Można by o tym powiedzieć na wiele sposobów. Można by mówić o przenikającym każde włókno mięśni drżeniu, o gorącu i żarze odczuwanym nawet przez warstwy płyt pancernych, o
ogłuszającym huku i pisku w uszach... Jednak aby oddać pełnię tego, co sięstało, można było powiedzieć tylko jedno:
Pierdolnęło. I to potężnie.
Antymateryjyny szał przetaczał się nad skrytymi w bunkrze istotatmi, które odruchowo skuliły się wewnątrz swoich pancerzy, niepomne przynależności do dumnych las diabłów, krasnoludów, ludzi. Drżenie, huk i wiśniowy blask włazu zdawały się trwać wieczność i sekundę, ale w końcu się uspokoiło. A gdy po sekundzie spokoju istoty, będące przecież zaprawionymi w boju komandosami, podniosły głowy aby upewnić się, że dalej żyją, znów pierdolnęło.
Amunicja, która przenosiły golemy bojowe. Nawet mocniej niż jajo.
- Łoooo, skurczybyk!! - wrzasnął Luna - Chyba słyszę kolory albo widzę dźwięki, nie jestem pewien!
[Szlag... Status?] Erharivasse.
[Wszyscy OK. To imperialny posterunek komunikacyjny, miały wzmocnione podziemia. Nasze cholerne szczęście] Falker.
- Ogarnąć się! - krzyknął dowódca diabłów - Pięć minut oczekiwania, aż pożary na górze zgasną i wypierdalamy stąd! Można się dozbroić, jeśli ktoś chce!
Zołnierze nie potrzebowali dodatkowej zachęty. Od razu zakrzątneli się wśród uzbrojenia i wyposażenia zgromadzonego przez Lunę. Pustelnik/bimbrownik musiał trafić na kilka rozbitych transportów, bo miał zgromadzone wszystko - lasery przeciwpancerne Mitsubishi, lance termiczne Krohn, karabinki-granatniki Weers, wyrzutnie ppanc, termobaryczne i wielozadaniowe... Schron zawierał nawet egzemplarz Akabana 9A19, broni oficjalnie zakazanej nawet w Imperium (zanim się rozpadło po śmierci Imperatora). Akaban był miotaczem promieniowania - emitował fale o różnej przenikliwości, które w ułamku sekundu doprowadzały tkanki celu do wrzenia na głębokości kilkudziesięciu centymetrów. Bardzo skuteczne, bardzo okrutne. Elfy nie były by zbyt miłe dla kogoś schwytanego z tym rodzajem uzbrojenia.
Pięć minut dobiegło końca, każdy z żołnierzy zdążył dodać sobie dodatkowe dziesięć kilo na plecy (nigdy nie wiadomo, co spotkamy, kapitanie...), i nadeszła pora otworzyć właz.
- Skaller, przydaj się w końcu do czegoś, do kurwy nędzy. Napieraj i otwieraj - zrymował Erharivasse.
Człowiek bez słowa wspiął się po stopniach drabiny i naparł na właz. Przekręcenie koła zamka przyszło mu bez trudu; jak każdy z Węży był cyborgiem. Za to gry naparł na właz, nie było
żadnej reakcji. Skaller jedynie poczerwieniał, wyskoczyły mu wszystkie możliwe żyły i mięśnie.
- Ki chuj wodę mąci, jak ja ryby łowię - sapnął człowiek - zasypało nas, i to porządnie. Mogę podnieść trzysta kilo, a to nawet nie drgnie.
Wybuchł chwilowy zamęt. Szters krzyczał, żeby wysadzić właz ładunkami kumulacyjnymi, Falkner przekonywała do zbudowania dźwigni i podważenia gruzu, Montreass skłaniała się do poczekania na posiłki. Kapitan nic nie mówił, ale widać było, że intensywnie rozważa opcje.
W całym tym zamieszeniu względny spokój utrzymywał Luna. Ze swoim zwyczajowym wyrazem twarzy, wyrażającym totalny brak zrozumienia oraz jakiegokolwiek zainteresowania, podszedł do włazu z metalową laską, wygrzebaną ze stosu broni. Chwilkę popatrzył na właz, na powierzchni laski rozpaliły się różne piktogramy i napisy w imperialnym, po czym właz, wraz z gruzem zalegającym na nim, po prostu wyleciał w powietrze. Dosłownie, cały ten ciężar wyrzuciło kilkadziesiąt metrów w powietrze i opadał dookoła gruzowiska będącego wcześniej chatą Luny.
- No co, - mruknął Luna, wyraźnie zawstydzony nagłym zainteresowaniem. Oprócz jego słów jedynymi dźwiękami był opadający gruz i dopalający się gdzieś ogień - Imperialna laska technomaga. Miałem szkolenie. Chcecie stąd spadać, czy nie?
Nowy Baator.
Re: Nowy Baator.
Jeżeli kiedykolwiek słyszeliście o taktyce "spalonej ziemi" to możecie mieć pewne wyobrażenie o tym, co czekało ich na powierzchni. Potem, po zobaczeniu tego na własne oczy moglibyście zgodnie uznać, że gówno to było a nie wyobrażenie. Ziemia dookoła nie była spalona.
Ładunek AM6 zwany pieszczotliwie "jajem" anihilował absolutnie wszystko, co znajdowało się w promieniu rażenia. A promień ten był pokaźny. Pikanterii dodawały niewielkie kratery, które powstały po eksplozji amunicji golemów. Okolica wyglądała przerażająco martwo a wszystkiego dopełniała absolutna cisza, jaka zaległa na pobojowisku. A z lasu, z tego przerażającego lasu, pozostała dziura o promieniu kilkuset metrów.
-Nieźle żeśmy narozrabiali, nie ma co. - Erharivasse rzekł z zadowoleniem. Problem znalezienia i pogrzebania czwórki kompanów z oddziału rozwiązał się tak samo jak problem przeczesywania puszczy. Nawet jeśli ich śmierć w jakikolwiek sposób go dotknęła, nie dał po sobie tego poznać. Za dużo widział w swoim życiu trupów towarzyszy, żeby teraz nagle się przejmować. No i stopień kapitański zobowiązywał.
-Nawet nie ma jak azymutu wyznaczyć... Wszystko żeście rozpieprzyli - żachął się Luna.
-A na chuj ci azymut? Namiary są. Ot tam - Skaller machnął ręką. Szefie, idziemy do drugiej bazy?
-A widzisz tu jakikolwiek inny pomysł, kretynie? Pieprzony kapitan oczywisty. Nie, kurwa, posiedzimy i poczekamy aż Ognista Puszcza sama odrośnie. Idziemy. Rhhetes, Deanims - kamo i robicie zwiad trzysta metrów przed nami. Reszta w szyku patrolowym. Tylko postarajcie się nie zdechnąć. Właśnie, Erinn. Jak tam twoje żebra?
-Do wesela się zagoi.
-Nie widzę cię za bardzo w ślubnym orszaku, weź to. - Nachael podał jej podłużny pakiet.
-A co to do ciężkiej kurwy za cudo? - Montrerras nie ukrywała zdziwienia.
-Medi-gel. Skompresowane w postaci żelu nanity. Umarłego nie ożywią, ale spokojnie naprawią większość tego, co się tam w środku zdążyło połamać. Wstrzyknij i czekaj na efekty. Tylko postaraj się nie biegać przez kilka minut.
-Dzięki, asasynie. -Erinn parsknęła śmiechem
-Czemu asasynie?
-Wolisz mistrz kamuflażu?
-A odpieprz się.
-No, to widzę żeście się zaprzyjaźnili, a teraz, zanim jeszcze ruszymy, ustalmy sobie jedną rzecz. Luna, Nachael, to nie jest wasza sprawa, ale równie dobrze może być. Hegemonia nie zapomina o tych, którzy przysłużyli się sprawie a tutaj w zasadzie chyba nie ma już czego szukać, więc możecie nam pomóc. Straciliśmy czwórkę ludzi. Wolałbym nie tracić więcej.
-A będzie się dało załatwić jakiś dobry zestawik roboczy? Bo mi aparatura w akcji ucierpiała.
-Jak wyjdziemy z tego cało to ci go sam wyklepię. To jak będzie?
-A mamy jakiś wybór? - Nachael już tylko udawał opornego. Jeżeli to możliwe, widział w całej swojej rzekomej misji mniej sensu niż na początku.
-Możecie tu zostać i obrosnąć w piórka. Tylko radzę się szybko zdecydować, bo nasze fajerwerki raczej nie zostały niezauważone.
I tak ruszyli. Objuczeni sprzętem żołnierze ze starym dziadem i nic nie rozumiejącym młodzikiem. Może nie była to najdziwniejsza ekipa jaką ten świat widział, jednak kolorytu jej nie brakowało. Nachael zaś po raz pierwszy w swoim życiu zauważył jakiś cel. Taki konkretny, swój i przemyślany. Ot dotarło do niego, że bardzo łatwo coś może mu urwać łeb i teraz w najlepszym jego interesie będzie dbać o to, by do tego nie doszło.
***
Dotarli prawie na krawędź pogorzeliska, gdy żyłka na skroni kapitana zapulsowała. Wszystko wyglądało w miarę normalnie, jeśli za normalny uznać obraz jak po bombardowaniu, jednak coś było nie w porządku. Linia eksplozji była wyraźnie zarysowana, jednak tuż przed nimi widać było załamanie. Jak cień. Cień czegoś dużego.
[Zwiad. Broń w gotowości, sto metrów na dwunastej od mojej pozycji.]
[Szefie?]
[Morda. Mamy golema. A wy wpierdol, bo go nie zauważyliście]
[Jakim cudem?]
[Stał na granicy. Musiał wejść w tryb strażniczy gdy wybuchło jajo.]
[Spieprzajcie stamtąd!]
[Niby kurwa jak? Musicie odciągnąć jego uwagę jak tylko wyłączy kamuflaż, ja...]
Więcej powiedzieć nie zdążył. Znajdujący się kilkadziesiąt metrów od głównej grupy kolos wyłączył maskowanie i z metalicznym chrzęstem wycelował ogromną lufę prosto w diabła. Sytuacja mogłaby się wydać beznadziejna. Strzał z wyrzutni termobarycznej z tej odległości nie wchodził w rachubę. Mimo, że oddział zwiadowczy od razu otworzył ogień Golem skoncentrował się zgodnie ze swoim protokołem na najbliższych żywych istotach. Cała sytuacja trwała może trzy sekundy, jednak gdy w wyrzutni zabłysnął płomień nastąpiło coś nieoczekiwanego.
Nachael Garivon postanowił przestać być ciotą a zacząć być mężczyzną. Gdy tylko zdał sobie sprawę z sytuacji wrzasnął "padnij" i przemknął obok Setha. Rozpostarł ręce i skoncentrował się, by w ułamku sekundy wyrzucić przed siebie falę skondensowanej energii. Wywołany przez niego efekt masy zakrzywił przestrzeń przed oddziałem formując kulistą barierę. Ani o chwilę za późno. Eksplozja wyrzuciła w powietrze tumany kurzu a jemu samemu prawie zabrakło tchu.
Chwalić Bogów żołnierze od razu się zreflektowali. Gdy tylko błękitna energetyczna tarcza zniknęła - a sam Garivon prawie padł na ziemię łapiąc oddech - miejsce, w którym stał adwersaż zasypał grad pocisków. Machina bojowa zmieniła się w kupę metalu przypominającą przerośnięte sito.
[Kurwa]
[Dobrze powiedziane sire.]
Ładunek AM6 zwany pieszczotliwie "jajem" anihilował absolutnie wszystko, co znajdowało się w promieniu rażenia. A promień ten był pokaźny. Pikanterii dodawały niewielkie kratery, które powstały po eksplozji amunicji golemów. Okolica wyglądała przerażająco martwo a wszystkiego dopełniała absolutna cisza, jaka zaległa na pobojowisku. A z lasu, z tego przerażającego lasu, pozostała dziura o promieniu kilkuset metrów.
-Nieźle żeśmy narozrabiali, nie ma co. - Erharivasse rzekł z zadowoleniem. Problem znalezienia i pogrzebania czwórki kompanów z oddziału rozwiązał się tak samo jak problem przeczesywania puszczy. Nawet jeśli ich śmierć w jakikolwiek sposób go dotknęła, nie dał po sobie tego poznać. Za dużo widział w swoim życiu trupów towarzyszy, żeby teraz nagle się przejmować. No i stopień kapitański zobowiązywał.
-Nawet nie ma jak azymutu wyznaczyć... Wszystko żeście rozpieprzyli - żachął się Luna.
-A na chuj ci azymut? Namiary są. Ot tam - Skaller machnął ręką. Szefie, idziemy do drugiej bazy?
-A widzisz tu jakikolwiek inny pomysł, kretynie? Pieprzony kapitan oczywisty. Nie, kurwa, posiedzimy i poczekamy aż Ognista Puszcza sama odrośnie. Idziemy. Rhhetes, Deanims - kamo i robicie zwiad trzysta metrów przed nami. Reszta w szyku patrolowym. Tylko postarajcie się nie zdechnąć. Właśnie, Erinn. Jak tam twoje żebra?
-Do wesela się zagoi.
-Nie widzę cię za bardzo w ślubnym orszaku, weź to. - Nachael podał jej podłużny pakiet.
-A co to do ciężkiej kurwy za cudo? - Montrerras nie ukrywała zdziwienia.
-Medi-gel. Skompresowane w postaci żelu nanity. Umarłego nie ożywią, ale spokojnie naprawią większość tego, co się tam w środku zdążyło połamać. Wstrzyknij i czekaj na efekty. Tylko postaraj się nie biegać przez kilka minut.
-Dzięki, asasynie. -Erinn parsknęła śmiechem
-Czemu asasynie?
-Wolisz mistrz kamuflażu?
-A odpieprz się.
-No, to widzę żeście się zaprzyjaźnili, a teraz, zanim jeszcze ruszymy, ustalmy sobie jedną rzecz. Luna, Nachael, to nie jest wasza sprawa, ale równie dobrze może być. Hegemonia nie zapomina o tych, którzy przysłużyli się sprawie a tutaj w zasadzie chyba nie ma już czego szukać, więc możecie nam pomóc. Straciliśmy czwórkę ludzi. Wolałbym nie tracić więcej.
-A będzie się dało załatwić jakiś dobry zestawik roboczy? Bo mi aparatura w akcji ucierpiała.
-Jak wyjdziemy z tego cało to ci go sam wyklepię. To jak będzie?
-A mamy jakiś wybór? - Nachael już tylko udawał opornego. Jeżeli to możliwe, widział w całej swojej rzekomej misji mniej sensu niż na początku.
-Możecie tu zostać i obrosnąć w piórka. Tylko radzę się szybko zdecydować, bo nasze fajerwerki raczej nie zostały niezauważone.
I tak ruszyli. Objuczeni sprzętem żołnierze ze starym dziadem i nic nie rozumiejącym młodzikiem. Może nie była to najdziwniejsza ekipa jaką ten świat widział, jednak kolorytu jej nie brakowało. Nachael zaś po raz pierwszy w swoim życiu zauważył jakiś cel. Taki konkretny, swój i przemyślany. Ot dotarło do niego, że bardzo łatwo coś może mu urwać łeb i teraz w najlepszym jego interesie będzie dbać o to, by do tego nie doszło.
***
Dotarli prawie na krawędź pogorzeliska, gdy żyłka na skroni kapitana zapulsowała. Wszystko wyglądało w miarę normalnie, jeśli za normalny uznać obraz jak po bombardowaniu, jednak coś było nie w porządku. Linia eksplozji była wyraźnie zarysowana, jednak tuż przed nimi widać było załamanie. Jak cień. Cień czegoś dużego.
[Zwiad. Broń w gotowości, sto metrów na dwunastej od mojej pozycji.]
[Szefie?]
[Morda. Mamy golema. A wy wpierdol, bo go nie zauważyliście]
[Jakim cudem?]
[Stał na granicy. Musiał wejść w tryb strażniczy gdy wybuchło jajo.]
[Spieprzajcie stamtąd!]
[Niby kurwa jak? Musicie odciągnąć jego uwagę jak tylko wyłączy kamuflaż, ja...]
Więcej powiedzieć nie zdążył. Znajdujący się kilkadziesiąt metrów od głównej grupy kolos wyłączył maskowanie i z metalicznym chrzęstem wycelował ogromną lufę prosto w diabła. Sytuacja mogłaby się wydać beznadziejna. Strzał z wyrzutni termobarycznej z tej odległości nie wchodził w rachubę. Mimo, że oddział zwiadowczy od razu otworzył ogień Golem skoncentrował się zgodnie ze swoim protokołem na najbliższych żywych istotach. Cała sytuacja trwała może trzy sekundy, jednak gdy w wyrzutni zabłysnął płomień nastąpiło coś nieoczekiwanego.
Nachael Garivon postanowił przestać być ciotą a zacząć być mężczyzną. Gdy tylko zdał sobie sprawę z sytuacji wrzasnął "padnij" i przemknął obok Setha. Rozpostarł ręce i skoncentrował się, by w ułamku sekundy wyrzucić przed siebie falę skondensowanej energii. Wywołany przez niego efekt masy zakrzywił przestrzeń przed oddziałem formując kulistą barierę. Ani o chwilę za późno. Eksplozja wyrzuciła w powietrze tumany kurzu a jemu samemu prawie zabrakło tchu.
Chwalić Bogów żołnierze od razu się zreflektowali. Gdy tylko błękitna energetyczna tarcza zniknęła - a sam Garivon prawie padł na ziemię łapiąc oddech - miejsce, w którym stał adwersaż zasypał grad pocisków. Machina bojowa zmieniła się w kupę metalu przypominającą przerośnięte sito.
[Kurwa]
[Dobrze powiedziane sire.]
Re: Nowy Baator.



































* * *



* * *






Last edited by roevean on Tue May 10, 2022 6:44 pm, edited 2 times in total.
'cos im the definition of the worst kind of mean
so... are you rebel?
so... are you rebel?
Re: Nowy Baator.
- Udało się mistrzu, jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem – powiedziała skrzeczącym głosem dziwnie zdeformowana i pokrzywiona postać.
- Dobrze… Bardzo dobrze. Jak idą poszukiwania tego małego, podstępnego elfa? – zapytał zakapturzony mężczyzna w hologramie – Musimy go schwytać zanim ktokolwiek dowie się o naszych planach.
- Pracujemy nad tym panie, przeszukujemy wioskę po wiosce, nie zostawiamy świadków. – odmieniec przybrał nagle mniej entuzjastyczny ton - Pojawił się niestety mały problem…
- Jaki znowu problem… Zeeth nie chcesz chyba przekazać mi złych wieści? – Ton hologramu stał się bardziej złowrogi i oschły.
- Oczywiście, że nie panie, jakże bym śmiał? Po prostu po okolicy zaczęła się kręcić jakaś dziwna banda…
- Jaka banda? Kto ich przysłał? Jakiej rasy? – zapytał z mieszanką ciekawości i złości
- Nie doszliśmy jeszcze jaka organizacja nimi kieruje, podejrzewamy, że są to wysłannicy Hegemonii. Oddział mieszany rasowo – wtrącił się w rozmowę wchodzący właśnie do pomieszczenia rosły mężczyzna w ciężkiej, grafitowej zbroi, zdobionej czaszkami – chwilowo nie stanowią zagrożenia, zostali rozgromieni własnym sprzętem
- Bardok! Ty zawsze jesteś orędownikiem dobrych wieści. Cieszę się, że nasi psionicy się spisali…
- Nasi nie mięli z tym nic wspólnego… - wtrącił – nie zdążyli, ktoś jeszcze wcześniej doprowadził do sfiksowania ich maszyn. W każdym bądź razie nie powinni stanowić zagrożenia dla naszej misji. Dla pewności wysłałem Draghena żeby ich obserwował.
- Bardzo dobrze, informujcie mnie na bieżąco gdyby coś nowego się działo. Zeeth, dopilnuj żeby wszystko było gotowe do czasu mojego przylotu. I dorwijcie tego wstrętnego elfickiego śmiecia! – powiedziawszy to hologram znikł.
***
Yazon nie był stereotypowym elfem, nie szukał na siłę zaczepki, nie powodował rozwałki wszędzie gdzie się pojawił. Yazon był typowym cwaniaczkiem i kombinatorem. Gdyby tylko miał okazję sprzedał by własną matkę… po raz kolejny. Nie był istotą szukającą kłopotów, ale one lubiły go tak bardzo, że same się jakoś znajdowały. Te najnowsze na jego nieszczęście były całkiem przytulnym bagnem, które jest gotowe cię pochłonąć na wieki gdy tylko, na ułamek sekundy stracisz czujność podczas przeprawy. „Gdzie się podziewa ten stary pijak Dirovarius…” pomyślał elf „Pewnie znowu się napierdolił z Luną… oni razem siebie warci… Jeszcze te pieprzone eksplozje… nosz kurwa kulawa mać… walnie se tak jeden z drugim buteleczkę i później trzeba ich szukać po całej puszczy…” Elf przebijał się właśnie przez knieję śmiechu, miejsce w ognistej puszczy które było zamieszkałe przez złośliwe impy do którego rzadko kiedy się ktokolwiek zapuszczał, nie licząc oczywiście dwóch opojów, przed którymi nawet sadystyczne diabliki się chowały. Spiczasto uchy szedł ostrożnie, co chwila rozglądając się na boki. Nie bał się impów, zdawał sobie sprawę, że ściga go coś znacznie gorszego. W ciągu ostatnich kilku dni naraził się dość niebezpiecznej organizacji, samemu Zgromadzeniu Wygasłej Gwiazdy. Była to mało znana w tej części multiwersum sekta próbująca opanować moce przedwiecznych oraz zniszczyć wszelkie istnienie. Jak do tej pory ich największym osiągnięciem było wycięcie w pień całej rasy leniwych oharków (byli tak leniwi, że nawet o litość im się nie chciało błagać), ale potencjał mają całkiem duży. „Przewodnika im się zachciało… ciebie akurat musieli spotkać… do janej kurwa ciasnej… jak byś nie wiedział, że później będą cie chcieli zabić… Kurwa jego mać… trzeba było słuchać dziadka zanim go sprzedałem łowcom niewolników… Nie rozmawiaj z obcymi, zadawaj się tylko z elfami, mawiał… a i jeszcze się pamiątek zachciało… nosz kurwa… Może stary Dirovarius będzie wiedzieć do czego służy ten przeklęty przedmiot…” Yazon doszedł nagle na skraj kniei i staną jak zaczarowany, na polance rozciągającej się przed nim zauważył coś, co bardzo mu nie pasowało… zamiast szczytu 72, jego oczom ukazał się wielki lej jak po wybuchu sporych rozmiarów bomby. Natychmiast zawrócił.
- Dobrze… Bardzo dobrze. Jak idą poszukiwania tego małego, podstępnego elfa? – zapytał zakapturzony mężczyzna w hologramie – Musimy go schwytać zanim ktokolwiek dowie się o naszych planach.
- Pracujemy nad tym panie, przeszukujemy wioskę po wiosce, nie zostawiamy świadków. – odmieniec przybrał nagle mniej entuzjastyczny ton - Pojawił się niestety mały problem…
- Jaki znowu problem… Zeeth nie chcesz chyba przekazać mi złych wieści? – Ton hologramu stał się bardziej złowrogi i oschły.
- Oczywiście, że nie panie, jakże bym śmiał? Po prostu po okolicy zaczęła się kręcić jakaś dziwna banda…
- Jaka banda? Kto ich przysłał? Jakiej rasy? – zapytał z mieszanką ciekawości i złości
- Nie doszliśmy jeszcze jaka organizacja nimi kieruje, podejrzewamy, że są to wysłannicy Hegemonii. Oddział mieszany rasowo – wtrącił się w rozmowę wchodzący właśnie do pomieszczenia rosły mężczyzna w ciężkiej, grafitowej zbroi, zdobionej czaszkami – chwilowo nie stanowią zagrożenia, zostali rozgromieni własnym sprzętem
- Bardok! Ty zawsze jesteś orędownikiem dobrych wieści. Cieszę się, że nasi psionicy się spisali…
- Nasi nie mięli z tym nic wspólnego… - wtrącił – nie zdążyli, ktoś jeszcze wcześniej doprowadził do sfiksowania ich maszyn. W każdym bądź razie nie powinni stanowić zagrożenia dla naszej misji. Dla pewności wysłałem Draghena żeby ich obserwował.
- Bardzo dobrze, informujcie mnie na bieżąco gdyby coś nowego się działo. Zeeth, dopilnuj żeby wszystko było gotowe do czasu mojego przylotu. I dorwijcie tego wstrętnego elfickiego śmiecia! – powiedziawszy to hologram znikł.
***
Yazon nie był stereotypowym elfem, nie szukał na siłę zaczepki, nie powodował rozwałki wszędzie gdzie się pojawił. Yazon był typowym cwaniaczkiem i kombinatorem. Gdyby tylko miał okazję sprzedał by własną matkę… po raz kolejny. Nie był istotą szukającą kłopotów, ale one lubiły go tak bardzo, że same się jakoś znajdowały. Te najnowsze na jego nieszczęście były całkiem przytulnym bagnem, które jest gotowe cię pochłonąć na wieki gdy tylko, na ułamek sekundy stracisz czujność podczas przeprawy. „Gdzie się podziewa ten stary pijak Dirovarius…” pomyślał elf „Pewnie znowu się napierdolił z Luną… oni razem siebie warci… Jeszcze te pieprzone eksplozje… nosz kurwa kulawa mać… walnie se tak jeden z drugim buteleczkę i później trzeba ich szukać po całej puszczy…” Elf przebijał się właśnie przez knieję śmiechu, miejsce w ognistej puszczy które było zamieszkałe przez złośliwe impy do którego rzadko kiedy się ktokolwiek zapuszczał, nie licząc oczywiście dwóch opojów, przed którymi nawet sadystyczne diabliki się chowały. Spiczasto uchy szedł ostrożnie, co chwila rozglądając się na boki. Nie bał się impów, zdawał sobie sprawę, że ściga go coś znacznie gorszego. W ciągu ostatnich kilku dni naraził się dość niebezpiecznej organizacji, samemu Zgromadzeniu Wygasłej Gwiazdy. Była to mało znana w tej części multiwersum sekta próbująca opanować moce przedwiecznych oraz zniszczyć wszelkie istnienie. Jak do tej pory ich największym osiągnięciem było wycięcie w pień całej rasy leniwych oharków (byli tak leniwi, że nawet o litość im się nie chciało błagać), ale potencjał mają całkiem duży. „Przewodnika im się zachciało… ciebie akurat musieli spotkać… do janej kurwa ciasnej… jak byś nie wiedział, że później będą cie chcieli zabić… Kurwa jego mać… trzeba było słuchać dziadka zanim go sprzedałem łowcom niewolników… Nie rozmawiaj z obcymi, zadawaj się tylko z elfami, mawiał… a i jeszcze się pamiątek zachciało… nosz kurwa… Może stary Dirovarius będzie wiedzieć do czego służy ten przeklęty przedmiot…” Yazon doszedł nagle na skraj kniei i staną jak zaczarowany, na polance rozciągającej się przed nim zauważył coś, co bardzo mu nie pasowało… zamiast szczytu 72, jego oczom ukazał się wielki lej jak po wybuchu sporych rozmiarów bomby. Natychmiast zawrócił.
"Chłop kopiący ziemniaki, to proza realistyczna; chłop kopiący pomarańcze to fantastyka (lub schizofrenia); ziemniaki kopiące chłopa to Sci-Fi"
R. Kot
R. Kot