabym wszystkim podziękować za to jakże liczne przybycie na bal. – Satsuki obejrzała się wokoło, obdarzając uśmiechem wszystkich gości. – Mam nadzieję, że nikogo nie zraziło do Agendy moje późne przywitanie ze społecznością Khartum, oraz że zachęciłam Państwa do przyszłych kontaktów. Niedługo prawdopodobnie powrócę do naszej bazy w głębi planety, ale gdyby ktokolwiek miał w przyszłości jakieś pytania, propozycje czy dobre rady, to moja bliska współpracownica, - tu Satsuki wskazała wolną dłonią na Natienne, - Natienne, Płatek Róży, będzie dla waszej dyspozycji. Możecie być pewni, że wszelkie wiadomości zostaną przekazane. – Satsuki na dłuższą chwilę umilkła. – Agenda to stara i szanowana organizacja z tradycjami. Nasze motto to Nothing is impossible here. Nie zamierzamy wykupić tego świata, wcisnąć się do rady ani was przekupić. Agenda to pokojowo nastawiona organizacja, która nikomu nie chce przeszkadzać, nikogo nie zamierza też potajemnie zmieniać. – Szum na sali narastał coraz mocniej, miejscowe szychy przypominały sobie wszystkie sytuacje, w których pozwoliły Psiej Lidze na udział a następnie przejmowanie kolejnych rynków zbytu na planecie, kolejnych nisz rynkowych. – Nie wiem jak długo zostanę w stolicy, ale póki tu jestem, służę wam moi drodzy, dobrą radą, także informacją. – Satsuki poczekała aż tłum obecnych uspokoi się i na powrót umilknie. – Na koniec mam dla was wszystkich wielką prośbę. Jak widzicie, na balu nie pojawiło się oficjalne przedstawicielstwo Psiej Ligi. Otrzymałam informację, że dowódcy tej organizacji, nie zamierzają pojawiać się na balach dla plebsu, w dodatku organizowanych przez prostytutki. - Satsuki spojrzała ponownie na Natienne. – Po pierwsze, Kurt Lacko oraz Arrain Volage, to postacie multiświatowe, doskonale znające profesję gejsz. Gejsze nie są prostytutkami, to artystki potrafiące malować, śpiewać, tańczyć i grać na instrumentach. Zajmują się także poezją, kaligrafią, to mistrzynie w sztuce konwersacji, co pewnie Natienne pokazała Państwu podczas tego balu. Gejsze wywodzą się z Japonii planety Ziemia, są także ekspertkami w dziedzinie parzenia herbaty, czyli tradycyjnej japońskiej ceremonii. Gejsze to towarzyszki. – Satsuki mocno zaakcentowała swoje ostatnie słowo. – Wmawianie im prostytucji to obraza! – Zakończyła nagle podnosząc głos, kilka osób zauważyło błyszczące iskry pojawiające się wokół Satsuki, ale uznało je za przewidzenie. – W związku z tym chciałabym wszystkich was prosić o zrobienie małego żarciku Psiej Lidze – jakby pytali, to opowiedzcie, że było szalenie nudno. To będzie taki nasz sekret. – Ostatnie zdanie Satsuki powiedziała z szerokim uśmiechem, zamkniętymi oczami i palcem przy ustach, mocno przypominając własnego ojca…
WWW***
WWW- Jestem styrana – Jęknęła Satsuki, rzucając się w ubraniu na łóżko. – Nie spodziewałam się po Tobie takiej rozrzutności Natienne.
WWW- Agenda musiała pokazać się z najlepszej strony. – Natienne usiadła grzecznie na brzeżku łóżka Satsuki. – Tym bardziej, że Psia Liga sieje straszny zamęt informacyjny i nastawia ludność przeciwko nam. – Satsuki podniosła głowę z miną wyrażającą zdziwienie. – Dałaś pod koniec niezłą przemowę. Musisz jeszcze dać wykład we Wroniej Akademii i pokazywać się publicznie.
WWW- Taki mam plan, skoro już pojawiłam się w Khartum. – Satsuki odwróciła się na bok, podparła głowę ręką i ze skupieniem patrzyła się na Natienne.
WWW- Dziękuję za doinformowanie miejscowych na temat zawodu gejsz.
WWW- Ależ nie ma za co.
WWW- Wiesz, że natychmiast po moim pojawieniu się na planecie, miejscowe kobiety natychmiast podłapały modę na kimona? Część kobiet probowała wydłużać sobie rękawy, część przerabiała swoje suknie na zapinane w kopertę, część podorabiała białe długie kołnierze a parę kobiet nawet wymalowało prześliczne kwiatowe wzory.
WWW- Oooo… - Satsuki złożyła usta w kółeczko i z zaciekawieniem patrzyła na Natienne. – Ale…?
WWW- No właśnie. Wtedy Psia Liga zaczęła rozprzestrzeniać plotkę o tym, że jesteśmy kurwami i moda się skończyła. W dodatku mój przylot zrównał się w czasie z jakimś pokazem mody organizowanym oczywiście przez nie zgadniesz kogo… - Natienne westchnęła niechętnie.
WWW- Czyżby Psią Ligę?
WWW- Wesoło, co?
WWW- Aha. Wygląda na to, że się rozbijają po kątach a nikt się tym totalnie nie przejmuje. – Satsuki zamyśliła się na chwilę. – Słyszałam, że jest tu Raflik. Spodziewałabym się po nim, że jakoś zareaguje na akcje PeeLi.
WWW- Sama przyleciałam chwilę temu, nie udało mi się znaleźć do niego pewnego kontaktu. Przekazałam zaproszenie ale nie mam zielonego pojęcia czy rzeczywiście doszło.
WWW- No nic Terra. – Satsuki odezwała się do przyjaciółki w jej prawdziwym imieniu. – Na razie nic nie poradzimy a ja idę pod prysznic. – Satsuki wstała z łóżka dosyć nagle, i natychmiast lekko się zatoczyła.
WWW- A Ty co, pijana? – Natienne uśmiechnęła się głupio. – Przecież jesteś mazoku.
WWW- No właśnie, mazoku mazokiem, a magia ograniczona. Średnio dobrze się czuję. – Satsuki była wyraźnie zmartwiona. Kryształ przestał oddziaływać na nią tak, jak powinien i od wieczora czuła się coraz gorzej. – Może relaks pod prysznicem mi pomoże! – Zawołała wesoło już w drzwiach do łazienki.
WWW***
WWWLudność Khartum już dawno nie miała takiego ciekawego wydarzenia jakim był BAL. Prawdziwy bal z wielkiego zdarzenia, BAL wielkimi literami. Każdy z obecnych miał wielką ochotę poopowiadać niezaproszonym przyjaciołom o wspaniałości wydarzenia, ale dzielnie respektowali prośbę Satsuki. Każdy, kto nie był godny zaufania, dowiadywał się, że bal był kiepski, nudny i nieinteresujący. Interesujące, że połowa gości bawiła się do białego rana, a następnie po prostu skorzystała z opłaconego pokoju hotelowego…
WWW***
WWWCoś huknęło.
WWW- SZLAAAAAAAG. – Z łazienki dobiegł po sekundzie ryk Satsuki. Po chwili ruda wbiegła do sypialni ubrana w samą wodę, trzymając coś w rękach. – Ja pieprze, zepsułam kryształ!
WWW- Co? – Natienne wybudzona z drzemki podskoczyła, roztarła oczy a następnie półprzytomna spojrzała na Satsuki.
WWW- Co się dzieje?! – Równocześnie trzasnęły otwierane drzwi do salonu a w sypialni pojawiła się Eranai. – Coś się stało?
WWW- Satsuki zwariowała. – Jęknęła Natienne sennie. Możesz wracać Erani. – Uśmiechnęła się przepraszająco do bodyguardki.
WWW- Czy to.. Stabilinum? – Eranai zamknęła cicho drzwi, jednocześnie nie odrywając oczu od zawartości dłoni Satsuki.
WWW- Aha. Ale chyba go zepsułam. – Jęknęła liderka. – Upadł mi na płytki.
WWW- Huh? – Natienne i Erani równocześnie wyraziły swoje zdziwienie sapnięciem.
WWW- Jak to zepsułaś?
WWW- O patrz, tu mi kawałek odprysnął. – Satsuki pokazała, że od idealnie okrągłego kamienia odpadł niewielki, półprzeźroczysty paseczek.
WWW- Ale jak to Ci upadł, gdzie Ty go zresztą miałaś? – Natienne po raz kolejny jęknęła, tym razem z tłumionym przerażeniem.
WWW- Nie chcesz wiedzieć…
WWW***
WWW Dzień 19, wieczór, Khartum
WWWPo stolicy zaczęły krążyć dziwne plotki. Najpierw po cichu, podawane od ucha do ucha dzień wcześniej. Następnie na herbatkach, przedstawiane jako „nowe teorie” przyjaciołom, aby pod koniec wykrzykiwać je w pijackim szale do różnych osób i w różnych karczmach. Ludność Khartum policzyła dwa do dwóch i zauważyła, że Psia Liga wykupuje kolejne części miasta. Tu telewizja, tu jakaś uczelnia, kolejna restauracja… Kobiety chodzą w sukniach projektowanych przez Psią Ligę, wszyscy chodzą do teatrów stworzonych przez Psią Ligę. Ludzie zaczęli się niepokoić…
WWW…Coraz bardziej.
WWW***
WWW Dzień 21, wieczór
WWWArrain Volage siedziała wygodnie w swoim apartamencie w Khartum. Z kieliszkiem dobrego wina w dłoni oglądała wieczorne wiadomości.
WWW ”Dzisiaj w godzinach porannych Straż Miejska dostała anonimowy donos dotyczący Arrain Volage – jednej z liderek organizacji zwanej Psia Liga. Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że posądzana jest o molestowanie seksualne oraz zdobywanie tajnych informacji związanych z obroną, polityką międzygwiezdną oraz finansami Khartum wykorzystując do tego pieniądze swojej organizacji oraz własne walory. – Spikerka telewizyjna zaakcentowała wyraźnie ostatnie zdanie, żeby nikt nie miał wątpliwości, że chodzi o seks z władzami miasta. – Arrain Volage jest znaną w całym Khartum artystką, koneserką smaku i projektantką, której kreacje posiada już każda osobistość Khartum. Jest też znana jako najlepsza negocjatorka Psiej Ligi. Nie znamy szczegółów śledztwa.
WWWZ Khartum mówiła dla Państwa Stephanie Mejar.”
WWWKieliszek wypadł Arrain z dłoni. Nie rozbił się na miliony kawałków, upadł na miękki, gruby, kremowy dywan, a rubinowy płyn rozlał się w wielką, czerwoną plamę.
WWWSekundę później do pokoju ktoś zapukał. Przestraszona pokojówka wychyliła głowę zza drzwi, mówiąc cicho głosem nie kryjącym strachu. – Pani Arrain, przybyła Straż. – Po chwili zza dziewczyny wyszedł nikt inny jak Inspektor Xavier.
WWW- Witam Panno Arrain Volage. – Podszedł do zszokowanej liderki Psiej Ligi i ignorując rozlane wino, nachylił się i delikatnie dotknął jej dłoni. – Straż weszła w posiadanie obciążających Panią informacji. – W tej chwili Inspektor zauważył włączony telewizor, nie powtarzał więc o co Arrain została posądzona. - Jest Pani szanowaną w Khartum osobistością, nie śmiałbym więc zamknąć Pani w areszcie, niestety jestem zmuszony do zastosowania Aresztu Domowego. – Wyraźnie zaakcentował ostatnie zdanie. – Proszę pamiętać, że stosuję to bardziej dla Pani bezpieczeństwa, tłum szaleje. Zrobię WSZYSTKO aby dokładnie zbadać całą sytuację.
WWWArrain nie mogła tego widzieć, ale za drzwiami jej pokoju stało trzech żołnierzy, kilkunastu także otoczyło budynek…
WWW***
WWWW tej samej chwili ale w zupełnie innej części miasta, Satsuki szeroko otworzyła oczy. Bez udziału własnej woli bawiła się swoim wisiorkiem - z jasnoniebieskim kamykiem w srebrze. Oglądała właśnie wiadomości.
WWW- Na LON, boję się, że to wszystko przez moją przemowę na balu. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że osiągnęłabym taki efekt, i niezbyt jestem z niego zadowolona. – Powiedziała do siebie w myślach.
WWW *Clang clang clang*, po Sali balowej rozszedł się dźwięk, jaki wydaje stukany kieliszek. Po chwili wzrok wszystkich skupił się na stojącej na środku Sali Satsuki, oczywiście z kieliszkiem szampana.
WWW- Drodzy mieszkańcy Coddar. – Zaczęła głośno i wyraźnie. – Chciałabym wszystkim podziękować za to jakże liczne przybycie na bal. – Satsuki obejrzała się wokoło, obdarzając uśmiechem wszystkich gości. – Mam nadzieję, że nikogo nie zraziło do Agendy moje późne przywitanie ze społecznością Khartum, oraz że zachęciłam Państwa do przyszłych kontaktów. Niedługo prawdopodobnie powrócę do naszej bazy w głębi planety, ale gdyby ktokolwiek miał w przyszłości jakieś pytania, propozycje czy dobre rady, to moja bliska współpracownica, - tu Satsuki wskazała wolną dłonią na Natienne, - Natienne, Płatek Róży, będzie dla waszej dyspozycji. Możecie być pewni, że wszelkie wiadomości zostaną przekazane. – Satsuki na dłuższą chwilę umilkła. – Agenda to stara i szanowana organizacja z tradycjami. Nasze motto to Nothing is impossible here. Nie zamierzamy wykupić tego świata, wcisnąć się do rady ani was przekupić. Agenda to pokojowo nastawiona organizacja, która nikomu nie chce przeszkadzać, nikogo nie zamierza też potajemnie zmieniać. – Szum na sali narastał coraz mocniej, miejscowe szychy przypominały sobie wszystkie sytuacje, w których pozwoliły Psiej Lidze na udział a następnie przejmowanie kolejnych rynków zbytu na planecie, kolejnych nisz rynkowych. – Nie wiem jak długo zostanę w stolicy, ale póki tu jestem, służę wam moi drodzy, dobrą radą, także informacją. – Satsuki poczekała aż tłum obecnych uspokoi się i na powrót umilknie. – Na koniec mam dla was wszystkich wielką prośbę. Jak widzicie, na balu nie pojawiło się oficjalne przedstawicielstwo Psiej Ligi. Otrzymałam informację, że dowódcy tej organizacji, nie zamierzają pojawiać się na balach dla plebsu, w dodatku organizowanych przez prostytutki. - Satsuki spojrzała ponownie na Natienne. – Po pierwsze, Kurt Lacko oraz Arrain Volage, to postacie multiświatowe, doskonale znające profesję gejsz. Gejsze nie są prostytutkami, to artystki potrafiące malować, śpiewać, tańczyć i grać na instrumentach. Zajmują się także poezją, kaligrafią, to mistrzynie w sztuce konwersacji, co pewnie Natienne pokazała Państwu podczas tego balu. Gejsze wywodzą się z Japonii planety Ziemia, są także ekspertkami w dziedzinie parzenia herbaty, czyli tradycyjnej japońskiej ceremonii. Gejsze to towarzyszki. – Satsuki mocno zaakcentowała swoje ostatnie słowo. – Wmawianie im prostytucji to obraza! – Zakończyła nagle podnosząc głos, kilka osób zauważyło błyszczące iskry pojawiające się wokół Satsuki, ale uznało je za przewidzenie. – W związku z tym chciałabym wszystkich was prosić o zrobienie małego żarciku Psiej Lidze – jakby pytali, to opowiedzcie, że było szalenie nudno. To będzie taki nasz sekret. – Ostatnie zdanie Satsuki powiedziała z szerokim uśmiechem, zamkniętymi oczami i palcem przy ustach, mocno przypominając własnego ojca…
WWW***
WWW- Jestem styrana – Jęknęła Satsuki, rzucając się w ubraniu na łóżko. – Nie spodziewałam się po Tobie takiej rozrzutności Natienne.
WWW- Agenda musiała pokazać się z najlepszej strony. – Natienne usiadła grzecznie na brzeżku łóżka Satsuki. – Tym bardziej, że Psia Liga sieje straszny zamęt informacyjny i nastawia ludność przeciwko nam. – Satsuki podniosła głowę z miną wyrażającą zdziwienie. – Dałaś pod koniec niezłą przemowę. Musisz jeszcze dać wykład we Wroniej Akademii i pokazywać się publicznie.
WWW- Taki mam plan, skoro już pojawiłam się w Khartum. – Satsuki odwróciła się na bok, podparła głowę ręką i ze skupieniem patrzyła się na Natienne.
WWW- Dziękuję za doinformowanie miejscowych na temat zawodu gejsz.
WWW- Ależ nie ma za co.
WWW- Wiesz, że natychmiast po moim pojawieniu się na planecie, miejscowe kobiety natychmiast podłapały modę na kimona? Część kobiet probowała wydłużać sobie rękawy, część przerabiała swoje suknie na zapinane w kopertę, część podorabiała białe długie kołnierze a parę kobiet nawet wymalowało prześliczne kwiatowe wzory.
WWW- Oooo… - Satsuki złożyła usta w kółeczko i z zaciekawieniem patrzyła na Natienne. – Ale…?
WWW- No właśnie. Wtedy Psia Liga zaczęła rozprzestrzeniać plotkę o tym, że jesteśmy kurwami i moda się skończyła. W dodatku mój przylot zrównał się w czasie z jakimś pokazem mody organizowanym oczywiście przez nie zgadniesz kogo… - Natienne westchnęła niechętnie.
WWW- Czyżby Psią Ligę?
WWW- Wesoło, co?
WWW- Aha. Wygląda na to, że się rozbijają po kątach a nikt się tym totalnie nie przejmuje. – Satsuki zamyśliła się na chwilę. – Słyszałam, że jest tu Raflik. Spodziewałabym się po nim, że jakoś zareaguje na akcje PeeLi.
WWW- Sama przyleciałam chwilę temu, nie udało mi się znaleźć do niego pewnego kontaktu. Przekazałam zaproszenie ale nie mam zielonego pojęcia czy rzeczywiście doszło.
WWW- No nic Terra. – Satsuki odezwała się do przyjaciółki w jej prawdziwym imieniu. – Na razie nic nie poradzimy a ja idę pod prysznic. – Satsuki wstała z łóżka dosyć nagle, i natychmiast lekko się zatoczyła.
WWW- A Ty co, pijana? – Natienne uśmiechnęła się głupio. – Przecież jesteś mazoku.
WWW- No właśnie, mazoku mazokiem, a magia ograniczona. Średnio dobrze się czuję. – Satsuki była wyraźnie zmartwiona. Kryształ przestał oddziaływać na nią tak, jak powinien i od wieczora czuła się coraz gorzej. – Może relaks pod prysznicem mi pomoże! – Zawołała wesoło już w drzwiach do łazienki.
WWW***
WWWLudność Khartum już dawno nie miała takiego ciekawego wydarzenia jakim był BAL. Prawdziwy bal z wielkiego zdarzenia, BAL wielkimi literami. Każdy z obecnych miał wielką ochotę poopowiadać niezaproszonym przyjaciołom o wspaniałości wydarzenia, ale dzielnie respektowali prośbę Satsuki. Każdy, kto nie był godny zaufania, dowiadywał się, że bal był kiepski, nudny i nieinteresujący. Interesujące, że połowa gości bawiła się do białego rana, a następnie po prostu skorzystała z opłaconego pokoju hotelowego…
WWW***
WWWCoś huknęło.
WWW- SZLAAAAAAAG. – Z łazienki dobiegł po sekundzie ryk Satsuki. Po chwili ruda wbiegła do sypialni ubrana w samą wodę, trzymając coś w rękach. – Ja pieprze, zepsułam kryształ!
WWW- Co? – Natienne wybudzona z drzemki podskoczyła, roztarła oczy a następnie półprzytomna spojrzała na Satsuki.
WWW- Co się dzieje?! – Równocześnie trzasnęły otwierane drzwi do salonu a w sypialni pojawiła się Eranai. – Coś się stało?
WWW- Satsuki zwariowała. – Jęknęła Natienne sennie. Możesz wracać Erani. – Uśmiechnęła się przepraszająco do bodyguardki.
WWW- Czy to.. Stabilinum? – Eranai zamknęła cicho drzwi, jednocześnie nie odrywając oczu od zawartości dłoni Satsuki.
WWW- Aha. Ale chyba go zepsułam. – Jęknęła liderka. – Upadł mi na płytki.
WWW- Huh? – Natienne i Erani równocześnie wyraziły swoje zdziwienie sapnięciem.
WWW- Jak to zepsułaś?
WWW- O patrz, tu mi kawałek odprysnął. – Satsuki pokazała, że od idealnie okrągłego kamienia odpadł niewielki, półprzeźroczysty paseczek.
WWW- Ale jak to Ci upadł, gdzie Ty go zresztą miałaś? – Natienne po raz kolejny jęknęła, tym razem z tłumionym przerażeniem.
WWW- Nie chcesz wiedzieć…
WWW***
WWW Dzień 19, wieczór, Khartum
WWWPo stolicy zaczęły krążyć dziwne plotki. Najpierw po cichu, podawane od ucha do ucha dzień wcześniej. Następnie na herbatkach, przedstawiane jako „nowe teorie” przyjaciołom, aby pod koniec wykrzykiwać je w pijackim szale do różnych osób i w różnych karczmach. Ludność Khartum policzyła dwa do dwóch i zauważyła, że Psia Liga wykupuje kolejne części miasta. Tu telewizja, tu jakaś uczelnia, kolejna restauracja… Kobiety chodzą w sukniach projektowanych przez Psią Ligę, wszyscy chodzą do teatrów stworzonych przez Psią Ligę. Ludzie zaczęli się niepokoić…
WWW…Coraz bardziej.
WWW***
WWW Dzień 21, wieczór
WWWArrain Volage siedziała wygodnie w swoim apartamencie w Khartum. Z kieliszkiem dobrego wina w dłoni oglądała wieczorne wiadomości.
WWW ”Dzisiaj w godzinach porannych Straż Miejska dostała anonimowy donos dotyczący Arrain Volage – jednej z liderek organizacji zwanej Psia Liga. Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że posądzana jest o molestowanie seksualne oraz zdobywanie tajnych informacji związanych z obroną, polityką międzygwiezdną oraz finansami Khartum wykorzystując do tego pieniądze swojej organizacji oraz własne walory. – Spikerka telewizyjna zaakcentowała wyraźnie ostatnie zdanie, żeby nikt nie miał wątpliwości, że chodzi o seks z władzami miasta. – Arrain Volage jest znaną w całym Khartum artystką, koneserką smaku i projektantką, której kreacje posiada już każda osobistość Khartum. Jest też znana jako najlepsza negocjatorka Psiej Ligi. Nie znamy szczegółów śledztwa.
WWWZ Khartum mówiła dla Państwa Stephanie Mejar.”
WWWKieliszek wypadł Arrain z dłoni. Nie rozbił się na miliony kawałków, upadł na miękki, gruby, kremowy dywan, a rubinowy płyn rozlał się w wielką, czerwoną plamę.
WWWSekundę później do pokoju ktoś zapukał. Przestraszona pokojówka wychyliła głowę zza drzwi, mówiąc cicho głosem nie kryjącym strachu. – Pani Arrain, przybyła Straż. – Po chwili zza dziewczyny wyszedł nikt inny jak Inspektor Xavier.
WWW- Witam Panno Arrain Volage. – Podszedł do zszokowanej liderki Psiej Ligi i ignorując rozlane wino, nachylił się i delikatnie dotknął jej dłoni. – Straż weszła w posiadanie obciążających Panią informacji. – W tej chwili Inspektor zauważył włączony telewizor, nie powtarzał więc o co Arrain została posądzona. - Jest Pani szanowaną w Khartum osobistością, nie śmiałbym więc zamknąć Pani w areszcie, niestety jestem zmuszony do zastosowania Aresztu Domowego. – Wyraźnie zaakcentował ostatnie zdanie. – Proszę pamiętać, że stosuję to bardziej dla Pani bezpieczeństwa, tłum szaleje. Zrobię WSZYSTKO aby dokładnie zbadać całą sytuację.
WWWArrain nie mogła tego widzieć, ale za drzwiami jej pokoju stało trzech żołnierzy, kilkunastu także otoczyło budynek…
WWW***
WWWW tej samej chwili ale w zupełnie innej części miasta, Satsuki szeroko otworzyła oczy. Bez udziału własnej woli bawiła się swoim wisiorkiem - z jasnoniebieskim kamykiem w srebrze. Oglądała właśnie wiadomości.
WWW- Na LON, boję się, że to wszystko przez moją przemowę na balu. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że osiągnęłabym taki efekt, i niezbyt jestem z niego zadowolona. – Powiedziała do siebie w myślach.
Last edited by Satsuki on Sat Apr 13, 2013 7:39 pm, edited 1 time in total.
Avatar stworzony przez tego uzdolnionego Pana.
Re: Teoria Wzrostu
Dynamiczne wejście Xellas było dokładnie tym czego Ehren potrzebował po trzech dnia przymusowego zwisania i powiewania. I oglądania hobby tego....świra. O uczestnictwie nie mówiąc.
Różnorodność materiałów krępujących go miała szczególną cechę, jaką była rozciągliwość zależna od niemalże każdej liny czy sznurka którymi był związany. Trzy doby ostrożnego wicia się pod przykrywką korzystania z gościnności starego zboczeńca wystarczyły by...
Ehren napiął mięśnie ramion i więzy które jeszcze opinały go ciasno strzeliły jak liche postronki. Mężczyzna spadł z ponad metra na kamienną posadzkę, lecz na szczęcie głuche dudnięcie przy spotkaniu jego bosych stóp z posadzką zostało zagłuszone odgłosami imprezy z sali tronowej.
W zasadzie co za choroba umysłowa kazała temu rudemu dziadowi myśleć iż jestem bezbronny i niewinny - zastanawiał się w myślach Ehren, sięgając po porzucony w kącie miecz. Tubylcy ewidentnie preferowali broń palną w tym rejonie, ale zadanie jakie stało przed nim wymagało tego konkretnego miecza. I to nie ze względu na jego nieokreślone cechy antymagiczne.
Dwa piętra w dół, tak? Ehren chwilę nasłuchiwał z zamkniętymi oczyma. Odpowiedź którą usłyszał w głowie okazała się widać satysfakcjonująca, gdyż od razu przystąpił do akcji.
---
Twierdza szajki Borygomosa wyglądała jak spełnienie marzeń warbossa samobieżnych zarodników kosmicznych grzybów, była jednak całkiem przemyślana konstrukcją. Zbudowana zgodnie z regułami sztuki, posiadała szereg murów wijących się w skomplikowanych kształtach, zapewniających odpowiednie pokrycie pól ogniowych na podejściu do bramy. Co interesujące, do budowy zarówno umocnień jak i zabudowań nie użyto prawie kamienia i drewna - całą konstrukcja była wykonana z metalu. Wrażenia z pobytu w takiej konstrukcji w czasie porządnej burzy z piorunami musiały być interesujące. Z punktu widzenia Ehrena oznaczało to jednak iż ma między sobą a ciszą i spokojem dwa stropy wykonane z opancerzonej stalli wysokiej gęstości. Na własne szczęście miał on jednak odpowiedni otwieracz do konserw.
W ramach małej dygresji - większość niepoprawnie dużych mieczy przedstawianych jest jako tępe narzędzia. Twórcy wydają się święcie przekonani iż rozmiar i masa wystarczają do siania zniszczenia na skalę masową, poniekąd mając rację zresztą. Interesująco robi się jednak gdy takowe ostrze ma jednak krawędź tnącą naostrzoną. Bardzo interesująco robi się gdy takowe ostrze było ostrzone w sposób zarezerwowany dla agendowych nanomieczy. Ze względu na geometrię efekt końcowy nie był tak ostry że przechodził pomiędzy atomami, ale do zastosowań na tej zapadłej przez Przedwiecznych kuli błota wystarczał w zupełności.
---
Ehren zakręcił nad głową młynka czarnym mieczem i z rozmachem chlasnął podłogę pod stopami. Raz, dwa, trzy, kawał metalu w jego rękach zdawał się śpiewać, gdy przebijał się przez podłogę nie napotykając praktycznie żadnego oporu. Grawitacja przypomniała o sobie chwilę później i pociągnęła miecz, ten kawałek podłogi i nagiutkiego Ehrena w dół.
Jedno piętro w dół....
Różnorodność materiałów krępujących go miała szczególną cechę, jaką była rozciągliwość zależna od niemalże każdej liny czy sznurka którymi był związany. Trzy doby ostrożnego wicia się pod przykrywką korzystania z gościnności starego zboczeńca wystarczyły by...
Ehren napiął mięśnie ramion i więzy które jeszcze opinały go ciasno strzeliły jak liche postronki. Mężczyzna spadł z ponad metra na kamienną posadzkę, lecz na szczęcie głuche dudnięcie przy spotkaniu jego bosych stóp z posadzką zostało zagłuszone odgłosami imprezy z sali tronowej.
W zasadzie co za choroba umysłowa kazała temu rudemu dziadowi myśleć iż jestem bezbronny i niewinny - zastanawiał się w myślach Ehren, sięgając po porzucony w kącie miecz. Tubylcy ewidentnie preferowali broń palną w tym rejonie, ale zadanie jakie stało przed nim wymagało tego konkretnego miecza. I to nie ze względu na jego nieokreślone cechy antymagiczne.
Dwa piętra w dół, tak? Ehren chwilę nasłuchiwał z zamkniętymi oczyma. Odpowiedź którą usłyszał w głowie okazała się widać satysfakcjonująca, gdyż od razu przystąpił do akcji.
---
Twierdza szajki Borygomosa wyglądała jak spełnienie marzeń warbossa samobieżnych zarodników kosmicznych grzybów, była jednak całkiem przemyślana konstrukcją. Zbudowana zgodnie z regułami sztuki, posiadała szereg murów wijących się w skomplikowanych kształtach, zapewniających odpowiednie pokrycie pól ogniowych na podejściu do bramy. Co interesujące, do budowy zarówno umocnień jak i zabudowań nie użyto prawie kamienia i drewna - całą konstrukcja była wykonana z metalu. Wrażenia z pobytu w takiej konstrukcji w czasie porządnej burzy z piorunami musiały być interesujące. Z punktu widzenia Ehrena oznaczało to jednak iż ma między sobą a ciszą i spokojem dwa stropy wykonane z opancerzonej stalli wysokiej gęstości. Na własne szczęście miał on jednak odpowiedni otwieracz do konserw.
W ramach małej dygresji - większość niepoprawnie dużych mieczy przedstawianych jest jako tępe narzędzia. Twórcy wydają się święcie przekonani iż rozmiar i masa wystarczają do siania zniszczenia na skalę masową, poniekąd mając rację zresztą. Interesująco robi się jednak gdy takowe ostrze ma jednak krawędź tnącą naostrzoną. Bardzo interesująco robi się gdy takowe ostrze było ostrzone w sposób zarezerwowany dla agendowych nanomieczy. Ze względu na geometrię efekt końcowy nie był tak ostry że przechodził pomiędzy atomami, ale do zastosowań na tej zapadłej przez Przedwiecznych kuli błota wystarczał w zupełności.
---
Ehren zakręcił nad głową młynka czarnym mieczem i z rozmachem chlasnął podłogę pod stopami. Raz, dwa, trzy, kawał metalu w jego rękach zdawał się śpiewać, gdy przebijał się przez podłogę nie napotykając praktycznie żadnego oporu. Grawitacja przypomniała o sobie chwilę później i pociągnęła miecz, ten kawałek podłogi i nagiutkiego Ehrena w dół.
Jedno piętro w dół....
Last edited by Caerth on Sat Apr 13, 2013 9:18 pm, edited 2 times in total.
My soul is still the same
But it has many names
But it has many names
Re: Teoria Wzrostu
Dzień osiemnasty.
Późnym popołudniem Wells obudził się. Mimo iż dobrze się wyspał, czuł straszne zmęczenie. Jego organizm odpłacał mu za ostatnie dwa dni imprezowania. Leżał na łóżku dobre kilkanaście minut zanim zebrał się w sobie by wstać. Gdy już mu się to udało, pierwsze co zrobił, to dorwał się do dzbanka stojącego na stoliku. Sok gasił ogromne pragnienie i powoli zabijał suchość w ustach. Gdy opróżnił cały dzbanek, usiał na krześle i odpalił papierosa.
- Obudziła się śpiąca królewna. – Rzucił w jego stronę Behemoth, wychodzący właśnie ze szczeliny w ścianie. – Czyżby główka bolała?
- Spieprzaj dziadu! – Powiedziawszy to rzucił w szczura drewnianym kubkiem.
- No już się tak nie bulwersuj. Trzeba było pić dwa dni z rzędu?
- Nie piłem aż tak dużo na balu. To przez dragi. Wiedziałem, że branie tego gówna to był zły pomysł.
- Lucjan zastanawiał się, czego ciekawego się dowiedziałeś.
- W sumie to…
- Lucjan się zastanawiał, ja mam to w dupie. Siedzą z Kirkiem na dole.
Gdy Behemoth znikną w szczelinie, Wells pokręcił głową. Czemu ja się zadaję z tym szczurem? Pomyślał. Gdy dopalił papierosa zebrał się w sobie i opuścił pomieszczenie.
***
- Naprawdę? Ha ha ha! – Zaśmiał się głośno Lucjan. – Poszedłeś tam w stroju szpiega z krainy deszczowców i okazało się, że to zwykły bal. Mistrzem logistyki to ty nie zostaniesz.
- Kurwa, co wy dzisiaj macie, że musicie tak po mnie jeździć?
- Bo wyglądasz jak ósme nieszczęście. – Powiedział szczur spod stołu.
- Dobrze już, dobrze. Dowiedziałeś się czegoś? – Zapytał Lucjan.
- Dupa, dupa i jeszcze raz dupa. Satsuki stwierdziła, że nie ma czasu na uganianie się za zergami…
- Jak to? Przecież…
- Kirk, to się zdarza. Stwierdziła, że ma inne rzeczy na głowie.
- Szefu, to co robimy?
- Na chwilę obecną, ja idę wziąć prysznic. Później, jak już zapadnie zmrok wybierzemy się do naszych. Jutro przeprowadzimy zwiad na tereny zergów. Chyba, że dostanę w końcu informację z bazy. Wtedy Trzeba będzie się spotkać z radą.
***
Gdy trójka dotarła do starej farmy, była już noc. Trafili bez problemu, dzięki dwóm srebrnikom zawieszonym na nieboskłonie. Gdy weszli do środka krasnoludzi akurat zmieniali opatrunek na nodze Mata. Gdy zobaczyli przywódcę i jego towarzyszy, bardzo się ucieszyli. Lucjan przysiadł przy rannym żołnierzu, zaczął szukać czegoś w swoim zielarskim wyposażeniu. Wyjął pewną obrzydliwie śmierdzącą maść i posmarował ranę. Grymas bólu pojawił się na twarzy Mata, jednak nie jęknął ani razu. W tym czasie Wells rozmawiał z krasnoludami. Pół godziny później jeden z półludzi wyszedł ze stodoły, chwilę po tym z warty wrócił Szeregowy. Jeszcze przez kolejną godzinę dyskutowali na temat planu działania, po czym poszli spać. Nie wszyscy. Wells postanowił pójść na wartę, by chociaż trochę odciążyć swoich ludzi.
***
Dzień dziewiętnasty (Prawie)
Wyruszyli w okolicach godziny trzeciej nad ranem. Gdy dotarli na miejsce było już grubo po dziewiątej. Zatrzymali się około pięciu kilometrów od współrzędnych, na których rzekomo miał znajdować się rój. Plan był prosty. Wysyłają Kirę by sprawdziła teren. Poruszała się najszybciej a w dodatku była niewidzialna. Piętnaście minut później mieli już informacje.
- Jak to nic tam nie ma?
- Mówię ci co mi przekazała. Podobno na miejscu została masa tuneli i jałowa ziemia.
- Idziemy to sprawdzić.
Faktycznie, gdy dotarli na miejsce ich oczom ukazała się pustka wyniszczonego przez zergi terenu. Creep, który zazwyczaj powinien otaczać teren zajęty przez zergi zniknął.
- Nie ma ich już od kilku dni. – Powiedział krasnolud który z nimi pojechał. – Tak na oko trzech, gora czterech. Ze śladów wynika, że udały się na południowy wschód.
- Panowie, zbieramy się. Nic tu po nas. Trzeba będzie poprosić naszego dobrego znajomego, by je odszukał. W razie czego, gdy nasi dojadą rozpoczniemy tropienie.
***
Gdy Lucjan z Wellsem wrócili do Khartum było już po blisko północy. Po powrocie z misji zwiadowczej, postanowił spędzić ze swoimi ludźmi trochę czasu. Podbudować ich morale. Gdy wszedł do swojego pokoju, na stoliku leżała karteczka z wiadomością. Usiadł na łóżku i zaczął czytać. Nareszcie. Pomyślał gdy skończył czytać. Wyszedł z pokoju. Lucjana złapał akurat na korytarzu.
- Wracamy po chłopaków. Możemy się ujawnić. Jutro czeka nas spotkanie z radą. Pasowało by też odwiedzić rektora akademii.
- Dzisiaj? Już?
- A kiedy, czas nas goni.
- Będzie dużym problemem, jeśli dołączę do was jutro? No wiesz dama czeka…
Wells pokręcił głową.
- Też bym wybrał cycki.
Wychodząc ze speluny Ryghart podrapał się po kroczu. Nie wiadomo dlaczego zaczynało go swędzieć. Jak by dziwne ślady pazurów to było za mało. Powoli zaczynał nienawidzić tej planety. Przypomniał też sobie sytuację, gdy jeszcze w bazie agendy, kiedy jego ludzie wyciągali Tramlera, poszedł się odlać. Było mu głupio, że narobił wtedy tyle hałasu, ale jaki facet widząc na swoim sprzęcie coś takiego, nie wpadł by w panikę. Kto mógł zrobić cos takiego? Miał nadzieję, że nie była to pozostałość po dziwnej nocy z Ehrenem i Lucjanem w namiocie. Miał wielką nadzieję.
***
Dzień dwudziesty
Zanim wyprawa ZCM’u wyruszyła do stolicy, zakopali kombinezony w ziemi, pod stodołą. Na szczęście w budynku nie było podłogi, więc nie wyglądało to podejrzanie dla postronnych gości. Chociaż przez ostatnie dni nie spotkali w okolicy nikogo, lepiej nie zostawiać cennego sprzętu całkowicie na pastwę losu. Miejsce gdzie leżała świeżo „ruszana” ziemia przykryto snopkami siana.
***
Ludzie dziwnie się patrzyli na gangerski samochód, który wjeżdżał do miasta. Matki pospiesznie zaciągały swoje dzieci do domów, mężczyźni automatycznie stawali się bardziej czujni. Nagle na ulice wyszła grupka pieciu uzbrojonych ludzi w mundurach.
- Zatrzymać pojazd! - Krzyknął jeden ze strażników.
Wellsowi przeszła przez głowę myśl, jak głupie to było posunięcie z ich strony. Przecież gdyby był zbirem, na pewno by zwyczajnie przyspieszył. Na szczęście dla strażników, pojazd zatrzymał się. Drzi kierowcy otworzyły się i wysiadła z nich czarnowłosa postać z bródką.
- Witajcie. Nazywam się Ryghart Wells. Dyplomata Zakonu Cienistego Młota. Czy…
- Zamknij ryj i każ wysiadać reszcie bandy. A kolega przy działku niech nawet nie myśli o próbie użycia go.
Debile. Pomyślał Wells. Po czym dał sygnał, żeby reszta wysiadła.
- Mamy jednego rannego.
- A w dupie to mam. Odejść od pojazdu. Franek, Heniek idźcie sprawdzić maszynę.
- Dlaczego my?
- Bo wam kuźwa każę!
Dwóch strażników ruszyło w stronę wozu.
- Pieprzony awansowicz. – Powiedział Heniek po cichu, gdy sprawdzali pickupa.
- A kiedyś to i na służbie się z nim dało napić…
Pozostali strażnicy stali i celowali do przybyszów. Widać było, że ich dowódca oprócz tego, iż był głąbem miał spore ambicje. Miał też dobry wzrok, ponieważ po chwili wpatrywania się w Wellsa spostrzegł naszywkę z logiem zakonu doczepioną do kamizelki taktycznej.
- ZCM? Ho, Ho. Panowie złapaliśmy jakąś nową bandę. Inspektor będzie zadowolony. Szykuje się premia jak nic.
- Szefie znaleźliśmy broń! I jakiegoś rannego gościa.
Dowódca uśmiechnął się radośnie. Sięgną po radio zawieszone u pasa i nadał komunikat.
- Tu patrol trzynaście. Zatrzymaliśmy uzbrojoną bandę raiderów. Potrzebujemy transportu. – Tu nastała chwila ciszy. – Tak. Siedmiu mężczyzn. Jeden Ranny. W ogóle dasz wiarę, że ta banda zrobiła sobie emblematy? Gdyby wszyscy bandziory tak robili, było by łatwiej ich rozpoznawać. ZCM. Bardziej debilnej nazwy już nie mogli wymyślić. – Strażnik śmiał się prawie do rozpuku.
Dziesięć minut później do miejsca zdarzenia podjechał samochód. To delikatnie zdziwiło Strażnika, ponieważ spodziewał się suki. Znał ten samochód. Należał do inspektora Xaviera.
***
Wells siedział wygodnie w fotelu, w biurze inspektora. Przez okno widać było budynek rady.
- Przepraszam najmocniej za to cale zamieszanie. Musi pan zrozumieć, że wasz pojazd mógł wzbudzić małe kontrowersje.
- Oczywiście. Dziękuję za szybkie przewiezienie mojego towarzysza do szpitala.
- Nie ma za co. Mam nadzieję, że szybko dojdzie do zdrowia. Doszły mnie słuchy o bitwie kawałek od miasta.
- Straciliśmy tam dobrych ludzi.
- Moje wyrazy współczucia. Coddar nie jest tak bezpieczną planetą jak byśmy chcieli. Cieszy mnie jednak fakt, iż udało wam się dotrzeć do Khartum. W ramach przeprosin za całą aferę ze strażą, miasto przygotowało wam apartament w pobliskim hotelu. Wyślę z wami mojego zaufanego człowieka, pokaże wam jak tam dojechać.
- Dziękuję.
Wells wstał i uścisnął dłoń inspektora na pożegnanie.
***
Dzień dwudziesty pierwszy.
Do ratusza wbiegła jedna z łowczyń.
- Menza! Zaginęło piętnaście łowczyń! Powinny były wrócić dwie godziny temu.
Łowca popatrzył na nią, po czym powiedział spokojnie.
- Bez paniki, to część planu.
- Słucham?
- Myślisz, że nasze wojowniczki dały by się złapać tak łatwo? Wysłałem je z zadaniem rozpuszczenia informacji, że banda Żabera niema tu już czego szukać.
- To szaleństwo! Przecież mogą tam zginąć!
- Jeśli zginął to znak, że były zbyt słabymi wojowniczkami. Śmiesz wątpić w moją strategię?
W czasie, gdy Menza dyskutował z jedną z kobiet, do pomieszczenia wszedł Trevor.
- Przepraszam, że przeszkadzam. Klany rozproszyły się tak jak to przewidziałeś. Nasze jednostki wyruszyły.
- Dziękuję za współpracę. Muszę przyznać, że wasza technologia jest całkiem przydatna.
***
Dochodziła druga w nocy. W obozie jednego z klanów było spokojnie. Gdzieniegdzie przechadzali się wartownicy. Wszyscy już spali. Trzy łowczynie skute łańcuchami siedziały w jednym z namiotów. Cały czas były pilnowane. Nagle do środka wszedł jakiś mężczyzna. Machnął ręką na strażnika. Ten wyszedł.
- Witam drogie panie. Mam nadzieję, że nie budzę.
Jedna z łowczyń splunęła w jego stronę. On się tylko uśmiechnął i zaczął zdejmować z siebie szatę.
- Zastanawiam się która z was umili mi czas dzisiejszego wieczora.
Podszedł do jednej z łowczyń, która wyglądała na najbardziej wycieńczoną. Lubił łatwe ofiary. Wiedział, że po torturach jakie przeszły dzisiejszego poranka, nie będą się strasznie szarpać. Pomylił się. Gdy tylko rozpiął łańcuchy na nogach jednej z łowczyń i zaczął się do niej dobierać, ta momentalnie wykorzystała sytuację. Kopnęła go w twarz i zanim zdążył zawołać straże, złapała go udami za szyję w żelazny uścisk. Po kilku minutach mężczyzna padł martwy. Kobieta wzięła leżący klucz w zęby i otworzyła kajdany swoich towarzyszek. W namiocie znalazły kilka przydanych artefaktów takich jak miecz przybysza oraz sztylet. Trzecia łowczyni jako broń wzięła znalezioną włócznię. Gdy były gotowe, by rozpocząć rzeź, jedna z nich przekręciła kieł na swojej bransoletce. Wyszły na zewnątrz. Dwóch strażników, stojących pod namiotem, nawet nie zdążyło sięgnąć po broń. Pierwszy, ten bliżej wejścia dostał sztyletem między żebra, prosto w płuca. Nie był w stanie nawet jęknąć. W tym samym momencie drugi dosłownie stracił głowę. Mężczyzna który przyszedł by je zgwałcić, musiał być wysoko postawiony w rangach plemienia, gdyż jego oręż był wyjątkowo dobrej jakości. Przechodził przez kręgi szyjne jak przez masło.
***
- Mamy sygnał. – Zakomunikował przez implant jeden z marinesów. – Wkraczamy.
***
W obozie rozpętał się chaos. Wszędzie dało się słyszeć jęki, wrzaski. Ci którzy wyszli z namiotów prawie mdleli z przerażenia. Co chwila ktoś wołał „Demon!”
Ogromna maszyna Zakonu Cienistego Młota siała zamęt, spustoszenie i śmierć. Taranowała co się tylko dało. Przy pomocy miotacza ognia przemieniała dziki lud w skwierczące skwarki. Niewielu którym udało się przeżyć przez lata snuło legendy o zemście bogów jaka spotkała ich tej nocy.
W obozach pozostałych klanów sytuacja wyglądała dokładnie tak samo.
***
Dzień dwudziesty drugi.
Do gabinetu profesora Haru wbiegł asystent.
- Profesorze, udało się. Wszystko przebiegło sprawnie. Prawie tak jak na symulacjach. Devourery sprawdzają się znakomicie.
- Bardzo dobrze. Na ile sztuk możemy sobie jeszcze pozwolić?
- Niestety wyczerpują się nam już zapasy tytanu. Starczy maksymalnie na trzy kolejne. – Usłyszawszy to profesor Haru się skrzywił.
- Tak się dzieje, kiedy jakiś geniusz nie weźmie pod uwagę, że do tych cacek trzeba wyprodukować jeszcze broń. – Haru sięgnął po szklankę z wodą i upił łyk. – Mieć dziesięć mechów a nie mieć dziesięciu mechów, to już dwadzieścia mechów.
***
- Dziękuję za pomoc. – Powiedział Menza. – Myślę, że ta akcja przypieczętowała naszą dalszą współpracę.
- Wreszcie się przekonałeś do zakonu? Nie wierzę w to co słyszę.
- Przyznaję, miałem wielkie opory. Najpierw tamta trójka, później wy. Można się było pogubić w tym wszystkim. Teraz widzę, że wasza organizacja i moje plemię… Jesteśmy w pewien sposób podobni. Walczymy o słuszną sprawę.
Trevor wstał od stołu.
- Cieszy mnie to. Jak się czują wasze łowczynie?
- Dadzą sobie radę. Rany goja się szybko. Piątka wojowniczek jest niewielką stratą w porównaniu do tego, co te klany mogły by nam uczynić w przyszłości. Mam tylko jeden niesmak. Mogliśmy tropić Żabera.
- To mogło by się tylko przyczynić do większych strat. Miejmy nadzieję, że na razie będzie spokojnie.
Trevor wyszedł z budynku. Popatrzył po cały czas budowanej osadzie i się uśmiechnął. Ruszył w kierunku kopalni.
Późnym popołudniem Wells obudził się. Mimo iż dobrze się wyspał, czuł straszne zmęczenie. Jego organizm odpłacał mu za ostatnie dwa dni imprezowania. Leżał na łóżku dobre kilkanaście minut zanim zebrał się w sobie by wstać. Gdy już mu się to udało, pierwsze co zrobił, to dorwał się do dzbanka stojącego na stoliku. Sok gasił ogromne pragnienie i powoli zabijał suchość w ustach. Gdy opróżnił cały dzbanek, usiał na krześle i odpalił papierosa.
- Obudziła się śpiąca królewna. – Rzucił w jego stronę Behemoth, wychodzący właśnie ze szczeliny w ścianie. – Czyżby główka bolała?
- Spieprzaj dziadu! – Powiedziawszy to rzucił w szczura drewnianym kubkiem.
- No już się tak nie bulwersuj. Trzeba było pić dwa dni z rzędu?
- Nie piłem aż tak dużo na balu. To przez dragi. Wiedziałem, że branie tego gówna to był zły pomysł.
- Lucjan zastanawiał się, czego ciekawego się dowiedziałeś.
- W sumie to…
- Lucjan się zastanawiał, ja mam to w dupie. Siedzą z Kirkiem na dole.
Gdy Behemoth znikną w szczelinie, Wells pokręcił głową. Czemu ja się zadaję z tym szczurem? Pomyślał. Gdy dopalił papierosa zebrał się w sobie i opuścił pomieszczenie.
***
- Naprawdę? Ha ha ha! – Zaśmiał się głośno Lucjan. – Poszedłeś tam w stroju szpiega z krainy deszczowców i okazało się, że to zwykły bal. Mistrzem logistyki to ty nie zostaniesz.
- Kurwa, co wy dzisiaj macie, że musicie tak po mnie jeździć?
- Bo wyglądasz jak ósme nieszczęście. – Powiedział szczur spod stołu.
- Dobrze już, dobrze. Dowiedziałeś się czegoś? – Zapytał Lucjan.
- Dupa, dupa i jeszcze raz dupa. Satsuki stwierdziła, że nie ma czasu na uganianie się za zergami…
- Jak to? Przecież…
- Kirk, to się zdarza. Stwierdziła, że ma inne rzeczy na głowie.
- Szefu, to co robimy?
- Na chwilę obecną, ja idę wziąć prysznic. Później, jak już zapadnie zmrok wybierzemy się do naszych. Jutro przeprowadzimy zwiad na tereny zergów. Chyba, że dostanę w końcu informację z bazy. Wtedy Trzeba będzie się spotkać z radą.
***
Gdy trójka dotarła do starej farmy, była już noc. Trafili bez problemu, dzięki dwóm srebrnikom zawieszonym na nieboskłonie. Gdy weszli do środka krasnoludzi akurat zmieniali opatrunek na nodze Mata. Gdy zobaczyli przywódcę i jego towarzyszy, bardzo się ucieszyli. Lucjan przysiadł przy rannym żołnierzu, zaczął szukać czegoś w swoim zielarskim wyposażeniu. Wyjął pewną obrzydliwie śmierdzącą maść i posmarował ranę. Grymas bólu pojawił się na twarzy Mata, jednak nie jęknął ani razu. W tym czasie Wells rozmawiał z krasnoludami. Pół godziny później jeden z półludzi wyszedł ze stodoły, chwilę po tym z warty wrócił Szeregowy. Jeszcze przez kolejną godzinę dyskutowali na temat planu działania, po czym poszli spać. Nie wszyscy. Wells postanowił pójść na wartę, by chociaż trochę odciążyć swoich ludzi.
***
Dzień dziewiętnasty (Prawie)
Wyruszyli w okolicach godziny trzeciej nad ranem. Gdy dotarli na miejsce było już grubo po dziewiątej. Zatrzymali się około pięciu kilometrów od współrzędnych, na których rzekomo miał znajdować się rój. Plan był prosty. Wysyłają Kirę by sprawdziła teren. Poruszała się najszybciej a w dodatku była niewidzialna. Piętnaście minut później mieli już informacje.
- Jak to nic tam nie ma?
- Mówię ci co mi przekazała. Podobno na miejscu została masa tuneli i jałowa ziemia.
- Idziemy to sprawdzić.
Faktycznie, gdy dotarli na miejsce ich oczom ukazała się pustka wyniszczonego przez zergi terenu. Creep, który zazwyczaj powinien otaczać teren zajęty przez zergi zniknął.
- Nie ma ich już od kilku dni. – Powiedział krasnolud który z nimi pojechał. – Tak na oko trzech, gora czterech. Ze śladów wynika, że udały się na południowy wschód.
- Panowie, zbieramy się. Nic tu po nas. Trzeba będzie poprosić naszego dobrego znajomego, by je odszukał. W razie czego, gdy nasi dojadą rozpoczniemy tropienie.
***
Gdy Lucjan z Wellsem wrócili do Khartum było już po blisko północy. Po powrocie z misji zwiadowczej, postanowił spędzić ze swoimi ludźmi trochę czasu. Podbudować ich morale. Gdy wszedł do swojego pokoju, na stoliku leżała karteczka z wiadomością. Usiadł na łóżku i zaczął czytać. Nareszcie. Pomyślał gdy skończył czytać. Wyszedł z pokoju. Lucjana złapał akurat na korytarzu.
- Wracamy po chłopaków. Możemy się ujawnić. Jutro czeka nas spotkanie z radą. Pasowało by też odwiedzić rektora akademii.
- Dzisiaj? Już?
- A kiedy, czas nas goni.
- Będzie dużym problemem, jeśli dołączę do was jutro? No wiesz dama czeka…
Wells pokręcił głową.
- Też bym wybrał cycki.
Wychodząc ze speluny Ryghart podrapał się po kroczu. Nie wiadomo dlaczego zaczynało go swędzieć. Jak by dziwne ślady pazurów to było za mało. Powoli zaczynał nienawidzić tej planety. Przypomniał też sobie sytuację, gdy jeszcze w bazie agendy, kiedy jego ludzie wyciągali Tramlera, poszedł się odlać. Było mu głupio, że narobił wtedy tyle hałasu, ale jaki facet widząc na swoim sprzęcie coś takiego, nie wpadł by w panikę. Kto mógł zrobić cos takiego? Miał nadzieję, że nie była to pozostałość po dziwnej nocy z Ehrenem i Lucjanem w namiocie. Miał wielką nadzieję.
***
Dzień dwudziesty
Zanim wyprawa ZCM’u wyruszyła do stolicy, zakopali kombinezony w ziemi, pod stodołą. Na szczęście w budynku nie było podłogi, więc nie wyglądało to podejrzanie dla postronnych gości. Chociaż przez ostatnie dni nie spotkali w okolicy nikogo, lepiej nie zostawiać cennego sprzętu całkowicie na pastwę losu. Miejsce gdzie leżała świeżo „ruszana” ziemia przykryto snopkami siana.
***
Ludzie dziwnie się patrzyli na gangerski samochód, który wjeżdżał do miasta. Matki pospiesznie zaciągały swoje dzieci do domów, mężczyźni automatycznie stawali się bardziej czujni. Nagle na ulice wyszła grupka pieciu uzbrojonych ludzi w mundurach.
- Zatrzymać pojazd! - Krzyknął jeden ze strażników.
Wellsowi przeszła przez głowę myśl, jak głupie to było posunięcie z ich strony. Przecież gdyby był zbirem, na pewno by zwyczajnie przyspieszył. Na szczęście dla strażników, pojazd zatrzymał się. Drzi kierowcy otworzyły się i wysiadła z nich czarnowłosa postać z bródką.
- Witajcie. Nazywam się Ryghart Wells. Dyplomata Zakonu Cienistego Młota. Czy…
- Zamknij ryj i każ wysiadać reszcie bandy. A kolega przy działku niech nawet nie myśli o próbie użycia go.
Debile. Pomyślał Wells. Po czym dał sygnał, żeby reszta wysiadła.
- Mamy jednego rannego.
- A w dupie to mam. Odejść od pojazdu. Franek, Heniek idźcie sprawdzić maszynę.
- Dlaczego my?
- Bo wam kuźwa każę!
Dwóch strażników ruszyło w stronę wozu.
- Pieprzony awansowicz. – Powiedział Heniek po cichu, gdy sprawdzali pickupa.
- A kiedyś to i na służbie się z nim dało napić…
Pozostali strażnicy stali i celowali do przybyszów. Widać było, że ich dowódca oprócz tego, iż był głąbem miał spore ambicje. Miał też dobry wzrok, ponieważ po chwili wpatrywania się w Wellsa spostrzegł naszywkę z logiem zakonu doczepioną do kamizelki taktycznej.
- ZCM? Ho, Ho. Panowie złapaliśmy jakąś nową bandę. Inspektor będzie zadowolony. Szykuje się premia jak nic.
- Szefie znaleźliśmy broń! I jakiegoś rannego gościa.
Dowódca uśmiechnął się radośnie. Sięgną po radio zawieszone u pasa i nadał komunikat.
- Tu patrol trzynaście. Zatrzymaliśmy uzbrojoną bandę raiderów. Potrzebujemy transportu. – Tu nastała chwila ciszy. – Tak. Siedmiu mężczyzn. Jeden Ranny. W ogóle dasz wiarę, że ta banda zrobiła sobie emblematy? Gdyby wszyscy bandziory tak robili, było by łatwiej ich rozpoznawać. ZCM. Bardziej debilnej nazwy już nie mogli wymyślić. – Strażnik śmiał się prawie do rozpuku.
Dziesięć minut później do miejsca zdarzenia podjechał samochód. To delikatnie zdziwiło Strażnika, ponieważ spodziewał się suki. Znał ten samochód. Należał do inspektora Xaviera.
***
Wells siedział wygodnie w fotelu, w biurze inspektora. Przez okno widać było budynek rady.
- Przepraszam najmocniej za to cale zamieszanie. Musi pan zrozumieć, że wasz pojazd mógł wzbudzić małe kontrowersje.
- Oczywiście. Dziękuję za szybkie przewiezienie mojego towarzysza do szpitala.
- Nie ma za co. Mam nadzieję, że szybko dojdzie do zdrowia. Doszły mnie słuchy o bitwie kawałek od miasta.
- Straciliśmy tam dobrych ludzi.
- Moje wyrazy współczucia. Coddar nie jest tak bezpieczną planetą jak byśmy chcieli. Cieszy mnie jednak fakt, iż udało wam się dotrzeć do Khartum. W ramach przeprosin za całą aferę ze strażą, miasto przygotowało wam apartament w pobliskim hotelu. Wyślę z wami mojego zaufanego człowieka, pokaże wam jak tam dojechać.
- Dziękuję.
Wells wstał i uścisnął dłoń inspektora na pożegnanie.
***
Dzień dwudziesty pierwszy.
Do ratusza wbiegła jedna z łowczyń.
- Menza! Zaginęło piętnaście łowczyń! Powinny były wrócić dwie godziny temu.
Łowca popatrzył na nią, po czym powiedział spokojnie.
- Bez paniki, to część planu.
- Słucham?
- Myślisz, że nasze wojowniczki dały by się złapać tak łatwo? Wysłałem je z zadaniem rozpuszczenia informacji, że banda Żabera niema tu już czego szukać.
- To szaleństwo! Przecież mogą tam zginąć!
- Jeśli zginął to znak, że były zbyt słabymi wojowniczkami. Śmiesz wątpić w moją strategię?
W czasie, gdy Menza dyskutował z jedną z kobiet, do pomieszczenia wszedł Trevor.
- Przepraszam, że przeszkadzam. Klany rozproszyły się tak jak to przewidziałeś. Nasze jednostki wyruszyły.
- Dziękuję za współpracę. Muszę przyznać, że wasza technologia jest całkiem przydatna.
***
Dochodziła druga w nocy. W obozie jednego z klanów było spokojnie. Gdzieniegdzie przechadzali się wartownicy. Wszyscy już spali. Trzy łowczynie skute łańcuchami siedziały w jednym z namiotów. Cały czas były pilnowane. Nagle do środka wszedł jakiś mężczyzna. Machnął ręką na strażnika. Ten wyszedł.
- Witam drogie panie. Mam nadzieję, że nie budzę.
Jedna z łowczyń splunęła w jego stronę. On się tylko uśmiechnął i zaczął zdejmować z siebie szatę.
- Zastanawiam się która z was umili mi czas dzisiejszego wieczora.
Podszedł do jednej z łowczyń, która wyglądała na najbardziej wycieńczoną. Lubił łatwe ofiary. Wiedział, że po torturach jakie przeszły dzisiejszego poranka, nie będą się strasznie szarpać. Pomylił się. Gdy tylko rozpiął łańcuchy na nogach jednej z łowczyń i zaczął się do niej dobierać, ta momentalnie wykorzystała sytuację. Kopnęła go w twarz i zanim zdążył zawołać straże, złapała go udami za szyję w żelazny uścisk. Po kilku minutach mężczyzna padł martwy. Kobieta wzięła leżący klucz w zęby i otworzyła kajdany swoich towarzyszek. W namiocie znalazły kilka przydanych artefaktów takich jak miecz przybysza oraz sztylet. Trzecia łowczyni jako broń wzięła znalezioną włócznię. Gdy były gotowe, by rozpocząć rzeź, jedna z nich przekręciła kieł na swojej bransoletce. Wyszły na zewnątrz. Dwóch strażników, stojących pod namiotem, nawet nie zdążyło sięgnąć po broń. Pierwszy, ten bliżej wejścia dostał sztyletem między żebra, prosto w płuca. Nie był w stanie nawet jęknąć. W tym samym momencie drugi dosłownie stracił głowę. Mężczyzna który przyszedł by je zgwałcić, musiał być wysoko postawiony w rangach plemienia, gdyż jego oręż był wyjątkowo dobrej jakości. Przechodził przez kręgi szyjne jak przez masło.
***
- Mamy sygnał. – Zakomunikował przez implant jeden z marinesów. – Wkraczamy.
***
W obozie rozpętał się chaos. Wszędzie dało się słyszeć jęki, wrzaski. Ci którzy wyszli z namiotów prawie mdleli z przerażenia. Co chwila ktoś wołał „Demon!”
Ogromna maszyna Zakonu Cienistego Młota siała zamęt, spustoszenie i śmierć. Taranowała co się tylko dało. Przy pomocy miotacza ognia przemieniała dziki lud w skwierczące skwarki. Niewielu którym udało się przeżyć przez lata snuło legendy o zemście bogów jaka spotkała ich tej nocy.
W obozach pozostałych klanów sytuacja wyglądała dokładnie tak samo.
***
Dzień dwudziesty drugi.
Do gabinetu profesora Haru wbiegł asystent.
- Profesorze, udało się. Wszystko przebiegło sprawnie. Prawie tak jak na symulacjach. Devourery sprawdzają się znakomicie.
- Bardzo dobrze. Na ile sztuk możemy sobie jeszcze pozwolić?
- Niestety wyczerpują się nam już zapasy tytanu. Starczy maksymalnie na trzy kolejne. – Usłyszawszy to profesor Haru się skrzywił.
- Tak się dzieje, kiedy jakiś geniusz nie weźmie pod uwagę, że do tych cacek trzeba wyprodukować jeszcze broń. – Haru sięgnął po szklankę z wodą i upił łyk. – Mieć dziesięć mechów a nie mieć dziesięciu mechów, to już dwadzieścia mechów.
***
- Dziękuję za pomoc. – Powiedział Menza. – Myślę, że ta akcja przypieczętowała naszą dalszą współpracę.
- Wreszcie się przekonałeś do zakonu? Nie wierzę w to co słyszę.
- Przyznaję, miałem wielkie opory. Najpierw tamta trójka, później wy. Można się było pogubić w tym wszystkim. Teraz widzę, że wasza organizacja i moje plemię… Jesteśmy w pewien sposób podobni. Walczymy o słuszną sprawę.
Trevor wstał od stołu.
- Cieszy mnie to. Jak się czują wasze łowczynie?
- Dadzą sobie radę. Rany goja się szybko. Piątka wojowniczek jest niewielką stratą w porównaniu do tego, co te klany mogły by nam uczynić w przyszłości. Mam tylko jeden niesmak. Mogliśmy tropić Żabera.
- To mogło by się tylko przyczynić do większych strat. Miejmy nadzieję, że na razie będzie spokojnie.
Trevor wyszedł z budynku. Popatrzył po cały czas budowanej osadzie i się uśmiechnął. Ruszył w kierunku kopalni.
Last edited by Taii on Sun Apr 14, 2013 1:13 pm, edited 2 times in total.
"Chłop kopiący ziemniaki, to proza realistyczna; chłop kopiący pomarańcze to fantastyka (lub schizofrenia); ziemniaki kopiące chłopa to Sci-Fi"
R. Kot
R. Kot
Re: Teoria Wzrostu
Przeciętnego mieszkańca Khartum, czego nikt nie ukrywał, obchodzi głównie to jak dobrze skonsumować jego dobytek. Ewentualnie też jak go powiększyć ale do tego głowy specjalnie nie mieli, jako że ludność ta w większej mierze składa się z prostych górników. Ich wiedza i życiowe doświadczenie są bardzo specjalistyczne, jednak przydatne głównie pod ziemią.
Korzenie Psiej Ligi, natomiast, wywodzą się z gildii kupieckich. Nawet do tej pory rozwój organizacji idzie w kierunku handlu, marketingu i zarządzania. I choć skupia ona ludzi o bardzo różnych talentach, wymienione powyżej kierunki od zawsze były priorytetowe. Obrany kierunek poskutkował bardzo tragicznie przy otwartej wojnie z Anty-Wipem, specjalizującym się w prowadzeniu działań wojennych jak i rajdów rabunkowych. Psia Liga nie miała wystarczającej armii ani doświadczenia na polu bitwy aby odeprzeć atak a jej ekonomia została mocno zniszczona. Mówi się jednak, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Tak było i w tym przypadku. Zaistniała kryzysowa sytuacja nauczyła ekspertów budować system od niemal podstaw, a co ważniejsze, umożliwiła pokazanie się nowym utalentowanym osobom ze świeżymi pomysłami.
W efekcie kiedy przedstawiciel tej organizacji – Kurt Lacko – zaczął proponować ludziom, którzy próbowali swoich sił w mnożeniu majątku, że może to zrobić naprawdę skutecznie albo też wyszkolić ludzi aby potrafili tego dokonać, został przyjęty z otwartymi rękoma. Szybko też okazywało się, że jego słowa nie są przelewkami i ludzie coraz chętniej oddawali coraz to większe kwoty do obrotu, na procent od zysku. Oczywiście nie zawsze odnosił sukces. To zwyczajnie nie jest możliwe. Kurt jednak potrafił wyrobić sobie na tyle wysoki procent skuteczności, że ludzie nie zniechęcali się do jego propozycji.
Oczywiście każdy kupiec posiada swoje mniej lub bardziej niecne sztuczki. Plan Good Guys From Space, pisany pod nadzorem Maczera, który od momentu opuszczenia planety przez Archonta Psiej Ligi – Lorda Windukinda – stał się oficjalnym opiekunem ekspedycji, stanowczo jednak zabraniał korzystania z nich o ile jego ekspedycja nie znajdowała się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia. Z godnie z przewidywaniami była to dobra decyzja.
Kiedy zatem przedstawicielka Agendy zaczęła bezpardonowo podburzać ludzi na balu przeciw Psiej Lidze, ludzie pod wpływem chwili i wyrafinowanego trunku poszli z falą. Jednak po powrocie do domu i otrzeźwieniu, znaczna większość zaczęła zdawać sobie sprawę, że w zasadzie to nawet nie wiadomo kim w ogóle jest tak naprawdę Satsuki. Bardziej wnikliwe osoby wiedziały, że posiada rezydencję od dłuższego czasu ale nikt nigdy jej wcześniej nie widział ani nie miał podstaw aby wyrobić sobie opinii na jej, bądź jej organizacji, temat.
Przyrównując zatem sytuację do wyścigów konnych, można było albo postawić na wierzchowca o nazwie Psia Liga, mającego już od dłuższego czasu dobre wyniki albo można było postawić na tego o nazwie Agenda, który choć zalśnił, jest de facto kompletnie nowy, nieznany i mówi na słowo honoru, żeby nie stawiać na pierwszego. Można też oczywiście nie stawiać na żadnego bo może akurat dana osoba wolała robić coś innego w tym czasie. Zdecydowana większość wybierze w tej sytuacji jednak sprawdzonego konia numer jeden.
Jednak nie sympatie czy antypatie do poszczególnych organizacji przyczyniły się do szybkiego złamania zmowy milczenia. Nie była to też, co ciekawe, kwestia obecności Maczera, gdyż słysząc słowa przedstawicielki Agendy zaczął się śmiać po cichu, kurtuazyjnie nie przeszkadzając hostowi imprezy, nie dowierzając w ogóle, że ktoś może potraktować to na poważnie. Co tak naprawdę zadziałało to głównie kwestia ego i prostoduszności mieszkańców Khartum, którzy nie potrafili długo wytrzymać bez pochwalenia się na jak wspaniałym balu się znaleźli i jak bardzo nie mogą się doczekać kolejnego.
-----------------------------------
Minął dzień i Xavier był mocno niepocieszony przebiegiem wydarzeń. Był mocno przeciwny podejmowaniu decyzji na podstawie anonimowego listu. Został zmuszony przez współpracowników do twardych działań ale zabrakło równie twardych dowodów i mocno teraz ubolewał nad swoim pochopnym działaniem.
Dopada mnie starość – pomyślał. - Taki kardynalny błąd...
Po pierwszych przesłuchaniach już zauważył, że nawet jeśli prawdą jest to co zostało doniesione na Arrain Volage, nie znajdą osoby która by ją wydała. I nie chodzi tu oczywiście o możliwą utratę stanowiska przez któregoś członka rady. Tam nikt się specjalnie nie pchał ani nikt specjalnie nie odchodził stamtąd. Rozchodziło się prędzej o możliwość utraty kontynuowania domniemanych intymnych spotkań z bądź co bądź atrakcyjną kobietą. Dziwka dziwką a fetysz na seks biurowy to zupełnie inna bajka.
Nie było też mowy o świadkach z zewnątrz. Na tyle na ile poznał oskarżoną rzucało się wręcz w oczy, że jest ona perfekcjonistką w każdym calu. Jeśli zatem została wyszkolona do takiego działania, potrafiłaby doskonale zapewnić sobie brak świadków.
Jest to jednak tylko jeden z wielu możliwych scenariuszy i nie należało specjalnie ulegać tej wersji wydarzeń. W szczególności teraz kiedy stał przed Arrain i musiał przyznać się, że oskarżenie było bezpodstawne, i że zgodnie z prawem musi po 24 godzinach odejść z podkuloną głową.
- Nie miej wątpliwości, postępowanie nadal trwa. - powiedział z kamienną twarzą inspektor.
- Postępowanie nie przeszkadza mi o ile nie zamykacie mi placówki na cały dzień. - Odpowiedziała Arain. Jeszcze przed przybyciem na planetę zapoznała się z prawem największych miast Coddar i wiedziała, że jest na wygranej pozycji. - Nie muszę chyba mówić jak bardzo niesłusznie nadszarpnęliście naszą reputację i na jakiego rodzaju koszta nas naraziliście swoim postępowaniem
- Rozumiem Twoją gorycz ale działamy zgodnie z prawem.
- W zasadzie nie chcemy zadośćuczynienia. Tak w imię przyjaźni i szacunku do waszej instytucji. Ale oficjalne przeprosiny wypadałoby nadać z waszej strony w mediach.
- To … - zawahał się chwilę – da się zrobić.
Xavier chciał skończyć jak najszybciej tą rozmowę. Oczywiście nie był specjalnie zadowolony z danej obietnicy. Nikt tego nie lubi robić. Miał jednak przeczucie, że rozmowa ta mogła wyglądać znacznie gorzej i bardziej wyczerpująco a czekała go jeszcze sprawa nie mniejszej rangi.
Dziś bowiem stabilność bramy osiągnęła poziom umożliwiający wywóz kryształu a wieść gminna niosła, że Agenda jest w posiadaniu takowego. Nagłe pojawienie się Satsuki w Khartum zaraz po tych doniesieniach zdawały się potwierdzać je. Mógł to też być w zasadzie zbieg okoliczności. Tak samo jak to, że akurat kiedy Psia Liga miała wywieźć swój kryształ doszło do wypadku na płycie z udziałem ich transportowca. Dlatego spodziewał się kontaktu ze strony Agendy w każdym momencie. No może nie do końca „każdym”. Ze względu na śledztwo i krótki czas na jaki mogli narzucić areszt Arrain, ustanowił, że w dniu 22 – dzisiejszym - nie przyjmuje interesantów i że w sprawach pilnych, takich jak wydanie zgody na transport kryształu, można go ewentualnie łapać po godzinach pracy czyli 18-ej.
Ale to nie wszystko. Do dziś pamięta bowiem przejście HMS Ruby przez bramę i to jak długo musiał wysłuchiwać narzekań z Akademii ile to szkód narządził nieprzepisowym ładunkiem. Zatem, ze względów bezpieczeństwa, wydał specjalnie rozporządzenie aby ze szczególną pieczołowitością przeglądać transporty Agendy.
- Macie obejrzeć każdy każde pomieszczenie, każdy luk, czy najmniejszą szafkę – mówił na spotkaniu inspektorów.- Żadnych odstępstw od regulaminu. Nie możemy mieć nic sobie do zarzucenia. Nasz wizerunek nie może więcej ucierpieć. Ale co ważniejsze, nikomu nie może stać się krzywda! Ci ludzie mogą nawet nie mieć świadomości, że narażają nie tylko swoje życie ale także życie osób pracujących przy bramie. Dlatego musimy znaleźć wszystkie potencjalne niebezpieczeństwa, nawet jeśli to będzie niedokręcona śrubka.
- W odniesieniu do danych o HMS Ruby – Odezwał się z wyraźnym niezadowoleniem inny z inspektorów – odprawa taka zajmie nam dobre trzy doby.
- Owszem, to jest problem, który chcemy jednak uniknąć – odpowiedział Xavier. - Będziemy zatem pracować bez przerwy. Dzień i noc. Jak będziemy mieli szczęście, uda nam się skrócić czas do dwóch dób.
Na te słowa sala zawrzała. Co prawda na sali nie było inspektora, który nie lubiłby swojej pracy ale nikomu nie uśmiechało harować po nocy zamiast spędzić fajnie wieczór z żoną. Xavier miał podobne odczucia ale miał przekonanie, że postępuje słusznie. Dlatego dodał stanowczo:
- To ostateczna decyzja i nie podlega dyskusji. Agenda jeszcze nie zwróciła się do nas ale postarajcie się być gotowi i wypoczęci
-----------------------------------
Nie tylko w Khartum inspektorzy mieli ręce pełne roboty. Benjamin Fox analizował właśnie swoje notatki ze śledztwa w sprawie śmierci Ashley Shirley Hole. Ręcznie zapisany notes był bardzo gruby ale tylko jedna informacja skupiała jego uwagę.
- 90% akcesoriów zmarłej wzmagające doznania erotyczne nie mają najmniejszych śladów zużycia.
Informacja ta nie została poddana jeszcze do publicznej wiadomości. To, że przyrządy te zostały w ogóle znalezione też nie miały zostać opublikowane ale niestety prasa jakoś dobrała się do niej. Inspektor dokonał wszelkich starań aby się to nie powtórzyło. Miał dzięki temu wybór. Ratować honor zmarłej przywódczyni kosztem dalszego podburzania ludu czy mimo wszystko pogrzebać szybko zmarłą i starać się ostudzić napięcie rosnące w mieście.
Bardzo chciał skonsultować sprawę z przyjacielem, inspektorem Xavierem ale nie mógł się do niego dodzwonić od kilkunastu godzin. A zależało mu podwójnie gdyż był w posiadaniu jeszcze jednego tajemniczego elementu układanki. Na wpół spalone zdjęcie w których widać ledwie sylwetki barczystych postaci w czymś co mogłoby być karczmą. Nie szło rozpoznać twarzy ale można było próbować zidentyfikować miejsce i mieć nadzieję, że tam znajdzie się kolejne poszlaki. Gdziekolwiek nie prowadziły.
Miejsca tego pokroju znał w swoim mieście. Jego zmysł śledczego sugerował szukać zatem szczęścia w Khartum. No i z oczywistych powodów jedyną osobą którą mógł prosić o pomoc był właśnie inspektor Xavier... Odbierz ten telefon, do diabla!
Korzenie Psiej Ligi, natomiast, wywodzą się z gildii kupieckich. Nawet do tej pory rozwój organizacji idzie w kierunku handlu, marketingu i zarządzania. I choć skupia ona ludzi o bardzo różnych talentach, wymienione powyżej kierunki od zawsze były priorytetowe. Obrany kierunek poskutkował bardzo tragicznie przy otwartej wojnie z Anty-Wipem, specjalizującym się w prowadzeniu działań wojennych jak i rajdów rabunkowych. Psia Liga nie miała wystarczającej armii ani doświadczenia na polu bitwy aby odeprzeć atak a jej ekonomia została mocno zniszczona. Mówi się jednak, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Tak było i w tym przypadku. Zaistniała kryzysowa sytuacja nauczyła ekspertów budować system od niemal podstaw, a co ważniejsze, umożliwiła pokazanie się nowym utalentowanym osobom ze świeżymi pomysłami.
W efekcie kiedy przedstawiciel tej organizacji – Kurt Lacko – zaczął proponować ludziom, którzy próbowali swoich sił w mnożeniu majątku, że może to zrobić naprawdę skutecznie albo też wyszkolić ludzi aby potrafili tego dokonać, został przyjęty z otwartymi rękoma. Szybko też okazywało się, że jego słowa nie są przelewkami i ludzie coraz chętniej oddawali coraz to większe kwoty do obrotu, na procent od zysku. Oczywiście nie zawsze odnosił sukces. To zwyczajnie nie jest możliwe. Kurt jednak potrafił wyrobić sobie na tyle wysoki procent skuteczności, że ludzie nie zniechęcali się do jego propozycji.
Oczywiście każdy kupiec posiada swoje mniej lub bardziej niecne sztuczki. Plan Good Guys From Space, pisany pod nadzorem Maczera, który od momentu opuszczenia planety przez Archonta Psiej Ligi – Lorda Windukinda – stał się oficjalnym opiekunem ekspedycji, stanowczo jednak zabraniał korzystania z nich o ile jego ekspedycja nie znajdowała się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia. Z godnie z przewidywaniami była to dobra decyzja.
Kiedy zatem przedstawicielka Agendy zaczęła bezpardonowo podburzać ludzi na balu przeciw Psiej Lidze, ludzie pod wpływem chwili i wyrafinowanego trunku poszli z falą. Jednak po powrocie do domu i otrzeźwieniu, znaczna większość zaczęła zdawać sobie sprawę, że w zasadzie to nawet nie wiadomo kim w ogóle jest tak naprawdę Satsuki. Bardziej wnikliwe osoby wiedziały, że posiada rezydencję od dłuższego czasu ale nikt nigdy jej wcześniej nie widział ani nie miał podstaw aby wyrobić sobie opinii na jej, bądź jej organizacji, temat.
Przyrównując zatem sytuację do wyścigów konnych, można było albo postawić na wierzchowca o nazwie Psia Liga, mającego już od dłuższego czasu dobre wyniki albo można było postawić na tego o nazwie Agenda, który choć zalśnił, jest de facto kompletnie nowy, nieznany i mówi na słowo honoru, żeby nie stawiać na pierwszego. Można też oczywiście nie stawiać na żadnego bo może akurat dana osoba wolała robić coś innego w tym czasie. Zdecydowana większość wybierze w tej sytuacji jednak sprawdzonego konia numer jeden.
Jednak nie sympatie czy antypatie do poszczególnych organizacji przyczyniły się do szybkiego złamania zmowy milczenia. Nie była to też, co ciekawe, kwestia obecności Maczera, gdyż słysząc słowa przedstawicielki Agendy zaczął się śmiać po cichu, kurtuazyjnie nie przeszkadzając hostowi imprezy, nie dowierzając w ogóle, że ktoś może potraktować to na poważnie. Co tak naprawdę zadziałało to głównie kwestia ego i prostoduszności mieszkańców Khartum, którzy nie potrafili długo wytrzymać bez pochwalenia się na jak wspaniałym balu się znaleźli i jak bardzo nie mogą się doczekać kolejnego.
-----------------------------------
Minął dzień i Xavier był mocno niepocieszony przebiegiem wydarzeń. Był mocno przeciwny podejmowaniu decyzji na podstawie anonimowego listu. Został zmuszony przez współpracowników do twardych działań ale zabrakło równie twardych dowodów i mocno teraz ubolewał nad swoim pochopnym działaniem.
Dopada mnie starość – pomyślał. - Taki kardynalny błąd...
Po pierwszych przesłuchaniach już zauważył, że nawet jeśli prawdą jest to co zostało doniesione na Arrain Volage, nie znajdą osoby która by ją wydała. I nie chodzi tu oczywiście o możliwą utratę stanowiska przez któregoś członka rady. Tam nikt się specjalnie nie pchał ani nikt specjalnie nie odchodził stamtąd. Rozchodziło się prędzej o możliwość utraty kontynuowania domniemanych intymnych spotkań z bądź co bądź atrakcyjną kobietą. Dziwka dziwką a fetysz na seks biurowy to zupełnie inna bajka.
Nie było też mowy o świadkach z zewnątrz. Na tyle na ile poznał oskarżoną rzucało się wręcz w oczy, że jest ona perfekcjonistką w każdym calu. Jeśli zatem została wyszkolona do takiego działania, potrafiłaby doskonale zapewnić sobie brak świadków.
Jest to jednak tylko jeden z wielu możliwych scenariuszy i nie należało specjalnie ulegać tej wersji wydarzeń. W szczególności teraz kiedy stał przed Arrain i musiał przyznać się, że oskarżenie było bezpodstawne, i że zgodnie z prawem musi po 24 godzinach odejść z podkuloną głową.
- Nie miej wątpliwości, postępowanie nadal trwa. - powiedział z kamienną twarzą inspektor.
- Postępowanie nie przeszkadza mi o ile nie zamykacie mi placówki na cały dzień. - Odpowiedziała Arain. Jeszcze przed przybyciem na planetę zapoznała się z prawem największych miast Coddar i wiedziała, że jest na wygranej pozycji. - Nie muszę chyba mówić jak bardzo niesłusznie nadszarpnęliście naszą reputację i na jakiego rodzaju koszta nas naraziliście swoim postępowaniem
- Rozumiem Twoją gorycz ale działamy zgodnie z prawem.
- W zasadzie nie chcemy zadośćuczynienia. Tak w imię przyjaźni i szacunku do waszej instytucji. Ale oficjalne przeprosiny wypadałoby nadać z waszej strony w mediach.
- To … - zawahał się chwilę – da się zrobić.
Xavier chciał skończyć jak najszybciej tą rozmowę. Oczywiście nie był specjalnie zadowolony z danej obietnicy. Nikt tego nie lubi robić. Miał jednak przeczucie, że rozmowa ta mogła wyglądać znacznie gorzej i bardziej wyczerpująco a czekała go jeszcze sprawa nie mniejszej rangi.
Dziś bowiem stabilność bramy osiągnęła poziom umożliwiający wywóz kryształu a wieść gminna niosła, że Agenda jest w posiadaniu takowego. Nagłe pojawienie się Satsuki w Khartum zaraz po tych doniesieniach zdawały się potwierdzać je. Mógł to też być w zasadzie zbieg okoliczności. Tak samo jak to, że akurat kiedy Psia Liga miała wywieźć swój kryształ doszło do wypadku na płycie z udziałem ich transportowca. Dlatego spodziewał się kontaktu ze strony Agendy w każdym momencie. No może nie do końca „każdym”. Ze względu na śledztwo i krótki czas na jaki mogli narzucić areszt Arrain, ustanowił, że w dniu 22 – dzisiejszym - nie przyjmuje interesantów i że w sprawach pilnych, takich jak wydanie zgody na transport kryształu, można go ewentualnie łapać po godzinach pracy czyli 18-ej.
Ale to nie wszystko. Do dziś pamięta bowiem przejście HMS Ruby przez bramę i to jak długo musiał wysłuchiwać narzekań z Akademii ile to szkód narządził nieprzepisowym ładunkiem. Zatem, ze względów bezpieczeństwa, wydał specjalnie rozporządzenie aby ze szczególną pieczołowitością przeglądać transporty Agendy.
- Macie obejrzeć każdy każde pomieszczenie, każdy luk, czy najmniejszą szafkę – mówił na spotkaniu inspektorów.- Żadnych odstępstw od regulaminu. Nie możemy mieć nic sobie do zarzucenia. Nasz wizerunek nie może więcej ucierpieć. Ale co ważniejsze, nikomu nie może stać się krzywda! Ci ludzie mogą nawet nie mieć świadomości, że narażają nie tylko swoje życie ale także życie osób pracujących przy bramie. Dlatego musimy znaleźć wszystkie potencjalne niebezpieczeństwa, nawet jeśli to będzie niedokręcona śrubka.
- W odniesieniu do danych o HMS Ruby – Odezwał się z wyraźnym niezadowoleniem inny z inspektorów – odprawa taka zajmie nam dobre trzy doby.
- Owszem, to jest problem, który chcemy jednak uniknąć – odpowiedział Xavier. - Będziemy zatem pracować bez przerwy. Dzień i noc. Jak będziemy mieli szczęście, uda nam się skrócić czas do dwóch dób.
Na te słowa sala zawrzała. Co prawda na sali nie było inspektora, który nie lubiłby swojej pracy ale nikomu nie uśmiechało harować po nocy zamiast spędzić fajnie wieczór z żoną. Xavier miał podobne odczucia ale miał przekonanie, że postępuje słusznie. Dlatego dodał stanowczo:
- To ostateczna decyzja i nie podlega dyskusji. Agenda jeszcze nie zwróciła się do nas ale postarajcie się być gotowi i wypoczęci
-----------------------------------
Nie tylko w Khartum inspektorzy mieli ręce pełne roboty. Benjamin Fox analizował właśnie swoje notatki ze śledztwa w sprawie śmierci Ashley Shirley Hole. Ręcznie zapisany notes był bardzo gruby ale tylko jedna informacja skupiała jego uwagę.
- 90% akcesoriów zmarłej wzmagające doznania erotyczne nie mają najmniejszych śladów zużycia.
Informacja ta nie została poddana jeszcze do publicznej wiadomości. To, że przyrządy te zostały w ogóle znalezione też nie miały zostać opublikowane ale niestety prasa jakoś dobrała się do niej. Inspektor dokonał wszelkich starań aby się to nie powtórzyło. Miał dzięki temu wybór. Ratować honor zmarłej przywódczyni kosztem dalszego podburzania ludu czy mimo wszystko pogrzebać szybko zmarłą i starać się ostudzić napięcie rosnące w mieście.
Bardzo chciał skonsultować sprawę z przyjacielem, inspektorem Xavierem ale nie mógł się do niego dodzwonić od kilkunastu godzin. A zależało mu podwójnie gdyż był w posiadaniu jeszcze jednego tajemniczego elementu układanki. Na wpół spalone zdjęcie w których widać ledwie sylwetki barczystych postaci w czymś co mogłoby być karczmą. Nie szło rozpoznać twarzy ale można było próbować zidentyfikować miejsce i mieć nadzieję, że tam znajdzie się kolejne poszlaki. Gdziekolwiek nie prowadziły.
Miejsca tego pokroju znał w swoim mieście. Jego zmysł śledczego sugerował szukać zatem szczęścia w Khartum. No i z oczywistych powodów jedyną osobą którą mógł prosić o pomoc był właśnie inspektor Xavier... Odbierz ten telefon, do diabla!
Last edited by Maczer on Sun Apr 14, 2013 1:29 pm, edited 2 times in total.
Dalej sie uciec chyba nie dalo. Ale to i tak nie pomoglo =]