Teoria Wzrostu

Wyprawy w nieznane i znane rejony, mające na celu ratowanie świata lub pogrążanie go w chaosie. Przygoda w Multiświecie to rzecz pewna.
Locked
User avatar
Raflik
Posts: 163
Joined: Sun Jan 04, 2009 4:43 pm
Location: #care

Re: Teoria Wzrostu

Post by Raflik »

- Guzdrasz się Caibre… a może ty to naprawdę lubisz? – mruknął opierając się o ścianę Raflik.
WWW Wyrwa w życiorysie mogła tylko pozornie napawać optymizmem pozostałych międzygwiezdnych podróżników. Owszem, zgodnie z najświeższymi plotkami ostatnio był zauważony jak wchodził do kryjówki Borygomosa, co miało miejsce… dobrych kilka dni temu, tuż po spotkaniu przywódców Gangów. Swoją drogą spotkanie „nie wyszło”. Naród Khartum jest tak zapatrzony w siebie i swoje dupsko, że wszelaka koncepcja „współpracy, gdzie ja dowodzę, a zyskami dzielimy się po równo” była nie do zaakceptowania. Jednak skoro Psiej Lidze udało się pozyskać nieliczne „perełki” zdolne do poświęceń w imię bliźniego, tak i Raflowi udało się pozyskać przychylność trzech hersztów, wliczając Mineę, jednak jak się spodziewał, sojusz będzie trwał dopóki przywódcy nie poczują się na tyle silnie, lub kiedy Raflik odwali całą czarną robotę, aby z uśmiechem wsadzić mu nóż w plecy i w pojedynkę dostąpić glorii chwały, w sumie był nawet pewny że nabytek Psiej Ligi zrobi dokładnie to samo, wszak wszyscy wywodzili się z tego samego regionu.
WWW Wśród popierających go, najlepsze plany na przyszłość rokował Borygomos, dlatego właśnie z nim udał się Raflik, pozostawiając w mieście część swoich ludzi i pozostałe dwa gangi do urządzenia pokazu fajerwerk.
Pierwotne pod przykrywką ekipy porządkowej ludzie z gangu podłożyli ładunki pod fundamenty wieżowca należącego do Agendy, aby wyeliminować znaczną cześć konkurencji za jednym zamachem, jednakże niczym spisek prochowy plan upadł, gdy kilka godzin przed rozpoczęciem balu, inspektor Xavier z strażnikami porządku wpadł jak burza i udaremnił całą akcję. Bardzo dziwnym faktem było przemilczenie całej sytuacji, która mogła zostać otrąbiona jako gigantyczny sukces policji, tymczasem kilka godzin później inspektor bawił się na balu z szelmowskim uśmiechem nie udzielając informacji zarówno bezpośrednio zagrożonej przedstawicielce Agendy, jak i rektorowi Akademii, również przebywającemu na uroczystości.

WWW Raflik, do którego informacja o fiasku dotarła, natychmiast był pewny iż winę ponosi „przeżarcie” przez miejskie gangi tajniaków, donosicieli i innych szpicli Xaviera, oraz nie spodziewał się, aby złapani ludzie pełni poświęcenia trzymali gębę na kłódkę. To wiedział na pewno… nie może pojawić się w Khartum… oficjalnie… bezbronny… sam.
WWW Gang Borygomosa był jednak inny. Sam herszt bardzo nieżyczliwym okiem patrzył na stołeczniaków, pozwalając im najwyżej rozprowadzać narkotyki i zbierać haracze, jednakże trzon jego siły, czyli ludzie mający dostęp do fortecy, rekrutowani byli spośród morowych wiejskich dzieciaków, na których policyjne łapska nie miały szans jeszcze zacisnąć się. I pomimo wielu szczerych chęci, o ile miasto i większość podejrzanego ruchu w nim nie było dla inspektora Xaviera zagadką, o tyle twierdza stanowiła dla niego białą plamę.


WWW Raflik przez kilka dni pobytu w twierdzy nie próżnował, lecz kazał swoim ludziom-chemikom ulepszyć formułę lub procedurę wytwarzania narkotyku, który teraz był w stanie uzależnić od pierwszej dawki, o czym wkrótce mógł się przekonać Ryghart Wells. Dodatkowo jego pozostali inżynierowie zajmowali się całkiem niezłym "boostem" tutejszej zbrojowni. Co prawda materiału występującego powszechnie w multiświecie brakowało, ale wynalezione już na Coddar rozwiązania magazynowania energii pozwalały w mniejszym stopniu wkroczyć na kolejny poziom "ewolucji" broni. Wadą było jednakże niemal stałe przetrzymywanie nowych pukawek w "ładowarkach". Rafl dodatkowo rzucił okiem na krystzał, otoczony strażą i zabezpieczeniami. Ten był trochę oskrobany, gdyż w procesie produkcyjnym był zużywany jako katalizator – substancja która bierze udział w reakcji, ale teoretycznie się nie zużywa. Teoretycznie. Garść opiłków z kryształu wystarczała na przeprowadzenie reakcji w zbiorniku przypominającym wannę, niemniej po ponownym wypełnieniu tegoż wskazane było dorzucić kolejną porcję kryształu. Sam kamień posiadał więc skazę, wielkości kciuka, jednakże z tego co mówili chemicy, ów odcięty fragment wystarczy jeszcze na kilka miesięcy równie intensywnej produkcji, nim trzeba będzie odłupać kolejny kawałek. To zrodziło w głowie Rafla iście diaboliczny pomysł, i po burzliwej dyskusji cały wieczór z rudym hersztem, szczęśliwie w jego gabinecie, a nie sypialni, z kamienia odłupano kolejny fragment wielkości kciuka.

WWW Kolejne dni Raf spędził odcięty od świata w laboratorium, a gdy wyszedł wręczył Bogorymosowi aktówkę, w której znajdowało się sześć strzykawek, wypełnionych zielonkawym płynem. Usłyszał też o „jeńcu”.
-Hmm… to ciekawe… rób tak, jak uważasz, ale miej go na oku. Ja będę w pobliżu w razie czego.

Liczył na bardzo wybuchowy temperament współbratymca i „akcję” w ciągu kilkunastu minut od pojmania. Zdziwił się bardzo jego biernością, więc pozwolił Bogorymowowi działać. Po dniu pełnego napięcia oczekiwań pod prywatnymi komnatami herszta i wszystkich odgłosach siedział osłupiały pod ścianą, drugiego dnia zastanawiał się jeszcze, ale trzeciego był niemal pewien iż niesłusznie w zamierzchłych czasach okrzyknięto go uke w związku z dużym, rudym facetem i w pełni samozadowolenia oddał palmę pierwszeństwa… Caibrowi. Pojawienie się Xellas było dla niego dziwne, jednak nie wykonywał żadnego ruchu, aby nie zdradzić się, ale był ciekawy co owa dwójka kombinuje, jednak Xell odeszła szybciej niż przybyła, i Rafl już zamierzał porzucić ognistego, gdy ten w końcu zaczął działać.

WWW Nad głową Rafla pojawiło się cięcie, potem kolejne. Rafl uskoczył nim trzecie, kończące trójkąt zaczęło prześwitywać przez metalowy sufit, i opadło z trzaskiem w dół, razem z nagim Chaotikiem i jego mieczem.

- SUP CAI! – krzyknął tylko i dwoje jego ludzi psiknęło gasnicami śniegowymi w lekko zdziwionego sytuacją „demona” Zimne obłoki na sekundę sparaliżowały ognistego, co zamierzał wykorzystać Rafl, rzucając się na niego z strzykawką z zielonym płynem w dłoni, jednakże idealnie pięć metrów od niego „uderzył” w jakby niewidzialną galaretowatą ścianę.
Cai starał się szybko ogarnąć sytuację, jednakże cholerne zimno nie pozwalało mu trzeźwo myśleć. Poczuł jednak potężne szarpnięcie swojego miecza w tył, to znaczy w stronę przeciwną z której chciał skoczyć na niego Raflik i upadł pośladami na zimną podłogę, wśród pyłu gaśnic.
- Ty cholero, - usłyszał – puść to tajarstwo. Wujcio Raflik ma dla Ciebie lekarstwo! Jednakże jedyne co zrobił to poprawił swój chwyt miecza, który powoli ze szczękiem odsuwał się, ciągnąc ciągle zaskoczonego Caia, w miarę jak Raflik starał się z wysiłkiem wejść w „galaretowatą” ścianę zachowując dystans idealnych pięciu metrów.
- Co mi zrobisz jak mnie złapiesz – pisnął w odpowiedzi
- WIECEJ GAŚNIC!!! – Odkrzyknął Raflik.
- Oż….




----------------------------------------------------------------------------

WWW Wells wstał i uścisnął dłoń inspektora na pożegnanie.
WWW Nagle poczuł gwałtowny ubytek sił, i podparł się przy pomocy inspektora
- Wszystko w porząd…- twarz Xaviera znalazła się tak blisko jego twarzy. Leciutko zaczerwienione spojówki, rozdęty nos, i ta siateczka pęknięć na spieczonych ustach Wellsa nie uszła uwadze inspektora. No i ten zapach… którego się nie zapomina…
- Tak, przepraszam za… - Wells zebrał resztki sił i odwrócił się pośpiesznie aby wyjść z pomieszczenia, jednakże stalowy uścisk dłoni inspektora nie pozwolił mu na to
- Panie Rygharcie Wells , być może u was jest to akceptowane i tolerowane, aczkolwiek byłem obecny przy inspekcji bazy ZCM-u, i wydaliście się być prawdziwymi profesjonalistami, niemniej tutaj jest Khartum, gdzie prawa i porządku przestrzegam ja, i proszę sobie wyobrazić iż to prawo i porządek jest równe i jednakowe dla wszystkich bez wyjątku…

WWW Skręcenie żołądka ambasadora nie pozwoliło mu domyślić się nagłej zmiany nastroju inspektora, a najwidoczniej był efektem nie podania na czas organizmowi kolejnej porcji narkotyku… więc w tamtej spelunie mieli jeden z najmocniejszych towarów jakie kiedykolwiek dostały się w jego ręce. Tymczasem inspektor nawijał dalej.
- …zdając się na osobiste doświadczenie, mogę jasno i dobitnie stwierdzić iż miał pan styczność z najniebezpieczniejszą substancją, jaka pojawiła się u nas w ostatnich miesiącach. Byłbym wielce zawiedziony jeśli okazałoby się to prawdą. Do hotelu uda się pan później, jeśli tylko testy na obecność narkotyków nie wykryją ich w pana organizmie. A teraz pozwoli pan iż straże odeskortują pana do tymczasowej celi. – zakończył władczym tonem Xavier
- O kurwa… ale wpadłem…- pomyślał Wells.

------------------------------------------------
Po wyprowadzeniu ambasadora ZCM-u, Xavier zawołał jednego z sierżantów.
- Macie polecenie przeszukać pojazd jakim przybyli. Pół biedy jeśli był tylko biorcą narkotyków… czterdzieści batów na rynkowym pręgierzu powinno przemówić mu do rozumu. Jeśli jednak znajdziecie cokolwiek ich obciążającego… Aha, jeszcze jedno. Reszcie jego ludzi przypiszcie parę „aniołów stróżów”, tylko dyskretnie, mam przeczucie iż nie mają pojęcia jakim głupcem okazał się być ich dowódca, ale też, w podejrzanych przypadkach macie wkroczyć z całą stanowczością na moją odpowiedzialność!

WWW Tymczasem w gangsterskim samochodzie, w skrytce pod siedzeniem pasażera czekały dwie torebeczki z białym proszkiem, które prawdziwi bandyci wzięli ze sobą, aby upajać się sukcesem zdobycia Tramplera. Dla torebeczek czas się nie liczył, i czy leżały w wozie jeden dzień, czy cztery, po prostu ich to nie obchodziło.



--------------------------------------------------------



WWW Po zażegnaniu nieco nieprzyjemnej sytuacji Arrain ze smutkiem spojrzała na rubinową plamę na kremowym dywanie. Szybko podniosła kieliszek i udała się do schowka, po czym wróciła z odpowiednimi preparatami(wszak była kobietą) i zgodnie z duchem zasady „żadna praca nie hańbi” przyklękła i zaczęła zapierać plamę, aby odratować jakkolwiek dywan. W trackie porządków, do drzwi zapukano.
- Proszę. – zawołała, podnosząc się z klęczków, a do pokoju weszła pyzata dziewczyna z nowego think-tank-u
- Przepraszam że przeszkadzam, ale jest pewna sprawa… a raczej parę spraw… a dokładniej czterdzieści trzy sprawy…
- Słucham? – zapytała zaciekawiona, i zobaczyła w ręku pomagierki stosik listów.
- Ahem… „Szanowna Psia Ligo, Jestem samotną matką czteroletniego Bożydarka, który cierpi na rzadką chorobę. Nie może samodzielnie chodzić i wymaga stałej opieki. Skoro organizujecie konkurs, w którym wydajecie nie małą sumę pieniędzy zwracam się z uniżoną prośbą o jakikolwiek datek na leczenie Bożydarka, nawet jeden zeny się liczy, z gorącymi podziękowaniami – Matka Patylda” i sposób przekazania środków, dalej „Szanowna Psia Ligo, Jesteśmy kołem studenckim Bio-Pro-GMO, z uwagi na statut waszej organizacji, promującej nowatorskie i ekologiczne rozwiązania, poroślibyśmy o dobrowolny datek dla naszego koła, w celu możliwości sfinansowania kilku projektów, mających na celu uświadomienie mieszkańców stolicy o korzyściach płynących z zdrowego odżywiania”… i też sposób przekazania środków. Jeszcze ten „Umiłowani najbliżsi z Psiej Ligi. Jesteśmy kościołem dobrej nowiny wielkiego BuBu, Nasza wiara szykanowana jest w tej niegościnnej okolicy, jednakże żar naszej wiary przezwycięży okoliczne zło. Pomimo oficjalnego heretyckiego stanowiska, zwracamy się do Was z uniżoną prośbą wsparcia finansowego naszego kościoła, który zajmuje się pomocą biednym, chorym i zapomnianym w najgorszych dzielnicach slumsów” i tak dalej i tak dalej… Łącznie czterdzieści trzy listy z prośbą o wsparcie finansowe.
WWW Studentka podała listy Arrain, dodatkowo dodając
- Podzieliłam je już na trzy stosy, pierwszy to listy od matek, domów dziecka i innych placówek zajmujących się zdrowiem, drugi od pomniejszych organizacji, przeważnie studenckich, a trzecia grupa to wybitnie podejrzane dla mnie organizacje, jak ten kościół Bobo
- Dziękuję bardzo za twoją pracę, doceniam takie gesty, ale w kwestii odpowiedzi muszę się naradzić z kompanami.
WWW Pyzata dziewczyna dygnęła i wyszła, zostawiając kobietę z wątpliwościami. Akceptując i wspomagając, nawet część z tych próśb, była pewna iż pojawią się kolejne, a mimo najszczerszych chęci i prób, budżet organizacji nie był z gumy. Trzecią kopalnię otwierali na debecie, i to tylko dzięki niezwykłej uprzejmości bankierów, od których odkupili kryształ, jednak to właśnie w profesji finansistów najbardziej cenioną cechą było twarde stąpanie po ziemi. Na gwałt potrzebowali kolejnych źródeł dochodu, na przykład sieci restauracji, i nie mogli sobie pozwolić na akcje charytatywne… źródło pieniędzy… konkurs… no tak. Można by przesunąć część funduszy zamrożoną na nagrody konkursowe. Ale czy to by było… etyczne? Zdecydowanie musiała to skonsultować z Demuslimem.



-------------------------------------------------------------------


Do kanciapy, będącej kryjówką Krwawiących kamieni wpadł zdyszany chłopak
- I jak?
- No pani Mineo, w porządku… Edin i Wayne pobiegli prosto do domów, a ja upewniwszy się ze nikt mnie nie śledzi, wszedłem do Simmersa, tego rzeźnika, a potem kanałem wyszedłem naprzeciwko i przemknąłem się tutaj.
- a to co miałeś zrobić?
- Jasna sprawa… z dobę będą to zamalowywać
- Dobrze… nie będzie nam konkurencja chłopów kradła…

Wieżowiec w którym przebywała agenda był czysty i nietknięty, jednakże na murach sąsiednich budynków, ktoś, pod osłoną nocy, czerwonym sprayem wymalował
Gejsze to gorsze prostytutki od prawdziwych Khartumiańskich dziewczyn
Last edited by Raflik on Sun Apr 14, 2013 5:06 pm, edited 1 time in total.
User avatar
Caerth
Posts: 513
Joined: Sun Feb 22, 2009 9:44 pm
Location: Above

Re: Teoria Wzrostu

Post by Caerth »

-Oż -Ehren miał dosyć. Głos w jego głowie darł się opętańczo, na zmianę z maniakalnym śmiechem wypełniając myśli chaosem. Miał dosyć. A ta mrożonka w durnej zbroi stała mu na drodze do upragnionego świętego spokoju. I dlaczego obrzucali go pianą gaśniczą, nie miał pojęcia, ale ograniczona widoczność była mu bardzo na rękę.
Raflik z zaskoczeniem poczuł jak jego stopy odrywają się od podłogi - wciąż trzymał się wielkiego miecza chaotika gdy ten zatoczył szeroki łuk, strząsając generała niczym natrętnego owada.
Mniej więcej w tym momencie więcej gaśnic prysło białym strumykami pienistej masy prosto w twarz nieproszonego gościa, co pozwoliło Raflikowi zachować integralność materialną. Pomagierzy jego nie mieli tyle szczęścia jednak, gdyż Ehren miał po prostu dosyć tej farsy. Puszczony w szerokim łuku miecz był metalową ścianą, gdy przeszedł przez przestrzeń zajmowaną przez członków gangu. Na ich szczęście, płazem, więc skończyło się na dużej ilości złamań, efektownym podmuchu wiatru .

Raflik z pewnym ociąganiem zebrał się z rozbitego sprzętu laboratoryjnego. Wyrzucony w powietrze nie mógł zmienić kierunku, a ten nagi pojeb miotnął nim prosto w generator zysku gangu. Odziany w zbroję generał zadziałał jak młócący kończynami taran, rozbijając osprzęt i wywracając pełną wannę nie rafinowanego jeszcze narkotyku. Pokryty szklanymi odłamkami i oblany cieplutką, mlecznobiała zawiesiną, Raflik wyglądał jakby zszedł właśnie z planu produkcji SM.
Następnie poslizgnął się na wspomnianym specyfiku, wywijając efektowny piruet i z rozmachem siadając na kości ogonowej.
---

Ehren kontynuował piruet, rozkręcając miecz coraz bardziej i bardziej. Ostrze miało rozmiar porównywalny ze skrzydłem lekkiego samolotu, więc do chaosu wywołanego pianą z gaśnic dochodziły teraz latające w nienaturalnym huraganie śmieci, ciała, okazjonalna gaśnica, szkło i wszystko inne co dało się znaleźć w laboratorium a co nie było przybite do podłogi.
Następnie mężczyzna skierował całą pozyskaną energie kinetyczną pomnożoną przez masę miecza i własną siłę w podłogę. Ta poddała się z jękiem.
---
W sali tronowej Borygomos zdąrzył spojrzeć w górę.
Ehren wylądował na jego klatce piersiowej, łamiąc szereg kości i rzucając herszta na efektowny tron. Stopy nagiego mężczyzny w zasadzie przeszły na wylot przez masywnego herszta, znajdując pewne oparcie na metalowym oparciu siedziska. Borygomos był już w zasadzie trupem, ale napastnik jakoś się tym nie przejmował. Desperacko szukał czegoś na szyi potężnego mężczyzny - z triumfalnym krzykiem czarnowłosy nagi mężczyzna zacisnął w uniesionej pięści szmaragdowy wisiorek który herszt bandytów zachował dla siebie.
Głos w jego głowie ucichł niemalże całkowicie. Powtarzał tylko w kółko "zrób to, zrób to."
Ehren zrobił to. Z impetem wepchnął zielony kamień prosto w pusty oczodół dogorywającego Borygomosa. I odskoczył, kryjąc się za tronem, nim zebrani bandyci rozważą opcję ostrzału bezpośredniego.


---


Orkadis może i było miastem pełnym odchyleń od norm, niemniej czasami odchylenia prowadziły do powstania rozwiązań niespotykanych.

Miasto pełne wyrzutków położone na końcu świata musiało sięgać po nieortodoksyjne rozwiązania.
Lokalizacja była malownicza - miasto rozłożyło się na rozwidleniu rzeki, na niewielkim wzniesieniu ponad wszechobecnymi równinami. Okoliczne lasy nie bez trudu wykarczowano by pozyskać materiał do budowy pierwotnej osady, wieki temu. Z czasem mieszkańcy zastępowali drewniane domy kamiennymi, zamieniając brudną wioskę wpierw w miasteczko a następnie w potężne miasto które winno zdominować gospodarkę kontynentu. Tak się jednak nie stało, mimo usytuowania metropolii tuż przy jedynym lądowym szlaku komunikacyjnym w rejonie.
|O, Orkadis nakładało cło na kupców i podróżnych, lecz nie utrzymywało bogatych kontaktów handlowych z lokalnymi osadami poza wymianą szczególnych usług za artykuły nieosiągalne dla mieszkańców - głównie owoce i inne płody ziemi. Zyski z opłat celnych były wykorzystywane do zakupu dóbr luksusowych, w tym importu z Khartum - uczucia uczuciami, biznes biznesem.

<Proceed>
Obawy inspektora Benjamina okazały się częściowo bezpodstawne. Informacje, które przedostały się do prasy nie zmieniły zdania o zmarłej, wręcz przeciwnie stała się im jeszcze bliższa, bardziej ludzka. Dla mieszkańców okazało się, że nie tylko miała swoje słabości - któż ich nie ma? Pytali sami siebie - a mimo to poświęciła cały swój czas i siłę dla miasta. To, co ktoś robi w zaciszu swojej sypialni, zwłaszcza po pracy to jego prywatna sprawa i Orkadis doskonale to rozumiało. Póki nie ingerowano w wolność człowieka, nie widzieli najmniejszego problemu.

Informacje, które mogłyby obrazić imię zmarłej, zachwiać jej pozycją w każdym innym miejscu, w Orkadis przyjęto jako cechę uczłowieczającą. Tak, ona była taka jak my! Nawet więcej! Codziennie walczyła o nasze miasto, a w nocy walczyła ze swoimi problemami. Biedna kobieta to musiało ją niszczyć od środka! Dzielna kobieta! Historia życia Ashley Shirley Hole nie była tajemnicą, radna wielokrotnie o niej opowiadała, a miała światków. Nie tylko kobiety, które ją znalazły wtedy wciąż żyły i miały się świetnie. Również część późniejszych uchodźców z Khartum znało ją z tamtych czasów - to za jej namowami przybyli później do Orkadis.

‘Ashlej Shirley Hole, męczennica w służbie Orkadis’ tak brzmiały tytuły największych gazet w mieście. Niestety w związku z takim obrotem spraw, druga obawa Benjamina sprawdziła się. W mieście napięcie rosło jeszcze bardziej i znacznie szybciej. Ludzie chcieli, aby obcy zapłacili za swoje winy!
<w sumie, ja nawet nie kolejkowałem sie, no ale...>
Last edited by Caerth on Mon Apr 15, 2013 4:51 pm, edited 4 times in total.
My soul is still the same
But it has many names
User avatar
Windukind
Posts: 1125
Joined: Fri Aug 29, 2008 12:53 pm

Re: Teoria Wzrostu

Post by Windukind »

Dzień 22
- I co?
- Załatwione. Dostali to.
- Podejrzewali coś?
- Nic. Bennet zrobił dokładnie to, co mu kazano.
- Doskonale.
- Jeszcze jedno, trzy dni temu w nocy mieli pożar.
- CO?! Nie wydano rozka…
- Wypadek. Nasz człowiek mówił, że później było piekło z tym ich majstrem.
- Musli? Nie, jakoś tak podobnie yym…Demuslim?.
- Jo. Ale mieli kopie.
- Całe szczęście. Zawiadomcie górę.
- Już to zrobiłem.
- Świetnie możesz odejść.
- Szefie? Tak, a tak z chłopakami się zastanawialiśmy, kiedy otrzymamy wypłatę.
- Eee z tym będzie ciężko. Może w przyszły miesiącu wejdą jakieś pieniądze.
- Cooo? Ile mamy czekać!
- No jest sporo wydatków.
- Raczej nie ma dochodów !
- Są ważniejsze spraw.
- Ty tępy idioto. Twoje ważniejsze sprawy nie przynoszą nam kasy. Poza tym jesteś na tyle głupi, żeby wierzyć ludziom na słowo. Coooo myślałeś, że jesteśmy telepatami lub jasnowidzami. Skąd mieliśmy wiedzieć, że Psio Ligowiec weźmie badania z fabryki? Przyszedł, wziął, wyszedł. A potem co? Myślisz, żeby się nie skapnęli, przecież mają tonę własnych badań do porównania. A w bazie mają te swoje „Kły”. Przy dochodach Psiej Ligi i niewielkiej ilości tych gości, wychodzi, że to chyba jeden z najlepiej trenowanych oddziałów w uniwersum.
- Nie rozumiem, nie podłożyliśmy nic?
- Ja pierniczę. NIEEeeeee. Skończ z głupimi , tanimi sztuczkami i wreszcie rusz głową. Znajdź coś co przyniesie siano, a nie na co będziemy musieli wydać tonę kasy. albo pod koniec miesiąca chłopakom nie będzie robiło komu podcinają gardło.

Dzień 23 Kopalnia Hebi
Nad kopalnią Niezniszczalnego Węża zachodziło już słońce, kiedy Hebi dostrzegła za oknem małe poruszenie. Grupka górników zebrała się przy bramie, przed którą zatrzymał się dwa samochody terenowe. Sporo gestykulowano. Miała tylko nadzieje, że to nie jacyś nowi łowcy demonów. Wyszła na zewnątrz.
- Przepraszam, co tu się dzieje? – podeszła zebranych.
- Psia Liga przyjechała! – jeden z górników najwyraźniej nie umiał powstrzymać emocji, w końcu ta organizacja , mimo wszystko pomogła wiosce - Przyjechali nas odwiedzić!
- Pozwólcie, że z nimi porozmawiam.
Za bramą dojrzała kilku mężczyzn z czego trzech nosiło dosyć elegancką wersję mundurów wojskowych. Nietrudno było się domyślić, kto jest przywódcą. Ten też ją dostrzegł.
- Zgaduję, że Pani jest tą wychwalaną przez wszystkich właścicielką. Zwą mnie Demuslim, jestem taktykiem Psiej Ligi.
- Hebi. Co Panów tutaj sprowadza? -
- Otwieramy niedaleko nową kopalnię i zbieraliśmy próbki. Wracają postanowiliśmy wpaść, zobaczyć chłopaków i nowego właściciela. Proszę im nie dać wejść sobie na głowę, wesołe chłopaki, ale trochę potrafią się nieźle obijać.
- Zwrócę im uwagę.
- Bylibyśmy wdzięczni za coś do picia i ruszymy w drogę. Może miałaby Pani parę filiżanek herbaty?


Dzień 23 Karthum, wejście do budynku rady miasta
Przewodniczący przemawiał właśnie do dziennikarzy. Arrain wykorzystała chwile do podsumowywania w głowie wszystkich ostatnich przychodów Psiej Ligii. Dwie linie odzieżowe, jedna ekskluzywna, jedna przewidziane do szerszej grupy odbiorców, działania na giełdzie, ogromna sumka, którą otrzymali za sprzedaż praw do transmisji koncertu, świetnie sprzedające się płyty Thirty Clicks, dzwonki i inne gadżety, resztka przywiezionych lekarstw. W przyszłym tygodniu powinien zostać odrestaurowany teatr, a późniejsze zyski w końcu zapewni świetnie dofinansowana przez zewnętrznych inwestorów i w pełni modernizowana fabryka. Marka Psiej Ligi i działalność Kurta zapewniła już liczne zamówienia. Śmieszne, że ją nawet oskarżono o molestowanie. Pracowała od siódmej do nierzadko dwudziestej drugiej. Nie tylko była niewinna, to nawet nie miałaby na to czasu.
- Panno Arrain, jak mam odpowiedzieć na listy z prośbami o dotacje – zapytał Cyprian, jej sekretarz.
- Poproś, żeby wysłali dokładnie rozpisany biznes plan, lub plan projektu, nie sponsorujemy samych organizacji, ale poszczególne pomysły, ale muszę mieć to w pełni zaplanowane. Powiedz, że na pewno będziemy zainteresowani najlepszymi z nich, ale może zaczynając od następnego kwartału. Na ten mamy już zaplanowane wydatki. Mimo to dobrze wiedzieć , co się dzieje i może naprawdę coś fajnego się trafi. Nie dofinansowujemy jednak kościołów i sekt, odpisz im, że nasza organizacja ma zbyt dużo różnych opinii i na ten temat i postanowiliśmy pod tym względem zostać neutralni.
- Ok. zapisane.
- Zapraszam Panią Arrain Volage – usłyszała głos przewodniczącego.
- Już idę – odgarnęła kilka włosków i uśmiechnięta, w prostej białej sukni podeszła to podium.
- W imieniu miasta i przed państwem chciałbym przeprosić naszego gościa za Tą pomyłkę. Podłożono naszym służbom sfałszowane materiały.
- Panie przewodniczący, nie nosimy urazy. Zrobiliście, co do Was należało. Molestowanie dzieci, to straszna zbrodnia i w pełni rozumiem takie postępowanie. Chcę również oświadczyć, że chociaż jestem tu krótko, to czuję się już jak w domu i na pewno będę dalej ciężko pracować dla dobra miasta i na przekór wszelkim niedowiarkom. Zapraszam na odwiedziny Forum Miasta w Starym Teatrze
Papilot. W przyszłym tygodniu zostanie zakończona jego odnowa i będzie można wziąć udział w jednej z wielu wciągających prelekcji…

Piętnaście minut później zakończono konferencję. Wyłączono mikrofon.
- Znaleźliśmy drona agendy w budynki – przewodniczący odprowadzał negocjatorkę do samochodu – skąd wiedziałaś?
- To ich standardowe zachowanie, podsłuchiwać i manipulować, tak samo było pewnie z Tymi dowodami.
- Zapamiętamy sobie. Bez Ciebie nigdy byśmy go nie znaleźli.
- Kiedyś chociaż się kryli, obecnie widzę, że poziom u nich mocno spadł bez przywódcy. Agenta sama się nie orientuje, ale wiele podzespołów kupują od naszych dystrybutorów, tak więc wiem y często czego szukać – dziewczyna pozwoliła Cyprianowi otworzyć sobie drzwi.
- Panno Arrain? Mam prośbę.
- Czym mogę służyć?
- Proszę jutro przyjść na posiedzenie rady. Mamy spory problem, a wszyscy radni się zgadzają, że tylko Wam można zaufać.
- Rozumiem, na dwunastą?
- Tak…..


Dzień 23 Orkadis

Marcel, świeżo upieczony adwokat mieszkał w starej kamiennicze na obrzeżach miasta. Właśnie przeglądał tony akt ze sprawy, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Powtórzony trzy razy. Ktoś miał pilną sprawę. Zerknął przez wizjer i szybko je otworzył.
- Marku kopę la… - prawnik ujrzał w progu swego serdecznego przyjaciela z lat dzieciństwa trzymającego jakąś silnie pobitą dziewczynę na rękach oraz trójkę innych postaci stojących na klatce.
- Marc pomóż mi ją zanieść na łóżko, wpuść moich znajomych to Psio Ligowcy – przyjaciel doskonale znał jego mieszkanie, więc bez problemu trafił do sypialni –zapisałem się do nich, sorki nie miałem czasu Ci na pisać – rzucił z drugiego pokoju.
- Proszę wejść –Marcel zaprosił machnięciem ręki - kiedy przyjechaliście?
- Godzinę temu - odpowiedział jeden z gości, niczym nieodróżniający się od mieszkańców Orkadis- zobaczyliśmy pełno wyzywających grafiti na ścianach i ludzi, którzy byli to dziewczynę. Krzyczeli, że jest „khartańską szmatą”.
- Przynieś mi lodu, opatrunki i wodę utlenioną! – krzyknął Marek z drugiego pokoju.
Gospodarz przeszedł do kuchni poszukać bandaży w schowku.
- Psia Liga, a niech mnie. Nawet nie widziałem, że macie przyjechać.
- Chodziło tylko o delegację biznesową, więc się nie anonsowaliśmy – odpowiedziała jedyna kobieta w towarzystwie.
- Nawet nie wiecie, w jak złym momencie przyjechaliście – Marcell grzebał dalej w szafce – nowa przewodnicząca jest ekstremalną nacjonalistką. Wyrzuciła ambasadorów z miasta, ten z Zachodniego Kontynentu dziś wyjechał, zaś z Khartum ma opuścić Orkadis do niedzieli. Poza tym nawołuje do łapania obcokrajowców, żywych lub martwych. Ludzie na ulicach szaleją nienawiścią i biją obcych, nawet tych ktorzy mieszkaja tu od dawna.. Jest ich tu ponad parę tysięcy.
- Widzieliśmy – przewodnicząca delegacji Kurta pomogła adwokatowi przygotować opatrunki – pobiliby ją na śmierć, gdyby nie nasz „Kieł”.
- Kto taki ?
- Hm.. powiedzmy, że ochroniarz, został na dole, ściąga tablice rejestracyjne z ciężarówki.
- chcieliśmy się dostać do ambasady Khartum, ale przed nią są tłumy. Nasz strażnik wypatrzył też policję notującą ludzi, więc obeszliśmy miejsce z daleka.
- Jest totalna masakra mówię Wam. Wczoraj jakaś gazeta zrobiła wywiad z jakimś kochankiem Ashley, podobno to była sadystka. Zatrzymano za to całą redakcję i ogłoszono, że obecnie każde pismo musi otrzymać licencję od Instytutu Kontroli Mediów. Protestujących dziennikarzy zatrzymano, nikt o nich później nic nie słyszał. Wieczorem trzech lewicowych członków radnych opuściło miasto, pewnie w obawie przed dalszymi wydarzeniami. Ci z partii centrum nie wiedzą, co robić. Dzisiaj jest tylko gorzej.
Przeszli do pokoju gdzie leżała nieprzytomna dziewczyna. Na ustach i nosie widać było krew, miała też pełno sińców na twarz.
- Ma chyba złamaną też rękę - Marek zaczął ją opatrywać.
- No, no, nie myślałem, że wyrośniesz na bohatera – Marcel położył rękę na barku przyjaciela.
- Bohaterstwem będzie dopiero pomoc pozostałym.
- Chyba tu nie zostaniecie?
- Nie mamy wyboru. Na przemoc nie można reagować przyzwoleniem. Pomożesz nam? Masz duży strych, a nam przyda się kryjówka.
Last edited by Windukind on Tue Apr 16, 2013 5:13 am, edited 3 times in total.
We do not sow


Oh, the places you will go! There is fun to be done. There are points to be scored. There are games to be won.
User avatar
Caerth
Posts: 513
Joined: Sun Feb 22, 2009 9:44 pm
Location: Above

Re: Teoria Wzrostu

Post by Caerth »

Fakt, ludzie wylegli na ulice Orkadis tłumnie a licznie. Akurat dziś wypadła niedziela handlowa i rozpoczęły się sezonowe przeceny. Mieszkańcy Orkadis może i byli zepsutymi materialistami, ale przemoc nie leżała w ich naturach, gdy w grę wchodziło wydawanie pieniędzy. Co innego ...przyjezdni. Służby mundurowe Orkadis nie mogły równać się z tymi z Khartum - brakowało i potrzeby i środków by wyhodować tajną policję o szerokich kompetencjach i niejasnych uprawnieniach - za to armia miała się całkiem nieźle, również w odróżnieniu od większej metropolii.
Mobilizacja trochę jednak trwała.

Zadziwiające, do czego może dopuścić słowo rzucone na podatny grunt. Gdy w tłumie grzecznie czekających na otwarcie centrum handlowego ktoś począł skandować nacjonalistyczne hasła, a ktoś inny podchwycił je, efekt był oczywisty. Tłum rządził się własnymi prawami i faktycznie szybko doszło do aktów przemocy. W zamieszaniu nikt nie zauważył iż osoby odpowiedzialne za wzniecenie niepokojów, niczym nie różniące się od innych mieszkańców, zwinęły się niepostrzeżenie.
Osoby te winne częściej spoglądać w niebo.
A w zasadzie, na kamery miejskiego monitoringu na budynkach użyteczności publicznej w całym mieście. Kamery, które zarejestrowały akt podżegania do przemocy wobec obcych, szybką ewakuację winnych, atak na niewinna dziewczynę w zaułku za biblioteką i pomniejsze grzeszki, jak kradzież ciężarówki.

Mirrim przeładował karabin i wyjrzał przez właz - kamienica będąca celem stała na końcu ulicy, z jednej strony sąsiadując z podobnym budynkiem, z drugiej dotykając niewielkiego parku. Transporter opancerzony oddziałów specjalnych stał ukryty w zaułku, blokując ciężarówkę. Mężczyzna, który zajmował się fabrykowaniem rejestracji, leżał w kałuży krwi z przestrzelonych kończyn. Istniała niewielka szansa iż przeżyje to spotkanie, Ven Detta stwierdziła iż chce mieć ich wszystkich żywych, to jednak oddział specjalny o kryptonimie Brzytwy nie miał w zwyczaju pozostawiać więcej na swej drodze niż zimne ciała.
Trzydziestu mężczyzn i kobiet w większości nie pochodziło z Orkadis - byli wyrzutkami z różnych zakątków i znaleźli w mieście swój dom. Gotowi zrobić dosłownie wszystko w jego obronie, wysoce kompetentni i naprawdę dobrze uzbrojeni, zdołali wykonać postawione przed nimi zadanie. Jakimś cudem zdołali przy tym nie zrównać kamiennicy z ziemią.
Na przemoc, zaprawdę, nie można reagować przyzwoleniem. Przemoc natomiast, w adekwatnej ilości, jest jak najbardziej prawidłową odpowiedzią.

---
Last edited by Caerth on Tue Apr 16, 2013 8:38 pm, edited 3 times in total.
My soul is still the same
But it has many names
User avatar
Xellas
Posts: 313
Joined: Sun Jan 04, 2009 12:23 am
Location: Gdańsk - tu gdzie smoki chodzą koło Fontanny Neptuna

Re: Teoria Wzrostu

Post by Xellas »

(Dzień 18 i 19)
Owszem weszła wcześniej do komnaty i owszem wyszła jeszcze szybciej - są rzeczy, których nawet Agenda nie chce wiedzieć. Jednak nie to było prawdziwą przyczyną, wszak Xellas była uczniem Caibra... Winny był miecz - tak sądziła - był dla niej prawdziwym utrapieniem i z niewiadomego powodu kiedy tylko wpadła do fortecy poczuła się przy nim jeszcze gorzej.
Wycofała się więc dostrzegając spojrzenie Ehrena. Wszystko szło zgodnie z planem. Ukrytego Raflika nie zauważyła.

Rano Mokrynos zaczął ją nawoływać. Jak nic pułapka, ale z drugiej strony ciekawe co zamierzali, tak w sumie to, tak byłoby łatwiej...całkiem bez sensu to jak wchodzenie lwu do gardła. Była głodna, a tam nie tylko był stół z jedzeniem i krwista wołowinka, tam byli ludzie. Co prawda nie wydawali się zachęcający jako przegryzka, ale jednak ludzie, w których płynęła krewka...

Kiedy słońce zaczęło zachodzić złamała się, głód był zbyt silny - nie jadła porządnie od kilku dni. Powoli wyszła z lasu. Wartownicy ją dostrzegli i nie zaatakowali, wyszedł sam Mokrynos.

Biesiada na cześć gościa została urządzona w najlepszej lokalizacji - sali tronowej samego Borygomosa. Po prawdzie wybrano to pomieszczenie głównie z racji wygodnie układających się pól ostrzału i ogólnej przestronności, niemniej Mokrynos pogratulował sobie cicho w duchu. Gość zdawał się usatysfakcjonowany, próbując kolejnych potraw, przyjmując z kolejnymi kęsami kolejne porcje trucizn i najwyraźniej nic sobie z tego nie robiąc.

Borygomos obserwował ją ze swojego tronu, a wampirzyca patrzyła na niego, czuła, że dookoła jest mnóstwo ludzi. Była pewna, że każdy z nich miał ją na muszce i rozkaz zastrzelenia, gdyby zrobiła coś więcej. Coś sprawiało, że nie mogła skupić myśli, ale była już bardzo zmęczona i miała to w poważaniu.

Kolejny sługa, w tej roli wyjątkowo dorodny przykład drogowego bandyty, wszedł na salę, niosąc spory półmisek z artystycznie ułożonym jadłem. Jeden z wyrzutków zasilających bandę był z zawodu kucharzem, którego do szybkiego opuszczenia Khartum przekonała konkurencja wyposażone w ostrzone kuchenne utensylia w rękach odpasionych pomocy kuchennych. Mężczyzna niosący specjały został poinstruowany w ogólnych zasadach etykiety.
Nim postawił półmisek na stole wysunął prawą rękę przed siebie. Xellas, z pełną powagą, użyła niewielkiego srebrnego noża by naciąć przedramię; następnie zabrała nieco krwi do podstawionego kieliszka.
Pomysł pojawił się w trakcie nerwowych negocjacji gdy wampirzyca jednak postanowiła dać się skusić - Mokrynos został poinstruowany o konsekwencjach nie spełnienia zachcianki przy pomocy barwnego opisu i z pomocą odrobiny ekspresyjnej gestykulacji.

Wtedy zebrani usłyszeli hałas, jakby ktoś mieczem rąbał sufit nad nimi. Następnie wrzaski, huki, trzaski, poezję rymowaną - Oh! Raflik tutaj? - powinna go wyczuć...co jest do ciemności!
Wtedy w jednej chwili zdarzyło się kilka rzeczy:
Sufit się rozdarł. Borygomos gwałtownie wstał. Nagi Ehren spadł na niego. Nieprzyjemny trzask nie pozostawiał wątpliwości co do jego stanu. Wtedy Ehren zrobił coś niespodziewanego, wciskając wisiorek w jego oczodół, a następnie skrył się za tronem. Raflik zeskoczył z góry, cały w białym lepiącym się płynie - nie próbowała nawet się zastanawiać co robili na górze. Niestety, zrozumiała w końcu CO jest nie tak. Gwałtownie przechyliła kielich z krwią, ale było już za późno, wypadł jej z ręki. Skuliła się na podłodze, a dookoła niej zaczęła pojawiać się pajęczynka pęknięć.
Za długo czekała z posiłkiem, miała za mało energii, a kryształ - tego już była pewna - był stanowczo za blisko. Podłoga pod jej stopami pękała z hukiem.

-------

(Dzień 21)

Po objedziecie pani Goodking oprowadziła gości po swojej rezydencji. Na tyłach domu spostrzegli zagrodę z wielkimi włochatymi stworzeniami. Przypominały skrzyżowanie dziobaka z wielkim szczurem. Dziób miały pełen płaskich krzywych zębów, grube ogony niczym wielkie wije, a do tego chodziły na płetwach.
Zaskoczeni spróbowali podejść do zagrody, ale ze względu na potężny smród, który się z niej dobywał właścicielka ich zatrzymała.

- A jak nazywa się to zwierzę? – zapytał uprzejmie Kurt
- Kaczka – odparła uprzejmie gospodyni.


*Baduum-Tsssss* - żart sponsorowany by Yuby.

"Y: ... dlaczego jak czytam posty Windu to pierwsze co mi przychodzi do głowy to to, ze PL przekwalifikowała się na organizacje wietnamczyków na bazarze? nie no, seriously... handlują ciuchami, płytami, dzwonkami, gadżetami...jeszcze brakuje, żeby potrawkę ze szczura z makaronem spod lady wyciągnęli
X: ^______^ planują otworzyć restaurację? ^____^
Y:...aż się prosi o dowcip o "kuciaku""


-------------

Dzień 22
- I co?
- Załatwione. Dostali to.
- Podejrzewali coś?
- Nic. Bennet zrobił dokładnie to, co mu kazano.
- Doskonale.
- Jeszcze jedno, trzy dni temu w nocy mieli pożar.
- CO?! Nie wydano rozka…
- Wypadek. Nasz człowiek mówił, że później było piekło z tym ich majstrem.
- Musli? Nie, jakoś tak podobnie yym…Demuslim?.
- Jo. Ale mieli kopie.
- Całe szczęście. Zawiadomcie górę.
- Już to zrobiłem.
- Świetnie możesz odejść.

- Szefie? Tak, a tak z chłopakami się zastanawialiśmy, kiedy otrzymamy wypłatę.
- Eee z tym będzie ciężko. Może w przyszły miesiącu wejdą jakieś pieniądze.
- Cooo? Ile mamy czekać!
- No jest sporo wydatków.
- Raczej nie ma dochodów !
- Są ważniejsze spraw.
- Ty tępy idioto. Twoje ważniejsze sprawy nie przynoszą nam kasy. Poza tym jesteś na tyle głupi, żeby wierzyć ludziom na słowo. Coooo myślałeś, że jesteśmy telepatami lub jasnowidzami. Skąd mieliśmy wiedzieć, że Psio Ligowiec weźmie badania z fabryki? Przyszedł, wziął, wyszedł. A potem co? Myślisz, żeby się nie skapnęli, przecież mają tonę własnych badań do porównania. A w bazie mają te swoje „Kły”. Przy dochodach Psiej Ligi i niewielkiej ilości tych gości, wychodzi, że to chyba jeden z najlepiej trenowanych oddziałów w uniwersum.
- Nie rozumiem, nie podłożyliśmy nic?
- Ja pierniczę. NIEEeeeee. Skończ z głupimi , tanimi sztuczkami i wreszcie rusz głową. Znajdź coś co przyniesie siano, a nie na co będziemy musieli wydać tonę kasy. albo pod koniec miesiąca chłopakom nie będzie robiło komu podcinają gardło.


- Masz absolutną rację, chłopakom nie będzie robiło komu podcinają gardło. - z cienia wyszedł człowiek i strzelił z pistoletu w skroń krzykaczowi - jego mózg stworzył na ścianie malowniczy wzór, dookoła było kilka innych podobnych plam – Wybacz szefie, ten schizofrenik nie wziął rano tabletek.
- I tak był do ostrzału, za dużo sobie pozwalał. Będzie dobrym przykładem dla innych. Ale co z dokumentami, czy zostały przekazane?
- Tak, kiedy tylko pan Bennet kierownik R&D powiadomił nas o nietypowej prośbie Kurta Lacko, zrobił to co mu kazano, zajęliśmy się wszystkim wedle instrukcji.
- Kiedy to było?
- W zeszłą środę, spotkali się ok. 21:15, wtedy też ten Psioligowiec zaczął wyłudzać te pilnie strzeżone dokumenty. Pan Bennet ma jednak głowę na karku i przezornie obiecał dostarczyć dokumenty dopiero następnego dnia.
- Rozsądnie, co najmniej cała noc na działanie. W końcu nie można tak po prostu udostępniać wyników ponad 100-letnich badań nad kryształami, komuś kto dopiero od dwóch tygodni jest na planecie.
- Ale zastanowiło mnie to, co mówił… – tu obaj spojrzeli na zwłoki – Nie porównają sobie?
- A jakim sposobem organizacja, która ma ograniczony sprzęt i wykorzystująca zapewne dane wtórne, będąca na planecie - w tej chwili od 3 tygodni – ma mieć dokładniejsze dane niż fabryka produkująca sprzęt od ponad stu lat?
- No faktycznie, głupek ze mnie.
- Po co nasi rodzimi inwestorzy mieliby dzielić się informacjami z nimi, gdzie najczęściej spotykane są kryształy? Przecież bardziej opłacalne jest, żeby szukali ich samemu. Owszem trochę ogólnych informacji można podać, przecież zawsze warto wykorzystać okazję, aby ktoś odwalił robotę za ciebie, ale bez przesady – nie zarabiają na tym, mieliby działać na własną szkodę? Nie wydaje mi się.
- No tak, to byłoby zupełnie sprzeczne z naszymi hmm…zwyczajami.
- Informacje, które do tej pory zebrali muszą więc pochodzić od górników, ludowych podań, albo tych upadłych kopalni, które przejęli. To tylko założenia, nie mogą być niczego pewni.
- Ale przecież liżą dupy na górze, może jednak dostali coś od innych przedsiębiorców?
- I co na piękne oczy mieliby im wierzyć? Każdy mówi, że zostanie, że pomoże, że zainwestuje, a po zdobyciu kryształu wszyscy spierdzielają do swoich krain szczęśliwości gdzie marycha rośnie. Trzy tygodnie to za mało, żeby nagle zacząć komuś ufać, zwłaszcza tym, co wszystkim dają – tu wymownie spojrzeli na artykuł odnośnie Arrain – tu chodzi o poważny biznes.

---

Zarząd mógł się dać omamić, o ile była prawdą, że Kurt w ogóle z nimi rozmawiał, ale to nie znaczy, że właściciele i rada firmy, poważni inwestorzy dostali nagle klapek na oczy. Po krótkiej informacji od pana Benneta – był wszak zwykłym kierownikiem, nie czuł się upoważniony do samodzielnego podejmowania decyzji w sprawie tak istotnych dokumentów. Ponad sto lat badań? Oddać ot tak? Nie, to musiała być potwierdzone u osób mających odpowiednie uprawnienia. Przyjść i wziąć to on sobie mógł dziwkę w swojej bazie, a nie tego typu informacje badania. Dlatego pan Bennet zgodnie z wszelką logiką zapytał górę, o odpowiednie uprawnienia. Skąd zwykły kierownik miałby mieć dostęp do pełnego raportu tego typu badań? Natomiast osoby z odpowiednimi uprawnieniami nie rozumiały na jakiej podstawie mają udostępnić swoje dokumenty gromadzone z trudem ot, tak organizacji, która się pojawiła znikąd raptem dwa tygodnie wcześniej.

I chociaż firma była stabilna finansowo, a jej działania w większej mierze legalne, to wiadome jest, że w takim miejscu jak Khartum czasem trzeba sięgnąć po środki mniej konwencjonalne. Dlatego każdy liczący się człowiek, na wysokim szczeblu - w tym i rada nadzorcza fabryki - miał swoich ludzi, tu i ówdzie, a czasem korzystał z pomocy osób, których profil działalności gospodarczej mógł być obarczony kwestionowanym poziomem legalności, ale przecież interesy trzeba chronić.

Dlatego dokumenty udostępniono owszem – wszak nie należy sobie robić wrogów odmawiając ostentacyjnie - w odpowiednio ocenzurowanej wersji. Poza trochę dokładniejszym opisem miejsc znalezienia kryształów z ostatnich dwudziestu lat, które jakby poszukać wśród ludzi dokładnie i tak byłyby dostępne, nie było tam więcej szczegółowych informacji.
Pan Bennet dostał odpowiednie dokumenty od przedstawicieli służb wewnętrznych, znanych z działania oficjalnie legalnego - chociaż równie skutecznego, co niektóre mniej legalne jednostki. Następnie przekazał je Kurtowi Lacko. Dzięki temu i wilk był syty i owca cała.


----


(Dzień 23 Orkadis)

Trwało posiedzenie rady. Członkowie stawili się w komplecie, łącznie z nowo obraną członkinią.

- To niedopuszczalne powtarzam! - krzyczała starsza kobieta.
- Ktoś nas szkaluje. - młoda rudowłosa kobieta zmarszczyła nos.
- Ale skąd te plotki? - dla odmiany, kobieta z myszowatymi włosami w średnim wieku zabrała głos.
- Zupełnie tego nie rozumiem - zasępiła się siwowłosa dama
- To na pewno wina jakichś agentów - zasugerował młody mężczyzna
- O co dokładnie chodzi? - zapytała Ven dołączając do obrad. Tym razem miała na sobie czarny obcisły strój w stylu militarnym. Miał kieszonki na piersi i pagony na ramionach. Zapinany na rząd guziczków z przodu. Nadawał jej niesympatyczny wygląd, niezbyt kobiecy przy jej chudej sylwetce. Ale w Orkadis niewiele sobie robiono z mody. Panowała tu wszelka swoboda i każdemu wolno było nosić co mu się podobało, nikt na to nie zwracał uwagi, a Ven była znana ze specyficznego gustu. Podobno w sypialni była niezmordowana, plotki te nadawały jej osobie nieco pikanterii.
- Wyobraź sobie, że podobno radę opuścili członkowie. - zaczęła szatynka
- Ba, nawet samo miasto opuścili - dodała zjadliwie brunetka o kasztanowych lokach.
- Tak, tak, pod osłoną nocy! W tę dżunglę dookoła miasta rozumiesz? Sami uciekli. - sarkastycznie dokończyła czarnowłosa w finezyjnym koku.
- Słucham - Ven była ostatnim kolorowym ogniwem, posiadała włosy w odcieniu złota.
- A to wszystko dlatego, że Martha z Sarą i Daphne, pojechały koniecznie w odwiedziny do jakiejś koleżanki, mieszkającej na samych obrzeżach miasta.
- Przepraszamy! - odezwały się równocześnie 'winne'

Benjamin Fox przysłuchiwał się temu, ale nie odzywał.

- Najgorsze jest to, że ktoś rozsiewa w mieście plotki, że jakby w mieście panowały zamieszki!
- I inne straszne rzeczy. Że zatrzymujemy dziennikarzy.
- Zgroza i reżim totalny!
- Rozumiem. Benjaminie nie masz nic nam do powiedzenia - zapytała głosem zimniejszym od lodowca Ven.
- Po otrzymaniu pewnych doniesień. Trwa akcja mająca na celu zatrzymanie podejrzanych o podburzanie tłumu. Postępowanie w tej sprawie jest w toku. Nie mogę nic więcej powiedzieć.
- Jak zwykle tajemniczy... - Ven i Benjamin zmierzyli się wzrokiem.

Wszyscy wiedzieli, że ta para nie pała do siebie sympatią, była to kwestia przekonań, ale od lat jakoś potrafili ze sobą współpracować dla dobra ogółu.
Last edited by Xellas on Wed Apr 17, 2013 12:13 am, edited 3 times in total.
"Oh Xellas, bo przy Tobie nie idzie patrzeć na cycki, kiedy trzeba całą uwagę skupić na Twoich rękach i na tym, co aktualnie w nich trzymasz"
Satsuki

"To nie zjazdy robia sie do dupy. To wy normalniejecie na starość."
Korm
User avatar
Crow
Posts: 2585
Joined: Fri Aug 29, 2008 10:51 am

Re: Teoria Wzrostu

Post by Crow »

WWW Kobieta uśmiechała się pogodnie, a on zastanawiał się, czemu go okłamała. Kurt Lacko w milczeniu studiował pełne oblicze Magdalene Goodking, zastanawiając się, w jaką grę gra ta kobieta. Jeśli to, czego dowiedział się o Orkadis przed przyjazdem na wschodni kontynent było prawdą – a przygotował się z charakterystyczną dla siebie profesjonalną dociekliwością – doniesienia towarzyszki podróży na temat wydarzeń w mieście nie mogły być prawdziwe. W społeczeństwie Białego Miasta nie mogło być mowy o jakichś przepychankach o pozycję przewodniczącego, czy rzucaniu na siebie nawzajem podejrzeń. Niejasne tylko było, czy fakt przedstawienia mu nieprawdziwych informacji przez madame Goodking wynikał z jej niewiedzy, czy z celowej próby wprowadzenia go w błąd. Z resztą, Kurt sam nie był do końca szczery w rozmowie z szlachcianką. Kobieta znała centralny kontynent jedynie z opowieści i finansista wykorzystał to do podkolorowania swoich opisów, przedstawiając jej ten zielony kontynent jako wyjałowioną przez wykopaliska pustynię.

WWW Siedzący za kierownicą Kieł zatrzymał samochód, wyrywając Kurta z zamyślenia. Do bazy Psiej Ligi zostało nieco ponad sto kilometrów, jednak most który musieli przekroczyć był zablokowany przez niebieską furgonetkę. Kieł spróbował zawrócić samochód, ale z tunelu przez który właśnie przejechali wynurzyła się druga. Musiała jechać w bezpiecznej odległości za nimi od pewnego czasu. Widząc, że konfrontacja jest nieunikniona, wojownik sięgnął do skrytki na broń. Kurt położył jednak dłoń na jego ramieniu, powstrzymując Kła od dalszego działania.

WWW - Kurt Lacko? – umundurowany mężczyzna, który podszedł do wozu Psioligowców, nie poczekał na odpowiedź. – Nazywam się porucznik Bell. Mam rozkaz dostarczyć Cię do Orkadis, w celu przesłuchania w sprawie śmierci Ashley Shirley Hole. Czy udasz się z nami dobrowolnie?

WWW Finansista rozważył przez moment rozwiązanie siłowe, jednak wkrótce opracował bardziej optymalne rozwiązanie. Szepnął coś szybko do Kła, po czym udał się wraz z Bellem do pojazdu z kratami w oknach. Po insygniach porucznika rozpoznał, iż ten należy do ludzi podległych bezpośrednio Benjaminowi Foxowi. Obie furgonetki pospiesznie ruszyły w stronę Białego Miasta, pozostawiając Kła i Magdalene Goodking na szlaku.


WWW Za oknami gabinetu wywołane przez Psioligowców zamieszki nadal trwały. By uniknąć linczu na finansiście, Benjamin Fox nakazał przywiezienie Kurta Lacko do miasta potajemnie. O operacji nie poinformował nawet pozostałych członków Wysokiej Rady. Inspektorowi oczywiście jakakolwiek nielojalność nawet nie przyszła by do głowy. Rzecz w tym, że przysięgał lojalność wobec Białego Miasta, nie wobec przewodniczącej Ven Detty. A po ostatnich wydarzeniach miał spore wątpliwości, czy jej działania ukierunkowane są na korzyść miasta. Fox uważał, że bardziej umiarkowana polityka Shirley Hole dużo lepiej służyła Orkadis. Tym bardziej konieczne było więc wyjaśnienie okoliczności jej śmierci.

WWW Kurt Lacko miał na razie być przesłuchany jedynie w charakterze świadka. Inspektor planował jednak zabronić mu opuszczania miasta, do momentu zakończenia dochodzenia. Spojrzał ponownie na nadpaloną fotografię znalezioną w ruinach rezydencji zmarłej przewodniczącej rady. Identyfikacja barczystego mężczyzny uwiecznionego na zdjęciu nie była możliwa. Uwieczniono jednak wiele szczegółów architektonicznych, a pożar przetrwało również kilka detali stroju owego człowieka. Inspektor nie rozpoznawał miejsca na fotografii. Wiedział natomiast, iż pytanie o tożsamość mężczyzny będzie pierwszym, które zada Psioligowcowi.
User avatar
Raflik
Posts: 163
Joined: Sun Jan 04, 2009 4:43 pm
Location: #care

Re: Teoria Wzrostu

Post by Raflik »

Pośladki zabolały Raflika, jednak bardziej ucierpiała jego duma.

Pokryty białawą zawiesiną od stóp do głowy, nie miał czasu na spostrzeżenie iż jest to zupełnie inne laboratorium od tego znajdującego się w piwnicach. Widocznie Bogorymos węsząc okazję z tymczasowego zawieszenia broni i możliwości większych zysków w mieście, zdecydował się potroić produkcję narkotyku urządzając w kolejnych pomieszczeniach „hale produkcyjne”. Szczęśliwie owa wanna była tylko częścią aktualnej produkcji, co nie zmieniało w żaden sposób położenia w jakim znalazł się Raflik.

-… Caiiii… - wycedził przez zaciśnięte zęby. Owszem, widząc spadającego z sufitu golasa miał cień wątpliwości, z powodu nie pasującego wyglądu zewnętrznego, jednakże potężny miecz, niewrażliwość na ciosy i ogólne zachowanie w stylu „przepakowanego dupka” upewniły go w jednym. Osobnik na dole nie mógł być nikim innym niż Caibre Greyblade’em, a z nim miał stare porachunki do wyrównania.
Mlecznobiała posoka zaczęła zastygać niczym czekolada. Raflik „kipiał” ze złości, aczkolwiek zakres temperatur był zgoła odmienny od normalnego, pomimo obecności Stabilium – tam gdzie człowiek, albo co gorsza demon rozgrzewa się, Raflik zdecydowanie kipi chłodem. Substancja na jego ciele, zaczynająca pokrywać się siateczką drobnych pęknięć doskonale świadczyła o stanie zimnej furii w jaką wszedł generał CA.

-…ubije….- Tyle tylko dało się słyszeć, przez jego zaciśnięte zęby po czym po pomieszczeniu przeszedł kolejny wstrząs. Półwampir z nadludzkimi zdolnościami zerwał się z siedzenia niczym wichura, i pognał do dziury w podłodze, porywając po drodze gaśnicę, i zeskoczył strząsając resztki oblepiającej go substancji.

W Sali tronowej szybko zauważył kawał ogromnego żelastwa wystający zza tronu, jakby jego właściciel starał nieudolnie bawić się w chowanego. Szybko skoczył w prawy róg sali, skąd miał dobry widok na to co znajduje się za tronem, i bez wahania cisnął gaśnicą.
Ehrena zdziwiła nieco szybkość reakcji niebieskowłosego, jednak ciągle było to za mało na totalne zaskoczenie, aczkolwiek musiał przyznać iż ciśnięta gaśnica była niezwykle precyzyjna. Nie mając dużo miejsca na uniki zdecydował się przeciąć nadlatującą przeszkodę od góry w dół.


*Cińg* *PUFF* *PSSSshhhhhhhhh*

Miecz gładko ciął przez metal, a będące pod ciśnieniem wypełnienie pokryło golasa białym puchem. Raflik celowo wybrał śniegowe gaśnice, z racji tego iż były to najzimniejsze urządzenia tego typu, jednakże ewidentnie „przeliczył się” gdyż najwidoczniej zadawały za mało obrażeń od zimna. Ehren zmrużył tylko oczy przed nagłym podmuchem piany, i był zmuszony zrobić krok do tyłu, pięknie wystawiając pośladki poza tron.

Raflik tymczasem znajdując się około piętnastu metrów, zdążył uformować wielki, ostro zakończony lodowy sopel, którym cisnął magicznie w przeciwnika.
W odległości pięciu metrów od miecza wszelaka magia przestała działać, toteż na lecący idealnie w linii prostej sopel zaczęły oddziaływać siły grawitacyjne i Coriolissa, jednak dalej był to kawał twardszej od stali substancji pędzącej z prędkością dźwięku w stronę głowy Chaotika. Ognisty zdążył poderwać miecz by przeciąć kolejną przeszkodę. Na to właśnie czekał Raflik – specjalnie sformował go, aby posiadał maksymalnie naprężoną strukturę wewnętrzną, a pozbawiony magicznej stabilizacji stał się niezwykle kruchy. Wystarczyło iż miecz wgłębił się w nanometry w strukturę atomową powierzchni lodu, a reakcja destrukcji sopla zaszła szybciej niż samo cięcie, generując masę rozpędzonych odłamków, które (niczym Xellas pazurem) poharatały tors i twarz Ehrena. Ten chwycił się wolną ręką za pokiereszowaną twarz i zrobił kolejny krok do tyłu.

Raflik odskoczył poza zasięg wzroku Caia, zdziwiony ilością energii jaką musiał spożytkować na wytworzenie czaru, który normalnie mógł być spamowany w trakcie walki (jednak nie upadł, ani jego rezerwy magiczne się nie wyczerpały – przypis dla malkontentów), zupełnie ignorując obecność innego „gościa z gwiazd” w sali tronowej, pod którym stalowa podłoga zaczęła pękać.



-------------------------------------------------------------------------------------------------------



Gafy, którą popełnił Raflik, a która mogła być dla niego nadzwyczaj kosztowna, uniknął Mokrynos. Ten second-in-command widząc koniec swego szefa, zachowywał zimną krew i zwoływał wokół siebie ludzi, samemu dyskretnie kierując się w stronę wyjścia. W przeciwieństwie do innych zdawał sobie sprawę z bezsensowności sytuacji w jakiej się znalazł, i uznał za najlepsze czmychnąć i przeczekać furię demonów. Wcześniej jednak, wysługując się innymi postanowił zadać im największe możliwe obrażenia.
Z opowieści Raflika zdawał sobie sprawę z niewrażliwości wampirzycy na truciny, jednakże nic nie szkodziło spróbować. A nuż ekstrakt z czosnku, lub wyciąg z rosnącej na Coddar rośliny Nu-Li, powodującej zwiotczenie mięśni, lub mikstury paraliżujące układ nerwowy odniesie spodziewany skutek – wszak nie wszystkie trucizny oddziałują na układ immunologiczny nieobecny u wampirów, a najmniejsza nawet przewaga mogła być kwestią życia lub śmierci. Bandyta miał jednak w zanadrzu coś co na pewno będzie działało. Misternie sporządzony przez Raflika specyfik, podarowany Borygomosowi w ramach „współpracy”. Czyste stabilium w ciekłej postaci. Sześć podarowanych fiolek, miało stanowić skuteczną obronę przeciwko każdemu nadnaturalnemu stworzeniu, które zgodnie z działaniem kryształu powinno „zachowywać się prawdopodobnie, lub zdechnąć” jak to opisał Raflik. Mokrynos wiedziony doświadczeniem czuł, iż właśnie teraz jest najlepsza pora na powiedzenie sobie „papa”, dlatego przekazał dwójce bodyguardów pistolety z nasadzoną strzykawką, samemu, pomimo zamieszania pięknie celując w plecy będącej na podłodze wampirzycy.

Xellas zdziwiła się gdy poczuła ukłucie w kręgosłupie. Następnym dziwnym uczuciem było „czucie” jak obca substancja rozlewa się po… po czym? Układzie krwionośnym? Połączeniach nerwowych? Jako Mazoku winna mieć totalnie „puste” wnętrze, ale czuła jak substancja rozlewa się po niewiadomych kanalikach w jej ciele. Chciała krzyknąć, ale nie mogła… nagle zebrało się jej na wymioty.

Mokrynos wskazał tylko palcem, i już znikał za tajemnymi drzwiami w komnacie. Pozostałe dwa pistolety zostały wycelowane w wystające zza tronu pośladki Ehrena i Raflika. Żaden z nich nie zorientował się z grożącego im niebezpieczeństwa…

Gangsterzy już mieli nacisnąć na spust…
Last edited by Raflik on Wed Apr 17, 2013 6:22 pm, edited 1 time in total.
User avatar
Maczer
Posts: 523
Joined: Wed Jan 07, 2009 4:51 am

Re: Teoria Wzrostu

Post by Maczer »

- Zapewne zastanawiacie się wszyscy po co was tutaj zebrałam – wzmocniony przez megafon głos Detty odbijał się echem przez kilka sekund zanim wznowiła swoją przemowę. - Przyszedł oto czas osądzić zbrodniarzy, którzy to ośmielili się podnieść rękę na nasze białe sanktuarium. Oazę spokoju i schronienie przed złem tej planety.

Tłum zawył. Nowa przywódczyni bardzo szybko zjednała sobie lud szerząc politykę nienawiści do obcych. Stała teraz na podeście zachodniego muru i wzmagający się wiatr potęgował jej silną postawę. Brama w tej części została dawno zamurowana jako symbol odcięcia się od Khartum ale nie była to jedyna przebudowa tej części fortyfikacji.

-Już samo stąpanie ich bluźnierczych stóp po naszej świętej ziemi jest wystarczającą obelgą dla naszego ludu ale ich winy nie kończą się na tym.

Detta akcentując słowo „ich” machnęła wolną ręką za siebie wskazując drewnianą klatkę wiszącą za zewnętrznym obrysem muru. Uwięzione w niej było pięć osób. Marek szarpiąc kraty wykrzykiwał, że domaga się adwokata i uczciwego procesu. Przewodnicząca delegacji stała po środku i z przerażeniem obserwowała tłum skandujący przeciw nim. Młody student opierał się o boczną barierę a w jego klatkę wtulała się posiniaczona dziewczyna. W jednym z tylnych rogów ułożony został Kieł, który będąc twardym łowcą przeżył postrzał. Miał jednak niemal kompletny bezwład nóg. Zatrzymano mu krwawienie ale na tym zakończyła się łaskawość mieszkańców. Nie dostał nawet pomocy do poruszania się. Kieł szykował się teraz mentalnie do niemal niemożliwego boju o życie wpatrując się w zdjęcie swojej żony i dwojga dzieci pozostawionych na Shiroue. Marcel oraz ostatni ze studentów nie mieli szczęścia przeżyć akcji Brzytew choć wielu mogłoby sugerować, że szybka śmierć była akurat formą łaski.

-Taśmy monitoringu naszego wszechbezpiecznego miasta – kontynuowała Ven – ukazują tych oto ludzi w kontakcie z drogimi memu sercu mieszkańcami Orkadis. To oczywiście nie przypadek, że tego samego dnia doszło do zamieszek

Benjamin Fox skrzywił się na te słowa. Wadą monitoringu był brak głosu. Oskarżeni mogli równie dobrze podburzać lud jak i pytać ich o drogę do najbliższej stacji benzynowej. Zniesmaczała go cała szopka ale nie był w pozycji aby cokolwiek zmienić.

- Dlatego też – Detta wznowiła przemowę kiedy tylko wrzawa dookoła ucichła – w imieniu rady, bezpieczeństwa Orkadis i waszego spokojnego snu w nocy: skazuję tych oto ludzi na Test Sprawiedliwości!

Tłum zawył szczęśliwie. Błogo wierzył, że właśnie pozbywają się największego problemu w swoim życiu.

- Jeżeli sprawiedliwość jest po ich stronie, a winy zakłócania naszego spokoju nie dość dostateczne własnej śmierci, zwierzęta nie dopadną ich na drodze do swojej zapyziałej dziury, Khartum!

Jedna tylko kobieta próbowała przedrzeć się do przodu. Krzyczała „Tam jest moja córka! Oddajcie mi moje dziecko!”. Nikt jej jednak nie słyszał. Kobieta miesiąc czasu jechała z centralnego kontynentu do tego osławionego przytułku. Po trzech dniach wizja raju właśnie zmieniała się w wizję utraty jedynej córki. Pamiątki po mężu który zginął przez potyczki gangów.

- Opuścić klatkę! -
Zarządała Detta Ven mimo, że kat ochoczo odblokował mechanizm chwilę wcześniej.
- Uciekajcie wgłąb lasu – Zaczął Kieł, kiedy mur zaczął wytłumiać okrzyki mieszkańców – ale nie za daleko. Zwierzęta nie mają zwyczaju żerować pod miastami. A nawet jeśli, wpierw zaatakują najsłabszego, czyli mnie.
- Przestań!
- przewodnicząca przyklękła przy Kle. - Przecież...

Nikt nie dosłyszał jej słów. Ven zagłuszyła je megafonem

- Ponieważ jesteśmy ludem dobrym i pełnym kultury, obdarzymy winowajców jedzeniem na drogę! - na te słowa cztery wiadra kaczych nóżek zostały opróżnione za biały krenelaż. Kieł jak i pozostała część skazanych zorientowała się, że byli bardzo naiwni myśląc, że Ven Detta da im szansę przeżyć. Ta, wychylona przez mur machała im właśnie na pożegnanie białymi rękawiczkami.

Po chwili uniosła jednak z niepokojem głowę. Wypatrując czegoś w gęstwinie lasu. Zebrani w klatce natychmiastowo zaczęli się rozglądać dookoła ale nic nie zwróciło ich uwagi. Przywódczyni Orkadis już miała uznać, że tylko zdawało jej się, że usłyszała dudnięcie ale kiedy wyprostowała się usłyszała ponowne. I kilka następnych.

Potem doszły trzaski łamanych drzew. Testu sprawiedliwości nie prowadzono od kilkudziesięciu lat więc wszyscy spodziewali się raptem kilku dzikich zwierząt. To co się zbliżało mocno jednak przekraczało te oczekiwania. Tłum ucichł i dźwięki ucichły. Część gapiów zaczęła się powoli wycofywać ale każdy chciał zobaczyć co za chwilę wyłoni się więc ruch ten był mocno ograniczony.

Z kolejnym trzaśnięciem, zza ułamanego drzewa wyłoniła się ogromna bestia podobna do pancernika. Podobieństwa te były bardzo pobieżne. Potwór stał na dwóch kończynach a jej pancerz na plecach i wierzch głowy był pokryty licznymi wypustkami kostnymi przypominające stępione kolce. Gdy podchodziła majestatycznie do muru zdawało się, że ręką sięgnie jego szczytu bez problemu.

- To Karmadzilla!
- Ktoś krzyknął z tłumu. Straż zaczęła strzelać do bestii jednak kule zdawały się odbijać od pancerza potwory, która w odpowiedzi ryknęła aż szyby w budynkach zadrżały.

Benjamin Fox zaczął pędzić do Ven. Ta oprzytomniała. Odwróciła się w poszukiwaniu schodów na dół muru po czym puściła się pędem w wybranym kierunku. Po trzech susłach poczuła mocny chwyt na prawej nodze. Pod wpływem własnego pędu przewróciła się.

Tymczasem dno klatki oparło się o grunt. Mechanizm otworzył tylne drzwiczki i grupka zaczęła z wysiłkiem wyciągać Kła

-Uciekajcie głupcy- krzyczał łowca – zanim uzna, że łatwiej jej się schylić niż sięgać po to co ma przed sobą!
- Sam mówiłeś, że Psia Liga nie zostawia swoich! -
Wrzasnął Marek.

Noga Karmadzilli tąpnęła metr od klatki. Bestia rękoma strzepnęła paru strażników a z jej paszczy wystrzelił cienki język, który oplótł się wokół nogi Ven Detty.

Fooooox! - krzyknęła przywódczyni Orkadis na widok wyłaniającego się z klatki schodowej inspektora. Czuła, że język nieubłaganie ciągnie ją do krawędzi a idealnie poukładane kamienie nie dawały się chwycić. Dopiero krenelaż dał wystarczające oparcie dla rąk a świadomość, że nogi wystają już poza mur dawała dodatkowy zastrzyk adrenaliny.

BANG!

Dymek z lufy karabinu Mirrim rozpłynął się tak szybko jak się pojawił. Język bestii rozerwany pociskiem snajperskim zwinął się do paszczy właścicielki.

BANG!

Drugi strzał padł prosto w oko Karmadzilli. To rozwścieczyło pancernika, który potężnym ciosem skruszył fragment muru. Bloki kamienia poleciały w stronę Mirrima. Ten w ostatniej chwili uskoczył przed największym z nich ale i tak poczuł na plecach grad nieregularnych kawałków. Upadł na ziemię i ciężko łapiąc powietrze zaczął po omacku szukać upuszczonej snajperki. Nie mogła upaść daleko... Kiedy jego ręka natrafiła jednak na body karabinu, okazało się, że jest kompletnie uszkodzone. Mirrim przeklął. Musiał się póki co wycofać. Odzyskać siły i broń. Skuteczną broń.

-Fooox! - Krzyknęła ponownie Ven, kiedy przewieszona wpół przez krawędź muru poczuła jak ściana się rozsypuje.

Benjamin dobiegł w ostatniej chwili. Rzucił się na brzuch i chwycił spadającą Dettę, za rękę. Ta uniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy. Ben spodziewał się ujrzeć strach. Ściągnięte brwi zdawały się jednak mówić „Nawet nie waż się mnie puścić!”. Nigdy nie planował. Zaparł się najlepiej jak mógł i zaczął wciągać Ven na górę. Kiedy był już pewien, że się udało, Karmadzilla uderzyła ponownie w mur odganiając się od strzelających do niej strażników. Benjamin spojrzał z niedowierzaniem na swoją rękę w której została mu tylko biała rękawiczka,

- Marku, uważaj! - Krzyknęła przewodnicząca delegacji.
- Co do...?! - Marek w ostatniej chwili spojrzał nad siebie wyciągając ręce.

Ven Detta spadła wprost na niego. Oboje z łoskotem przetoczyli się kawałek bliżej stąpającej co rusz nogi Karmadzilli.

- Auuu. Mój bark. Kurwa ale boli – Rozpaczał Marek
- Nie mogę ruszyć nogą – Jęknęla Ven.
- Szybko! - Krzyczała przewodnicząca. – Zabierzmy ich zanim ta bestia ich rozgniecie!

Benjamin rozejrzał się nad sposobem dostania się na dół. Dźwig został unicestwiony a najbliższa brama znajdowała się kilometry stąd. Próbował przywołać kogoś z liną ale panika jaką zasiała Karmadzilla przedzierająca się przez mur powodowała, że nikt go nie słuchał. Pobiegł zatem po wóz aby czym prędzej dostać się do północnej bramy.

Student wraz z dziewczyną podtrzymywali kuśtykającą Ven Dettę po środku. Mark wraz przewodniczącą ciągnęli Kła. Całą szóstka udawała się wgłąb lasu. Zaraz... wgłąb?

- Stójcie – zaparła się Ven. - Chyba zwariowaliście? Musimy iść w stronę bramy. Tutaj dopadnie nas zwierzyna.
- Idziesz z nami albo zostajesz –
obwieścił bezceremonialnie Marek. Nie zrobiłby tego ale wiedział, że to jedyne słowa, które podziałają.
- Cholerni obcy. Dlaczego musicie przynosić tyle nieszczęścia? Nie mogliście po prostu zostać w domach?
- Doprawdy.
- Nie wytrzymał Kieł – Gdybyśmy wiedzieli, ze zaczniecie do nas strzelać jak do szczurów nie zbliżylibyśmy się na odległość miliona kilometrów!
- Pogadamy o tym jak uda nam się oddalić od tego olbrzymiego pancernika!
- Zamknął dyskusję student. Naturalnie cała szóstka chciała przeżyć ale chyba tylko jego myśli nie były właśnie zmącone polityką.

---------------------------------------------------

W bazie ekspedycji Psiej Ligii miało miejsce nie lada poruszenie.

- Co ten kretyn sobie myśli? - Demuslim grzmiał mocno podniesionym głos - Że sam rozwiąże wszystkie problemy tej planety?!
- Spokojnie... Na pewno ma jakiś plan –
Odezwała się jedna z biotechnolożek Psiej Ligii.
- Przecież wie lepiej jak wygląda sytuacja polityczna ode mnie. Wszystkie państwa miasta mają wylane na tym kontynencie na Orkadis i że ich rola stolicy jest tylko formalna. Przecież oni mają tak w dupie cały zewnętrzny świat, że pewnie nawet nie wiedzą co się dzieje poza murami miasta. I że każde miasto rządzi się tu swoim prawem.
- A jednak komuś się chciało wyjść poza mury –
zawarł głos inny Psioligowiec.
- A on dał tak po prostu wiarę w to i poszedł wprost do paszczy lwa! Co ja mam teraz zrobić? Nie wyślę przecież tam kolejnych ludzi na pewną śmierć! Cholera. Musiał bohaterzyć, no.
- Próbowaliśmy się skontaktować z Orkadis telefonicznie. Ambasada nie odpowiada a ogólna centrala jest przeciążona. Pani ambasador z Khartum, Mela Krull również, nie wie co się dzieje na miejscu. Ale twierdzi, że musiał zdarzyć się jakiś kataklizm.
- Cholera...
- Demuslim masował sobie skronie – Nie poślę tam kolejnych kłów. Nie mogę narazić ekspedycji na większe niebezpieczeństwo. Zbierzcie ochotników z ludności napływowej, niech pojadą zbadać okolice ale niech nie podejmują żadnych akcji. Z wyszczególnieniem wjazdu na teren miasta. Niech będą w stałym kontakcie radiowym.
Last edited by Maczer on Wed Apr 17, 2013 7:09 pm, edited 1 time in total.
Dalej sie uciec chyba nie dalo. Ale to i tak nie pomoglo =]
User avatar
Rosomak
Posts: 1225
Joined: Sat Jan 03, 2009 12:00 pm

Re: Teoria Wzrostu

Post by Rosomak »

Dzień 1 – wieczór
Pustynia

- Jest wrak! – krzyknęła blondynka stając na szczycie wydmy.
- Możesz powiedzie, po co właściwie nas tu ciągnęłaś? – Czarodziejka wylądowała obok siostry. – Przecież wszystko się musiało spalić.
- Pewnie masz rację. Ale na pewno nie moja walizka – odparła uśmiechając się chytrze. – Idziemy!
Spojrzała na swój ręczny komputer i ruszyła dziarskim krokiem w stronę dogasających resztek.
Ciemnowłosa dziewczyna pokręciła z rezygnacją głową patrząc w ślad za oddalająca się siostrą. Odetchnęła głęboko i uniosła się kilka centymetrów nad ziemią. Mimo wyraźnych zakłócę w przepływie magii bez problemu udawała jej się lewitacja.
- James! – krzyknęła w stronę idącego z tyłu mężczyzny. - Spotkamy się przy wraku!
Obróciła się w powietrzu i poszybowała w dół wydmy.

Dotarł kilka minut później. Czarodziejka stała z założonymi rękoma przyglądając się jak siostra kręci się koło powyginanych resztek kadłuba.
- Najadłeś się? – Nawet nie spojrzała w jego stronę.
- Yhy – odparł zlizuję resztki krwi z palca.
Po regeneracji zawsze robił się głodny. Na szczęście udało mu się upolować jakiegoś miejscowego przedstawiciela fauny.
- Znalazła? – Wskazał podbródkiem na blondynkę siłującą się z kawałkiem metalu, który kiedyś chyba był drzwiami.
- Może mała pomoc? – dziewczyna-cyborg krzyknęła w stronę stojącej pary.
Podeszli do niej. James jedną ręką odrzucił przeszkadzający kawałek żelastwa.
- Nasz? – zapytał.
- Tak – odparła.
Spod resztek spalonych bagaży wyciągnęła metalowe pudło wielkości sporej walizki podróżnej.
- Świetnie! – rzekła z irytacją w głosie czarodziejka. - Masz swoje majtki. Możemy stąd iść zanim na się mózgi usmażą na tym pustkowiu.
- Zaraz – odparła jej siostra otwierając swoje znalezisko.
Szybko opróżniła zawartość pudła. Następnie przyłożyła cybernetyczną dłoń do jednego z boków czemu towarzyszyło ciche klikniecie. Dna skrzyni rozsunęły się ukazując skrytkę. Wewnątrz znajdował się rozłożony na części karabin szturmowy z oporządzeniem, para ciężkich półautomatycznych pistoletów, kilka buteleczek czystego spirytusy i spory zapas amunicji do obu broni.
- Ha! Wiedziałam, że się przyda. – Blondynka zabrała się za składanie karabinu ignorując totalnie zaskoczonych towarzyszy.
- Jakim cudem – James pierwszy odzyskał głoś – przemyciłaś to na statek? I do czego się przyda? Do walki ze wściekłymi wielbłądami?
- Ołowiane ściany i podwójne dno. Rentgen nic nie pokarze, a mierzenie grubości ścian i dna nic nie da po walizka za założenia ma być gruba i nie do zniszczenia.
- Jakoś mało to przekonywujące. – Argumenty podane przez siostrę jakoś nie spodobały się czarodziejce. – Dałaś komuś w łapę?
- Jeden koleś z obsługi wisiał mi przysługę – blondynka ucięła rozmowę.

Dzień 2
Pustynia
Noc spędzili we wraku statku. W drogę ruszyli po uprzednim zabraniu wszystkiego co mogło przydać się podczas przeprawy przez pustynię. Z komputera pokładowego udało im się zdobyć namiary Khartum - miasta oddalonego o dwa dni drogi. Szli w tamtym kierunku. Byli jedynymi którzy przeżyli.

Dzień 3
Pustynia

- Szkoda, że nie miałaś w tej swojej walizce składanego łazika pustynnego – mruknęła czarodziejka.
Była zmęczona podtrzymywaniem wietrznej osłony, która chroniła ich przed przegrzaniem.
- Wytrzymaj – odparła blondynka. – Wieczorem powinniśmy znaleźć się w mieście.
- I dobrze. – James wtrącił się w dyskusję. – Zostało nam mało zapasów.
Z ocalałych po katastrowe resztek jedzenia i picia. Zabrali głownie słodkie przekąski i butelki z wodą. Reszta prowiantu albo zaraz zepsułaby się od upału albo nie było jak jej przyrządzić w obecnych warunkach.
- Może trzeba było poczekać na ekipę ratunkową?
- Nie doczekałabyś się. – Dziewczyna-cyborg szybko rozwiała nadzieję siostry. – Jak pozyskiwałam koordynaty miasta sprawdziłam przy okazji ostanie zapisy rozmów z kabiny. Nie zdążyli nic nadać.
- To mogłaś wezwać pomoc – rzekła czarodziejka.
- Próbowałam. Nadajnik był spalony
- To może…
- Ej! – krzyknął James przerywając im rozmowę. – Spójrzcie tam.
Wskazała ręką coś przed nimi. Na żółtym od piasku horyzoncie w pewnym momencie dostrzegli ciemniejszą plamę. Zaintrygowani podróżnicy ruszyli w jej kierunku, by po kilku godzinach marszu dojść do granicy między pustynią a purpurową mazią, pokrywającą ziemię. Substancja była gęsta i zdawała się ociekać śluzem.
- Co to u diabła jest – zapytała pod nosem czarodziejka. – Wygląda, jakby ziemia była żywa…
Nim ktokolwiek odpowiedział, za i przed podróżnikami z ziemi zaczęło się wykopywać sześć zerglingów.
- Może to tubylcy – rzekł James uśmiechając się krzywo.
Czymkolwiek były te stwory nie miały pokojowych zamiarów. Wyczuwał to w woni jaką roztaczały. Może broniły swojego terenu, a może polowały w każdym razie chciały zrobić im krzywdę.
- I za pytamy ich o drogę albo o porosimy od podwózkę do miasta? – skomentowała wypowiedz blondynka.
Nim ktokolwiek z towarzyszy zdążył rzucić kolejna błyskotliwą uwagę stojący najbliżej zergling rzucił się na czarodziejkę przyszpilając ją do ziemi.
Dziewczyna krzyknęła przerażona gdy kły stwora zazgrzytały o rzuconą w ostatniej chwili osłonę. Potwór ponowił atak. Niewidzialna tarcza pękła. Zaatakowana dziewczyna próbowała ponownie wznieść osłonę, ale był zbyt zmęczoną robieniem za klimatyzator przez dwa dni. Paskudna, śmierdząca ślina ściekła z pyska bestii prosto na jej twarz. Zacisnęła powieki gotowa na koniec, gdy naglę coś ciężkiego zwaliło się na nią.
Otworzyła niepewnie oczy i ujrzała nad sobą siostrę z karabinem w ręku umazaną jakąś zielna, obślizgłą substancją.
- Mówiłem, że się przyda – rzekła kopniakiem zrzucając truchło z czarodziejki.
- Dzięki
- Trzymaj! – Blondynka zręcznym ruchem wyciągnęła buteleczkę z torby przy pasie i podała siostrze.
- Naprawdę muszę? – Czarodziejka zrobiła minę zbitego psa.
- Jak chcesz przeżyć – dziewczyna obróciła się akurat by wpakować granat prosto w paszczę kolejnego atakującego stwora – to tak!
Z sześciu zerglingów dwa już były martwe a trzeciego James właśnie rozrywał na pół.
- Chyba dobrze się – skomentowała czarodziejka patrząc na wyczyn towarzysza.
- Chyba za dobrze. Pij! – ponagliła blondynka.
Cztery kolejne zerglingi właśnie wyłaniały się z podziemi.
Czarodziejka odkręciła butelkę i jednym łykiem opróżniła zawartość. Łzy pociekły jej oczu gdy palący płyn wlał się do gardła.
- Czysty spirytus i to bez popitki. Że też muszę tak uzupełniać energię magiczną – pomyślała.
Wypity alkohol przyniósł natychmiastowy efekt. Dziewczyna jednym ruchem ręki odrzuciła otaczające ją i siostrę stwory. Płynnym krokiem jak u baletnicy podeszła do krawędzi „żywej ziemi” i podniosła powoli ręce do góry. Szczelna ściana pustynnego piasku uniosła się za dziewczyną na wysokość kilku metrów. Czarodziejka gwałtownie wyrzuciła ręce przed siebie. Piasek wystrzelił w kierunku podnoszących się zerglingów z szybkością odrzutowca. Małe ziarenko piasku nie jest wstanie nic zrobić, ale kilka milionów rozpędzonych do ogromnej prędkości zdziera skórę i mięśnie lepiej niż wprawiony rzeźnik.
Z piaskowej zawieruchy dobiegały coraz cichsze piski stworów. Gdy ustały czarodziejka opuściła ręce. Piasek opadł ukazując rozszarpane cielska potworów.
- Ładnie – pochwaliła blondynka.
- Mam na dzieję, że to wszystkie – odparła czarodziejka dysząc. – Coś porządnie zakłóca magię. Nie wiem czy dam radę kolejnym nawet z dopalaczem.
- Faktycznie coś nie tak z magią.
James stanął koło sióstr. Podobnie jak one cały był wymazany juchą stworów. Ubranie maił porozrywane w kilku miejscach a z rozcięcia na klacie sączyła się krew. Oczy błyszczały mu błękitem.
- Nie mogłem - kontynuował - zrobić Przywołania.
- Z techniką coś też jest nie tak – wtrąciła blondynka. – Spójrzcie.
Osunęła się kilka kroków. Spojrzeli na nią z zaciekawieniem.
Metal z cybernetycznego ramienia zaczął się jej rozlewać pod klace piersiowej i szyi, ale nie dotarł nawet do piersi czy brody gdy nagle wrócił na miejsce jakby go coś wciągnęło.
- Widzicie.
- Super. – James pokręcił głową. – A miały być to spokojne wakacje.
- A utknęliśmy na pustyni otoczeni przez potwory – dodała czarodziejka.
- To może zbierajmy się stąd zanim zjawi się więcej tych stworów – zaproponowała blondynka.
Jakby czekając na te słowa jeden z zerglingów, który zdążył się zakopać przed piaskowym piekłem wyskoczył prosto na dziewczynę. Głośne mlaśniecie zawisło przez chwilę w powietrzu gdy bestia wgryzła się w zdobycz. Towarzysze dziewczyn rzucili się pędem na pomoc. Kolejne mlaśnięcie tym razem dłuższe przeszyło powietrze. Stwór zadrgał nerwowo i znieruchomiał.
- Hej! – Głos dobiegł z pod ciała potwora. – Ręka mi utkwiła.
We dwójkę obrócili truchło. Blondynka siedziała na ziemi z prawą ręką aż do barku zatrzaśniętą w paszczy stwora.
- Nic ci nie jest? – czarodziejka zaczęła nerwowo oglądać siostrę szukając choćby najmniejszego zadrapania.
- Jestem cała – uspakajała. – Drugi raz tej ręki stracić nie mogę.
Zamilkła widząc malujący się ból ze smutkiem na twarzy siostry.
- Przepraszam. Nie powinnam – dodała.
- Dobra trzeba ją wyciągnąć. – James chwycił szczeki stwora i na siłę je rozwarł.
Blondynka wyciągnęła rękę. Na adamentowej protezie nie było nawet zadrapania.
- Jak go załatwiłaś? – zapytała czarodziejka.
- Pewnie się udławił – odparł James. Spojrzał na truchło stwora i się oblizał.
- Blisko – blondynka się uśmiechnęła.
Z pomiędzy mechanicznych kostek palców wskazującego i środkowego oraz serdecznego i małego wysunęły półmetrowe ostrza z zadziorami.
- Wbiłam mu to w mózg – kontynuowała wskazując na resztki przeciwnika. – O ile go tam miał.
- To chyba coś nowego? – dopytywała James.
- Oglądałam ostatnio „Predatora” – odparła.
- Pozachwycacie się tym później teraz stąd znikamy nim coś znowu wylezie z pod ziemi – zakomenderowała czarodziejka. – A ty zjedz Snikersa. Oczy ci błyszczą.
Podała Jamesowi batonik i po czym pomogła wstać siostrze.
Last edited by Rosomak on Wed Apr 17, 2013 8:01 pm, edited 1 time in total.
User avatar
Caerth
Posts: 513
Joined: Sun Feb 22, 2009 9:44 pm
Location: Above

Re: Teoria Wzrostu

Post by Caerth »

Gdy nagle..

-!
-S.....szefie?
Słysząc ten głos Raflik zamieni ł miejscami pośladki z głową i ostrożnie wyjrzał zza żelaznego tronu. Ehren wykorzystał ten czas by upaść na podłogę i przerabiać biały puch na czerwoną mazię.
Gansterzy stali w klasycznych pozycjach strzeleckich - nogi w rozkroku, obie dłonie na broni, oczy na celu . Do wizji nie pasowały opadnięte szczęki i ogólny wyraz osłupienia na ich twarzach. Generał wątplił by taki efekt wywołał jeden nagi męski tyłek więc co..
-Cześć Raf.
Raflik zamarł słysząc powitanie. A następnie spojrzał na postać uwaloną na żelaznym tronie króla bandytów.
Caibre uśmiechnął się szeroko spomiędzy szarego dymu spowielającego fikuśne krzesełko i szybko rozsypujące się w popiół doczesne resztki Borygomosa.
-Chłodne powitanie z Twojej strony, mó ty lodziku.

Po czym zrobił coś, czego generał się nie spodziewał.
Sprzedał mu prawy sierpowy prosto w nos. Generał, wykazując nadludzki refleks, odskoczył gwałtownie, szykując się do kontrataku i....kolejny fikusny pocisk z lotkami i igłą niemalże wbił mu się w policzek
-Też się cieszę że Ciebie widzę, sopelku. Ehren?
-Au.
Rudy skurczybyk odwrócił się i oparł dłonie na biodrach.
-Cudownie. Wy Dwaj!
-E...Szefie?
-Tak, to ja. Zastrzelcie tego rzymskiego chłopca - Xell...oj.
Last edited by Caerth on Wed Apr 17, 2013 8:23 pm, edited 1 time in total.
My soul is still the same
But it has many names
Locked